Ranking

W CZASIE I PRZESTRZENI. 10 filmów historycznych z dziesięciu krajów

Autor: Mariusz Czernic
opublikowano

Każde państwo ma swoją historię, zapisaną w kronikach lub przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Dlatego kino historyczne to gatunek uniwersalny, uprawiany wszędzie tam, gdzie rozwija się kinematografia. Przynależność konkretnych filmów do tego gatunku wydaje się na pozór oczywista, ale często budzi jednak wątpliwości. Powstają one na skutek zbyt dużych odstępstw od tego, co o historii wiemy z podręczników. Stare kroniki i badania archeologiczne wiele wyjaśniają, ale nie stworzą pełnego obrazu dawnej rzeczywistości. Reżyserzy niejednokrotnie posługują się materiałami historycznymi po to, by opowiedzieć fikcyjną fabułę, najczęściej przygodowo-romantyczną. Mają do tego prawo, ale jeśli ważnym czynnikiem spektaklu czynią wiekopomne wydarzenie historyczne, to nie ma powodu, by nie zaliczyć go do gatunku. Odstępstwa od „prawdy” nie zawsze są błędami twórców, często służą bowiem określonym celom – wynikają z budżetu, wygody, specyfiki, kreatywności…

Niniejszy tekst ma na celu wyróżnienie najlepszych filmów historycznych, ale według ściśle określonego klucza (produkcje z różnych krajów i w różnych językach). Aby wybrać dzieła reprezentatywne dla poszczególnych państw, zdecydowałem się zestawić obok siebie tak zwane giganty historyczne – najdroższe (i możliwe, że najlepsze) filmy krajowe, które są „narodowymi eposami” i cieszą się powodzeniem także za granicą. To również dobra okazja, by poznać dzieje różnych narodów, dlatego wybrałem filmy, w których lokalni reżyserzy opowiadają o bohaterach z historii własnego kraju. Z tego powodu pominąłem Faraona (1966) według powieści Bolesława Prusa. Z tego powodu nie brałem pod uwagę amerykańskich filmów o starożytnym Rzymie (ostatecznie żaden film anglojęzyczny nie wszedł do zestawienia). Pominąłem też filmy o dwudziestowiecznych konfliktach zbrojnych, ponieważ zgodnie z powszechnie obowiązującą definicją, należą one do innego gatunku – kina wojennego. Kończąc ten wstęp, zapraszam na ciekawą filmową podróż w czasie i przestrzeni… Kolejność tytułów – chronologiczna.

1. Ziemia gauchos (Argentyna 1942), reż. Lucas Demare

hiszp. La guerra gaucha / amer. The Gaucho War

Skala i znaczenie tego filmu są tak duże, że mówiło się o nim jak o argentyńskim Przeminęło z wiatrem (1939). Rzecz rozgrywa się w czasie argentyńskiej wojny o niepodległość z lat 1810–1818, a konkretnie w jej końcowej fazie, w 1817 roku. Oddziały argentyńskich kowbojów, tak zwani gauchos, toczyli nieregularne walki przeciwko siłom rojalistycznym wiernym koronie hiszpańskiej. Film przedstawia serię walk partyzanckich, przypominając amerykańskie filmy o Dzikim Zachodzie, a także realizowane dwadzieścia lat później włosko-hiszpańskie zapata westerny. Po swojej stronie gauchos mają między innymi pracownika kościoła (tak zwany zakrystian), który udając lojalność wobec rojalistów, sprzyja partyzantom – wysyła im informacje poprzez posłańca, albo uderzając w kościelny dzwon. Pojmany przez buntowników porucznik z armii hiszpańskiej także ulega rewolucyjnym ideałom o wolności, przy okazji zakochując się w pięknej Asunción.

W latach czterdziestych Argentyna przeżywała burzliwy okres. Ludzie byli podzieleni na tych, co opowiadali się za przyłączeniem do wojny, oraz na tych, co pragnęli zachować neutralność. Rządy Ramóna Castillo prowadziły do konfliktów, a w 1943 na skutek przewrotu wojskowego prezydent został obalony. Ziemia gauchos, zrealizowana w oparciu o serię książek Leopolda Lugonesa, dobrze wpisywała się w ówczesne nastroje panujące w kraju. Dla uzyskania większego autentyzmu zdjęcia były realizowane w prowincji Salti, w północno-zachodniej części Argentyny, gdzie rozegrały się przedstawione tu wydarzenia.

