Chyba wszystkich irytują. Są ich tysiące, działają na nerwy, często są głośniejsze od normalnego programu i zdarza się, że przerywają film w najciekawszym momencie. A co nam tam, władujmy blok reklamowy między „This is…” a „…Sparta!” i pokażmy popularnego prezentera piorącego brudne dzieci – głupiemu widzowi to przecież nie zaburzy dramaturgii filmu. Szczytem chamstwa jest wciskanie ich między rundy pojedynku bokserskiego, bo i coś takiego miałem okazję widzieć. Ale ja nie o tym. Ja chciałem o tym, jak niektóre reklamy obrażają moje poczucie estetyki, mój gust, moją inteligencję, a nieraz i zdrowy rozsądek. Pod lupę wziąłem przypadkowy blok reklamowy, który sam sobie ułożyłem. Nie jest moim celem nabijanie się z reklamowanych produktów, bo sam części z nich używam i sobie je chwalę, a przeciwko reszcie nic nie mam. Moim celem jest wskazanie reklam źle skonstruowanych, robiących dużo złego promując taki a nie inny styl życia odbiorcy danego produktu. Reklamodawcy często strzelają sobie źle wymyśloną kampanią w kolano. Bo jeśli ja odbieram niektóre z reklam w taki sposób, jak opisuję poniżej, a jest to sposób mało pozytywny, statystycznie rzecz biorąc jest możliwe, że ileś tam tysięcy widzów odbiera je podobnie. Lecimy…
Jacuś. Jacuś zawsze coś robi. Brzuszki robi, buty czyści i zawsze siedzi w domu. Nie jest to człowiek czynu, człowiek pracowity, jest to bumelant (prawdopodobnie bez pracy) mieszkający z matką. Sorry, ale taki właśnie obraz Jacusia jawi mi się na podstawie reklam z Jacusiem i nic na to nie poradzę – tak go przecież pokazano. Jacusia nieudacznika, który prawdopodobnie żyje na koszt matki, zmusza się w reklamach do wzięcia kredytu hipotecznego. Jacuś nie musi nic robić. Wszystko zrobią za niego Ci, co dojeżdżają, doradzają. Może też kredyt hipoteczny za Jacusia spłacą, choć o tym reklama nie wspomina. Bezrobotni Jacusie rozbitkowie życiowi łączcie się i bierzcie kredyty pod hipotekę. Najlepiej w banku z innej reklamy, banku zarządzanym przez kretyna, który musi zagrać w kosza nie trafiając ani razu, by wymyślić hasło „ziroł”.
By uwiarygodnić produkt w oczach konsumenta, dziś nie może już polecać go aktor-lekarz czy inny zaufany aktor-naukowiec, tylko sąsiad, sąsiadka, znajomy, Halina, Zygmunt lub Staszek, słowem swój człowiek. Boli Cię głowa? Weź tenże środek w nowym opakowaniu wielkości weka zawierającego 300 tabletek, polecił mi go Bożydar. Zażyj od razu 50, jest przecież tak łatwy do połknięcia, nie uzależnia, udrożnia i nie „podrożnia”. I pamiętaj, gdy permanentnie boli Cię głowa, stawy, noga lub dupa, nie idź do lekarza, łykaj tabletki. Jeśli masz stan zapalny, nie lecz go, zwalczaj ból tabletką przeciwbólową aż stan zapalny cię zabije, i pod żadnym pozorem nie idź do lekarza, poradź się jeno farmaceuty, bo możesz umrzeć od złego zażywania…
Obecnie panuje moda siedzenia na wspomnianej przed chwilą dupie, wcinanie chipsów (z załączonym w paczce gratisowo powietrzem), oglądanie meczu i… bezwysiłkowym chudnięciu – wystarczy napić się reklamowanej kawy. Jeśli zdarzy ci się jakimś cudem ciężko trenować lub grać w mecz rugby i nagle opadniesz z sił, nie uzupełniaj węglowodanów, zjedz słodki baton. Jeśli kochasz swoje dziecko, słodki baton daj swojej pociesze do szkoły, bo to pożywny posiłek, lepszy od jakiejś tam głupiej kanapki z sałatą, wędliną i zdrowym jabłkiem na deser. I pamiętaj, że bez specjalnego jogurtu podawanego twojemu dziecku codziennie, twoje dziecko nie urośnie wyżej niż metr, a jego kości zdeformują się i pękną. Na kolację nie rób niczego samodzielnie, po prostu (jak to rzekła Doda), jebnij danie z torebki – będzie smacznie i wesoło, mąż upieprzy się na gębie czerwonym barszczem, dzieci będą świetnie się bawić przy wyjmowaniu potrawy z piekarnika, rezygnując z nudnej gry na konsoli, a ty będziesz stała z uśmiechem na twarzy, jako spełniona gospodyni domowa, mistrzyni gotowania, najlepsza matka pod słońcem.

