Desjudi wspominał przy okazji gestiwalu w Cannes o nagrodzonym za najlepszą rolę męską niemym filmie „The Artist” (który zapowiada się kapitalnie), a wspomnienie to odświeżyło mi pamięć i kazało powtórzyć seans „The Call of Cthulhu”. W przeciwieństwie do „Artysty”, „Zew Cthulhu” jest filmem (bardzo) niskobudżetowym i niemal w połowie amatorskim. Mimo to posiada jednak coś niepodrabialnego – duszę, którą tchnęli w niego podczas produkcji jego twórcy-pasjonaci.

„The Call of Cthulhu” miał swoją premierę w 2005 roku. Powstał na podstawie najsłynniejszego opowiadania H.P. Lovecrafta pod tym samym tytułem, poruszając charakterystyczne dla twórczości tego pisarza motywy i wątki: spotkanie człowieka z nieznanym, rzeczywistość przerastającą bohaterów i szaleństwo, będące następstwem poznania Prawdy. Opowiadanie pochodzi z 1926 roku, a twórcy postawili sobie zadanie nakręcić ekranizację w taki sposób, aby wyglądała jak z tamtego okresu. Zamiast mówionych dialogów mamy więc plansze z napisami, a w tle prawie cały czas przygrywa ilustrująca emocje postaci muzyka. Postarano się nawet o efekty zużytej taśmy filmowej.
W otwierającej scenie główny bohater trzyma w dłoni ostatni element układanki przedstawiającej „Gwieździstą noc” Van Gogha. Wydaje się, że za moment skończy, ale tuż przed umieszczeniem na swoim miejscu ostatniego fragmentu nagle cofa rękę. Okazuje się, że człowiek ten zamknięty jest w szpitalu psychiatrycznym, a jedyne czego teraz pragnie to zniszczenie wszystkich dzienników i notatek nad którymi on i jego wuj spędzili kawał życia. W ten sposób staje się on narratorem historii, której oprócz widza przysłuchuje się wezwany w tym celu mężczyzna. W ostatniej scenie, która jest tytułową „sceną na dziś”, główny bohater ponownie siada przed niedokończoną układanką i po chwili namysłu rozbija ją jednym ruchem dłoni. W ten jakże prosty i obrazowy sposób reżyser idealnie uchwycił sens cytatu zamykającego film:
„Ze wszystkich rzeczy na świecie najbardziej miłosierna jest niezdolność ludzkiego umysłu do skorelowania swojej zawartości. Pewnego dnia zgromadzenie razem całej rozproszonej wiedzy odsłoni tak straszliwe horyzonty rzeczywistości, że albo zwariujemy od tych rewelacji, albo uciekniemy od śmiertelnie groźnego świata w spokój i bezpieczeństwo nowych mrocznych wieków.”
Chylę czoła. A na dystrybucję czeka już kolejna ekranizacja prozy Samotnika z Providence od tej samej ekipy – „The Whisperer in Darkness”. Nadal na monochromatycznej taśmie, ale tym razem już z dźwiękiem.