Ranking

ZŁOTE KRABY 2014 – część 4/4 – najlepsze filmy anglojęzyczne

Autor: REDAKCJA
opublikowano

Najlepszy film anglojęzyczny

 

10. Strażnicy galaktyki / Guardians of the Galaxy

XXX GUARDIANS-GALAXY-MOV-JY-0704.JPG A ENT

Ten film ma gadającego szopa. Czy naprawdę muszę dodawać coś więcej? Kosmiczna jazda bez trzymanki na obrzeżach uniwersum Marvela, pomysł, który nie miał prawa wypalić, a jednak dzięki lekkości, humorowi i aktorom sprawił, że niektórzy obwołali go nowymi Gwiezdnymi Wojnami. Sam nie zapędzałbym się tak bardzo, nie mniej „Strażnicy” kupili mnie totalnie i jeżeli chodzi o MCU to na sequel własnie tej produkcji czekam najbardziej. [Szymon Pajdak]

Guardians of the Galaxy to nie tylko porywczy szop, kosmiczny ent, zielona Neytiri, napakowany bandyta i Star-Lord. Jasne, bohaterowie są kluczem do sukcesu tego filmu, niemniej nie tylko oni odpowiadają za to, że Strażnicy stają się doskonałą kinową zabawą. Film Jamesa Gunna to świetna gra ze space operą, gatunkiem, który w czasach poważnego podejścia do bohaterów popkultury został zepchnięty na boczny tor. Cała scenografia, gagi, walkmeny z hitami z lat osiemdziesiątych i masa innych smaczków wywołujących uśmiech na twarzy widzów sprawia, że Guardians of the Galaxy  bezapelacyjnie znajduje się w czubie kina rozrywkowego roku 2014. [Filip Jalowski]

9. Dallas Buyers Club / Witaj w klubie

dallas

Pamiętam odcinek South Parku, w którym Cartman został zdiagnozowany jako HIV-pozytywny. Egoistyczny bohater jak zawsze usiłował wykorzystać całą sytuację do natłuczenia jak największej ilości zielonych banknotów, niemniej szybko okazało się, że HIV i AIDS są dziś passe. Dla mediów liczą się jedynie dzieci z rakiem. Wiadomo, podejście nieco przerysowane, ale i w swej diagnozie zadziwiająco prawdziwe. Chociażby dlatego doceniam Dallas Buyers Clubm który w solidny, klasyczny, hollywoodzki sposób przypomina o chorobie, która była niegdyś w Ameryce tematem numer jeden. Do tego Jarde Leto i Matthew McConaughey, czyli duet, który prawdopodobnie znajdzie swój mały kącik na kartach amerykańskiej historii filmu. [Filip Jalowski]

Dwie świetnie napisane postacie, interesujące społeczne tło i polityczna doniosłość sprawiają, że „Witaj w klubie” momentami osiąga wielkość. Matthew McConaughey definitywnie uwalnia się od wizerunku amanta – przystojniaka z amerykańskich komedii romantycznych. „Dallas Buyers Club” to kino niebanalne, pełne wybornych dialogów i zagranych z pasją konfrontacji. Ten film w zeszłym roku dostarczył nam również wspaniały aktorski pojedynek między Leto i McConaughey’em. Oboje skończyli z Oscarem, ale dalej nie wiadomo, który był lepszy. Obraz Jean-Marc Vallee’ego zaludniają ekscentrycy, dziwacy i indywidualności. Każda z tych postaci jest wielowymiarowa i ludzka. „Witaj w klubie” to pełne energii, obyczajowo odważne kino. Stawiające aktualne pytania i, mimo delikatnej tematyki, formalnie bardzo atrakcyjne i przystępne. Nie może dziwić potop nagród jaki spłynął na film Vallee’ego. [Maciej Niedźwiedzki]

8. The Guest / Gość

guest

Dan Stevens w roli enigmatycznego „perfekcyjnego przyjaciela” zaklina ekran, a Adam Wingard z konwencjonalnych puzzli kina lat 80. w zuchwały sposób tworzy nową jakość . Dostajemy świetną muzykę, bardzo dobre zdjęcia i eskalację staroszkolnej akcji. Całość mogliby wydać na świat John Carpenter albo Walter Hill (w swoich najpłodniejszych latach). Kino gatunkowe w najlepszym wydaniu [Radosław Pisula]

Maika Monroe zaczyna swoją karierę od niezwykle ciekawych filmów. Zarówno Gość, jak i Coś za mną chodzi to produkcje, które dosłownie oddychają latami osiemdziesiątymi. W drugim z wymienionych tytułów mamy do czynienia z bardzo porządnym, niezwykle klimatycznym horrorem, Gość jest natomiast zabawą w nieco przerysowany kryminał/thriller. Atmosfera w filmie Adama Wingarda jest tak gęsta, że dosłownie można kroić ją nożem. Świetnie zaaranżowane sceny (finałowa gonitwa po obleczonej w halloweenowe dekoracje szkole to mistrzostwo świata), wyraziści bohaterowie, doskonale dobrana obsada i intrygujące tło muzyczne sprawiają, że czujemy się tak, jakbyśmy skorzystali z wehikułu czasu. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie w polskich kinach pojawi się również Coś za mną chodzi, a w dalszej przyszłości liczę na to, że filmów tego typu będzie powstawać zdecydowanie więcej. [Filip Jalowski]

