Siedzę sobie właśnie, kopcę przepysznego Lucky Strike’a i dochodzę do wniosku, że Rose w „Titanicu” zabiła Jacka. Wszyscy pamiętają scenę, kiedy to siedzi już w łodzi ratunkowej i jest spuszczana do wody, ale jednak postanawia wskoczyć z powrotem na pokład tonącego liniowca, by wrócić do boskiego Leonardo, bo go tak kocha.
Sorry, Romeo, ale musisz umrzeć.


Okej, bardzo to szlachetne i odważne, ale także głupie, czego konsekwencje dadzą o sobie znać zaraz. Od tego momentu Jack musi nie tylko ratować siebie, ale i ją. Musi uważać za dwie osoby, ogólnie wszystko musi robić za dwie osoby. Zdecydowanie sprawniej by mu poszło ratowanie siebie, kiedy Rose by siedziała wygodnie w szalupie. W końcu też ją bardzo kocha (choć ani razu tego nie mówi), więc zależy mu cholernie na ratunku, by móc dożyć ze swoją lubą późnej starości.

No, ale niestety baba zawsze wszystko zepsuje. Nie mogła poczekać w szalupie, którą w końcu by znalazł statek ratunkowy. MUSIAŁA poleźć do Jacka. Jakie są tego bezpośrednie skutki? Ano, takie że chłopina zamiast siedzieć na unoszącej się na wodzie szafie, pływał obok niej, bo przecież musiał ustąpić na niej miejsca damie. Damie, która mogła w tym momencie być właśnie wyławiana przez ratowników. Gdyby tak się stało, jakoś by doczekał na ratunek, zabrał utopcowi gwizdek i wezwał pomoc, tak jak to zrobiła Rose. No, właśnie. Tak, jak to ONA zrobiła. Ja rozumiem, że wtedy nikt nie myślał jeszcze o dzielnych marynarzach pędzących z pomocą. Ale nie zmienia to faktu, że gdyby została w szalupie, Jack by się uratował (w końcu ułomkiem też nie był), spotkali by się na pokładzie statku płynącego do Nowego Jorku i żyli by już długo i szczęśliwie.
– Jack, zimno mi.
– TOBIE?!
Jeśli to była zamierzona ironia, czy inny figiel losu ze strony Camerona to bardzo przepraszam za moje powolne kojarzenie faktów. O Titanicu rozmyślam jedynie raz na dwa lata.