A po kolacji idziemy do klubu…
Od kilku dni próbuję zrozumieć o co chodzi w pewnej reklamie pewnego operatora komórkowego. Klub z selekcją, znajomi bohatera dostają się do środka i mają kompletnie w dupie to, że ich przyjaciel nie przeszedł selekcji i został sam na zewnątrz. Normalny człowiek powinien rzucić takich przyjaciół w kąt i poszukać sobie nowych. Ale nie w reklamie. Tu chłopak się nie zraża, nie jest zły na przyjaciół, którzy poszli się bawić bez niego, jest zły na bramkarza, przez którego selekcję nie przeszedł. Strzeli bramkarzowi gola i wyciągnie znajomych z „jego” klubu. Idzie na drugą stronę ulicy do innego klubu, w którym nie ma żywego ducha, nawet obsługi, robi sobie fotkę telefonem, wysyła ją do „przyjaciół”, a ci zwabieni nie wiadomo czym (zdjęciem przyjaciela na tle pustego lokalu?), przenoszą się z ekskluzywnego klubu z selekcją, do jakiegoś opuszczonego miejsca, w którym rozkręcają świetną zabawę. I nikt nie pamięta, że przed kilkoma minutami świetna paczka znajomych oblała test z lojalności, pozostawiając jednego ze swoich na zewnątrz klubu. Skoro już doczłapaliśmy się na imprezę, pora na piwo!
Masz lekkie nietrzymanie moczu? Nie przejmuj się. Nie idź do lekarza
– zatańcz, nikt się nie skapnie, że coś tam ci kapnie.
Powyższy niesmaczny motyw z moczem, świadomie wstawiłem przed akapitem poświęconym reklamie piwa, złocistego trunku. Chciałem w ten sposób zwrócić uwagę na to, jak bezlitośnie traktują nas reklamodawcy. Gdy jem sobie spokojnie obiad i muszę wysłuchiwać z telewizora o „brzydkich zapachach z tamtych okolic”, od razu przypomina mi się „Dzień świra” i Marek Kondrat, którego posiłek utrudniany był reklamą „wyciągu z fiuta”. Rzeczywistość dogoniła filmową fikcję.
Wiem, co to konwencja, przenośnia, symbolika, parabola, mam dystans do świata, do reklam i łapię chyba każdy możliwy rodzaj humoru, od absurdalnego po bezsensowny. Ale nie mogę złapać o co biega w tej reklamie: Dwóch kolesi na dachu. Jeden prosi drugiego o piwo. Drugi otwiera lodówkę, wyjmuje butelkę, a ta unosi go ze sobą w górę. Po chwili zafascynowani tym widokiem inni młodzi ludzie łapią się kolesia od butelki i lecą razem z nim przez miasto. Kłębowisko młodych ludzi zrzeszonych wokół butelki piwa, wzniecając tumany kurzu ląduje ciężko na dachu i rozsypuje się niczym kręgle. Młodzi ludzie, którzy powinni przede wszystkim doznać złamań, lub chociaż otarć ciała, nie zastanawiają się nad tym, że właśnie przelecieli pół miasta uczepieni gościa trzymającego się butelki – wszyscy beztrosko zaczynają żłopać piwo na dachu, w środku dnia, choć średnio przystoi pić piwo bez żadnej okazji, w środku miasta, w godzinach okołopołudniowych. Ok, zostawmy samą ideę picia piwa przez młodych ludzi, gotowych to robić (według reklam) zawsze i wszędzie – nawet w sylwestra zamiast szampana, jak pokazała kiedyś tam inna reklama. Jestem zdezorientowany, nie rozumiem o co tu chodzi, nie widzę w tym lataniu na butelce nic ponad nieskończony bezsens pozbawiony humoru. Może po prostu nie jestem grupą docelową tej reklamy i do mnie nie trafia? Jeśli tak, pozostaje mi tylko się cieszyć!
Polska telewizja kipi od słabych lub łopatologicznych, tudzież niezrozumiałych (dla mnie na przykład) reklam. Pominę milczeniem fakt, że promowana w nich jest niezdrowa żywność, alkohol, dania z torebek, wyroby czekoladowe, odchudzające cuda na patyku i suplementy dla dzieci, bez których zatrzymają się w rozwoju. Większości z nich brakuje polotu, pomysłu, humoru, a niektóre z tych, które próbują naśladować absurdalny styl popularnych niegdyś reklam Mumio, wpadają w pułapkę wtórności i przejedzenia nazbyt odjechanymi spotami. Dobre reklamy istnieją, udowadnia to co roku NOC REKLAMOŻERCÓW, podczas której pokazywane są najlepsze spoty z całego świata. Poniżej dwie PEREŁKI znane z polskiej telewizji. Można fajnie? Można!