7. Blue Ruin

blue-ruin

Znakomite kino zemsty, które dopuszcza się odważnej wolty gatunkowej, zaczynając historię w miejscu, gdzie powinna się kończyć. Minimalistyczne, brudne, naturalistyczne i nieśpieszne kino, gdzie każde ujęcie jest pieczołowicie przemyślane. Głównemu bohaterowi daleko jest do ikonicznego blasku Charlesa Bronsona, ale właśnie z tego powodu jego nieporadność oraz hermetyczna egzystencja tak przyciągają. [Radosław Pisula]

W filmie Saulniera nóż wbija się w głowę tak głęboko, że białka oczu ofiary aż krew zalewa. Innym razem strzał z karabinu pozbawia człowieka pół twarzy. Reżyser nie stara się łagodzić tych scen czarnym humorem, choć „Blue Ruin” nie jest go pozbawiony, zwłaszcza gdy Dwight zachowuje się na opak do przyjętych schematów.  Podobnie jak w najlepszych filmach braci Coen to głupota i brak wyobraźni decydują o śmieszności historii i postaci, lecz sam świat u Saulniera nie jest w jakikolwiek sposób przerysowany. Realizm świetnie kontrastuje z innością głównego bohatera, ale i istotą zemsty, zwłaszcza takiej, która wynika z wielopokoleniowego konfliktu. [Krzysztof Walecki]

6. Locke

locke

„Locke” to po pierwsze wspaniały popis Toma Hardy’ego. Jeśli ktoś wciąż miał wątpliwości odnośnie aktorskiego warsztatu Anglika, to ta rola musi je wszystkie rozwiać. Hardy wyraża ogromne spektrum emocji i tworzy wyczerpujący portret psychologiczny bohatera. Ta kreacja była wyzwaniem: mocno ograniczona przestrzeń, bohater jest przez półtorej godziny unieruchomiony. Istnieje tylko on i głosy z telefonu. Wszystko wygrywa mimiką, ruchem oczu i tempem oddechu czy mówienia. Tę role się smakuje, wychwytuje niuanse i drobne gesty. Szkoda, że Ivan nie miał przed sobą czterogodzinnej trasy.  Po drugie „Locke” jest również wyjątkowym osiągnięciem reżyserskim i scenopisarskim. Myślę, że każdy czuje dlaczego. [Maciej Niedźwiedzki]

 

5. Her / Ona

her

Opowieść o Theodorze Twomblym poraża swoją wrażliwością i intymnością. Spike Jonze przyzwyczaił nas do tego, że w jego filmach uczucie nigdy nie jest traktowane z topornością będącą znakiem rozpoznawczym tanich wyciskaczy łez. Her jedynie ten fakt potwierdza. Nawet wtedy, gdy obiektem adoracji staje się komputerowy program, Jonze wciąż potrafi mówić o miłości szczerze i oryginalnie, bez nadęcia i oceniania swoich bohaterów. To niezwykle trudna sztuka. Phoenix po raz kolejny udowadnia swój aktorski kunszt, prawdziwą gwiazdą jest tu jednak dla mnie Scarlett Johansson, która za pomocą głosu potrafi uwieść nie tylko głównego bohatera, ale i widza. Mimo tego, że na niemal wszystkich plakatach i materiałach promocyjnych do filmu widzimy twarz Twombly’ego, na myśl o Her w mojej głowie pojawia się roześmiany, ciepły głos Johansson, która uzmysławia, że pomysł na związek z komputerem przestaje być mocno abstrakcyjny. To po części poruszające, po części przerażające. I właśnie takie jest całe Her. Doskonałe kino. [Filip Jalowski]

 

4. Boyhood

boyhood

Prawdopodobnie najważniejsza premiera 2014 roku. Richard Linklater nieśpiesznie przeprowadza nas przez kolejne błahe sceny, chwyta kamerą zwyczajność i rutynę dnia, tak że w jego filmie stają się one fascynujące.  „Boyhood” to kino bezpretensjonalne, nie żądające niczego od swoich widzów i pozbawione sztucznego dramatyzmu. To film  o nieśpiesznej, swobodnej narracji potwierdzającej ogromne wyczucie reżysera. Dodatkowo doskonałe kreacje aktorskie Patricii Arquette i Ethana Hawke’a. Ten film będzie przedmiotem dyskusji przez najbliższą dekadę. Przynajmniej. [Maciej Niedźwiedzki]

