„The Punisher” z 2004 roku przemknął przez kina niezauważenie, nie był kinowym hitem, nie zawojował box-office’ów i w efekcie z planowanej kontynuacji nic nie wyszło. Trochę niezasłużenie obraz ten nie odniósł oczekiwanego sukcesu, bo stanowił prawdziwy powiew świeżości w kinie akcji. Nieczęsto zdarza się w dzisiejszych, obłożonych kategoriami wiekowymi PG13 akcyjniakach, by krew lała się tak soczyście jak w obrazie z Thomasem Jane’em w roli głównej.

W momencie gdy „Szklana pułapka 4.0″ ma do zaoferowania bezkrwawe postrzały i przekleństwa zagłuszane przez strzały, z obawy by nie usłyszeli ich nastolatkowie, w „The Punisher” możemy zobaczyć tak ostre sceny jak wyrywanie kolczyków czy nóż wbijany w głowę z ostrzem widocznym przez usta, brrrr… Film w reżyserii Jonathana Hensleigha to powrót do akcji kręconej bezpośrednio na planie, bez blue-boxów i speszalefeks. Przyjemnie popatrzeć na starą dobrą kaskaderkę, prawdziwe eksplozje i rasowe mordobicie. Scena na dziś – Walka Franka Castle z potężnym Rosjaninem jest kwintesencją stylu nowego „Punishera”.

Mimo brutalności tej sceny, zawarto w niej potężny ładunek (czarnego) humoru. Gdy Castle otwiera drzwi spodziewając się za nimi dziewczyny, widzi groteskowo ubranego osiłka, który na dzień dobry wali go w łeb. A później jest równie zaskakująco i nieprzewidywalnie. Wszystkie próby pokonania Ruska, jakie podejmuje główny bohater, spalają na panewce. Wszystkie przygotowane bronie okazują się nieskuteczne – Rusek miażdży lufę rewolweru, granat odbija niczym piłkę baseballową, a nóż Franka Castle wykorzystuje przeciwko niemu. Wszystkiemu towarzyszy muzyka operowa, której słuchają i do której radośnie tańczą sąsiedzi Franka. Sama walka też chwilami poddaje się rytmowi klasycznej muzyki.

W finale tego pojedynku, gdy Frank Castle jest wyrzucany przez drzwi i uderza o ścianę, Thomas Jane zastąpiony został przez kaskadera, który podobno zdrowo się podczas tej ewolucji poobijał – ale warto było połamać kości, bo Castle wpadający z impetem na ścianę robi wrażenie. Jak dla mnie cała walka z wielkim Rosjaninem jest niezapomnianą sceną i jedną z najlepszych i najdłuższych filmowych bójek, jakie widziały moje oczy. I zawsze przypomina mi nieporadne zmagania Indiany Jonesa z mechanikami przy kołującym samolocie w „Poszukiwaczach zaginionej Arki”, za co otrzymuje dodatkowy plus.