Przy okazji premiery napisałem o Strażnikach dwa teksty na stronę, więc nad filmem jako całością w tym miejscu nie zamierzam się już rozwodzić. Może oprócz wspomnienia, że nadal uważam przesadne nadużywanie slow-motion przez Snydera za efekciarski, ale jednocześnie mile efektowny zabieg, który bardzo cieszy moje oko. Jednak oprócz używania szybkiej kamery Zack S. ma jeszcze jedną charakterystyczną przypadłość – epatowanie brutalnością.


Warto zaznaczyć, że w żaden sposób nie można obecnej w jego filmach brutalności porównać do tej serwowanej na ekranie przez Cronenberga albo Verhoevena. Obaj panowie są przeważnie dosadni, a prowadzona przez nich kamera wcale nie ucieka w bok, gdy z jakąś postacią dzieje się coś niedobrego. Z jednej strony szokują, ale z drugiej zawsze mają w tym jakiś cel. Zack Snyder przemocą się bawi, trywializuje ją, „upiększa”, bierze w nawias konwencji. „Jego” przemoc jest celem samym w sobie i o ile w 300 faktycznie takie podejście się sprawdza (a oglądanie Leonidasa szlachtującego Persów w morderczym „tańcu” sprawia ogromną przyjemność) to w Strażnikach już razi w oczy. Można odnieść wrażenie, że Snyder nachalnie mówi: „Patrzcie jaki mój film jest mroczny i na serio”, przez co uzyskuje efekt odwrotny: robi się niedojrzale i niepoważnie.

A duża zawartość CGI we krwi mu w zachowaniu powagi nie pomaga.
Snyder jest subtelny jak amputacja ręki za pomocą szlifierki kątowej przeprowadzona bez znieczulenia…

O właśnie tak.

…ale w jednej scenie mu się udało. Raz jeden jucha lejąca się strumieniami z ekranu ma mocne uzasadnienie. Kiedy Dr Manhattan opowiada swoją historię, zarówno w komiksie jak i w filmie pojawia się fragment, w którym z pierwszej ręki widzimy „superbohaterzenie” w jego wykonaniu.

„W listopadzie gazety napisały, że walczę z przestępczością, więc Pentagon powiedział, że muszę to robić. W siedzibie występku Molocha westchnięcia zamieniają się w krzyki przerażenia. Moralność moich działań mi umyka.”
A jak to wygląda w filmie?

Hollis Mason, emerytowany zamaskowany mściciel wydaje swoją książkę…

…w której nazywa moje pojawienie się „świtem superbohaterstwa”.

Nie wiem, czy rozumiem te słowa.
Akcja w komiksie jest „czysta” i przeprowadzona z niemal chirurgiczną precyzją. W filmie oprócz motywu moralności działania superbohatera w tej scenie pojawia się coś innego, równie ważnego – odczłowieczenie Manhattana. Archetypiczny heros oddałby schwytanego nikczemnika w ręce systemu sprawiedliwości, a siedzącym w pobliżu kobietom ofiarował rozbrajający uśmiech i zapewnienie o tym, że zawsze czuwa w pobliżu. Dla Ostermana ludzie i ich uczucia nie mają już żadnego znaczenia, więc postronni zostają obryzgani z bliskiej odległości krwią i wnętrznościami, a gorzkie słowa padające w narracji (w obu „wariantach”) tylko dodają tej scenie mocy. I właśnie za to jedno ujęcie kobiety najpierw zasłaniającej twarz, a następnie w osłupieniu przyglądającej się rozsmarowanemu po suficie oprychowi chylę głowę przed reżyserem. Może było to zamierzone, może wyszło mu to przez przypadek. Dla mnie nie ma to znaczenia.