„Boyhood” jest jednym z największych zawodowych dokonań Linklatera. Niesamowite podsumowanie jego twórczości, tak często skupionej na obserwowaniu „zwykłych” relacji między ludźmi, codziennych rozmów, które zazwyczaj służyły reżyserowi do wyrażenia swoich niebanalnych życiowych poglądów, ale tak jak treść i sposób przekazu ewoluowały w kolejnych jego filmach, wraz z nabierającym życiowego doświadczenia artystą, tak zmieniał się przez te 12 lat „Boyhood”. A jednak, pozostał przy tym dziełem spójnym, bardziej ciekawym merytorycznie pod koniec historii, ale nie znowu jakoś znacząco odległym od filozoficznych przekonań z początkowego materiału. Zwłaszcza, że obserwowaliśmy kilkunastoletni proces formowania tych myśli i ich finałowy kształt nie wziął się znikąd. Czyż nie można tego powiedzieć o całej twórczości Linklatera? [Krzysztof Bogumilski, fragment recenzji]

3. Zaginiona dziewczyna / Gone Girl

gone_girl_review_1-0

Fincher w charakterystycznym dla siebie stylu, czyli chłodnymi kadrami i spokojną narracją serwuje nam gatunkowy misz-masz, który mimo powolnego tempa trzyma w napięciu od początku do końca. Przy okazji dowiadujemy się trochę o relacjach damsko-męskich oraz o tym, że Rosamund Pike pod okiem dobrego reżysera potrafi grac. I to jak potrafi! Do tego całkiem niezły Affleck, Neil „Barney” Patrick Harris i uczucie ogromnej złości po zakończeniu seansu. Bynajmniej nie z powodu poziomu filmu.  [Szymon Pajdak]

„Zaginiona dziewczyna” to film pełen niespodzianek, zwłaszcza tych fabularnych, lecz na mnie największe wrażenie zrobiło to, z jaką łatwością twórca „Gry” bawi się gatunkowością swojego dzieła. Dreszczowiec nie tylko zmienia się w satyrę na media i ich oddziaływanie, ale i w najczarniejszą z czarnych komedii. Od pewnego momentu tragedie i nowe rewelacje budzą mniej niepokój, a bardziej zdrowy śmiech, sugerując ambicje wykraczające ponad standardowy thriller. Ton filmu nadal pozostaje wyjątkowo siermiężny, typowo fincherowski, ale nie przeszkadza to reżyserowi, a zwłaszcza samej Flynn, w tworzeniu sytuacji – w innym filmie, z góry skazanych na porażkę – tutaj zaś dopełniających obraz małżeńskiego szaleństwa i koszmaru. [Krzysztof Walecki]

2. Grand Budapest Hotel

grand

Film Andersona opowiada o momencie przełomowym. Czasie, w którym świat ustrojonych w paryskie suknie hrabin, dżentelmenów perfumujących się obficiej od dam, arystokracji rezydującej w pełnych przepychu, alepejskich rezydencjach został rzucony na kolana uderzeniem kolby nazistowskiego karabinu. Ci, którzy czytali Czarodziejską górę Manna, odnajdą w murach hotelu Grand Budapest nastrój wypełniający sanatorium w Davos. To wszystko nie jest jednak podane jak na tacy, przekazane nazbyt dosłownie. Anderson prowadzi z widzem wspaniałą grę, w trakcie której co i rusz otwierane są kolejne szuflady i szufladki skrzętnie przygotowanej opowieści szkatułkowej. Dzięki temu kolejna wizyta w niezwykłym świecie reżysera jest nie tylko poruszająca, ale i uroczo zabawna. [Filip Jalowski]

1. Wolf of Wall Street / Wilk z Wall Street

wolf

Marty, Marty, Marty jak to dobrze, że mimo tylu lat na karku pokazujesz soczystego fucka całej zgrai reżyserów, którzy nie dorastają Ci do pięt. Tempo, narracja, zdjęcia, humor, poszczególne sceny. To wszystko sprawia, że „Wilk z Wall Street” to hedonistyczna filmowa uczta, którą mimo prawie trzech go pochłania się bez chwili znużenia. Do tego dochodzi cały zespół aktorski z wyśmienitym DiCaprio i równie dobrym Hillem. 5 seansów za mną i nie czuję znużenia, mam ochotę na więcej i więcej. Zupełnie jak Jordan Belfort.[Szymon Pajdak]

Ciężko napisać o Wilku coś nowego, ponieważ początek ubiegłego roku stał pod znakiem zaciekłych batalii pomiędzy jego zwolennikami i przeciwnikami. W bitwie na argumenty powiedziano właściwie wszystko, co powiedziane być powinno, dlatego moje krótkie podsumowanie będzie w zasadzie przyznaniem się do sympatyzowania z obozem pro-belfortowskim. Uważam, że Wilk z Wall Street to najlepszy film Scorsese od czasów Kasyna. Intensywność, z jaką zademonstrowano w nim kolejne stadia życia bohatera to prawdziwy majstersztyk sztuki filmowej. Niezapomniana rola DiCaprio, doskonała kreacja Hilla, świetny zespół szarżujący za ich plecami i Martin Scorsese, jakiego znamy z dawnych lat – precyzyjny, doskonale wyczuwający rytm opowieści, świetnie rozumiejący swoich bohaterów. Chcę więcej. [Filip Jalowski]

Ostatnio dodane