Już na wstępie uderza potężna siła instrumentów muzycznych – autorem ścieżki dźwiękowej był brat reżysera, Lucio Demare. Omawiany film zdobył aż siedem nagród Argentyńskiej Akademii Filmowej, pomyślanej na wzór amerykańskiej. W roku 1955 Akademia została rozwiązana przez juntę wojskową. Do dzisiaj wręczane są jednak inne nagrody argentyńskie, Srebrne Kondory, które podczas pierwszego rozdania w 1943 zdobyła Ziemia gauchos (za najlepszy film, reżyserię i scenariusz adaptowany). Film dobrze zniósł próbę czasu i znalazłby liczne grono odbiorców, gdyby został lepiej rozpowszechniony. Niektórzy kinomani mogą kojarzyć Hugona Fregonese’a, który pełnił tu funkcję asystenta reżysera, później zaś zdobył popularność za granicą. Kręcił filmy w Argentynie, USA, Italii, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii i RFN.

2. Przeciw wszystkim (Czechosłowacja 1957), reż. Otakar Vávra

czes. Proti vsem / ang. Against All

Gdy w Polsce realizowano pierwszą produkcję historyczną w kolorze – Podhale w ogniu (1955) o powstaniu antyszlacheckim z 1681 – Czesi za 33 miliony koron przerabiali temat wojen husyckich z piętnastego wieku. Powstały trzy części: Sobór w Konstancji (Jan Hus, 1955), Jan Žižka (1956) i Przeciw wszystkim (1957). W zestawieniu ląduje ostatni z wymienionych, gdyż trylogia ma tendencję zwyżkową. Każda część jest w zasadzie osobną historią, więc można je oglądać w dowolnej kolejności. Proza Aloisa Jiráska posłużyła do stworzenia kapitalnego widowiska, imponującego pod względem wizualnym, krytykowanego za stereotypowość i stronniczość, mocno zniekształcających rzeczywisty obraz. Komunizm rządzący tą częścią Europy wywarł z pewnością wpływ na ostateczną wersję filmu, ale doszukiwanie się w ruchu husyckim komunistycznej ideologii moim zdaniem nie ma wielkiego sensu.

Wyżej ocenianym filmem Otakara Vávry jest Młot na czarownice (1970) o działalności inkwizytorów na ziemiach czeskich (procesy czarownic w mieście Šumperk). Dzieło zdobyło większe uznanie, bo reżyser bardziej przyłożył się do warstwy dramaturgicznej, tworząc wstrząsający obraz epoki. Trylogia husycka, a w szczególności wieńczący ją utwór Przeciw wszystkim, zasługuje na uwagę z innego powodu. Jest doskonałym reprezentantem czasów, w których powstał, udowadniając, że czeskie kino to nie tylko filmy z serii „nikt nic nie wie”, ale też spektakularne produkcje gatunkowe. Gdy oglądamy finałowe starcie – bitwę o Witkową Górę z 1420 – staje się jasne, że film dorównuje jakością droższym produkcjom zza oceanu. Poza tym bardzo dobrze ukazano chaos panujący w tamtych czasach, pośród średniowiecznej hipokryzji i religijnego fanatyzmu. Po jednej i drugiej stronie jest bardzo nerwowo. Ludzie śpiewają religijne pieśni, ale w sercu zamiast Boga mają nienawiść. Scena, w której dom zostaje spalony, mimo iż jest w nim dwoje ludzi, mocno zapada w pamięć i daje do myślenia.

3. Lampart (Włochy 1963), reż. Luchino Visconti

wł. Il gattopardo / ang. The Leopard

Scenariusz jest głębokim i szczerym wyrazem tęsknoty za czymś, co bezpowrotnie odeszło, lecz zasługuje na pamięć.

Zjednoczenie Włoch, czyli tak zwane Risorgimento, to przełomowe wydarzenie w historii Italii, które doczekało się wspaniałego hołdu w postaci barwnego, olśniewającego wizualnie spektaklu. Reżyser-arystokrata Luchino Visconti zadbał o odpowiednie środki, by stworzyć nie tyle film, co raczej niezwykłą serię obrazów, mistrzowskich dzieł sztuki, które docenią prawdziwi koneserzy. To były piękne czasy, więc i aktorów wybrano atrakcyjnych. Burt Lancaster, Claudia Cardinale i Alain Delon, chociaż nie mówili biegle po włosku i musieli zostać zdubbingowani, znakomicie wpasowali się w wizję przemian zachodzących w „królestwie zwierząt”, gdzie na miejsce gepardów i lwów przychodzą szakale i hieny. Piękno i majestat ustąpiły miejsca mrocznym siłom, które swoje apogeum osiągnęły w czasie drugiej wojny światowej.

Na początku lat sześćdziesiątych miały premierę dwa bardzo od siebie odmienne dzieła Viscontiego – bliski estetyce neorealizmu Rocco i jego bracia oraz porównywalny do wystawnych inscenizacji teatralnych fresk historyczny Lampart. Jednak myliłby się ten, kto uważa, że bogactwo plastyczne ukrywa płytką treść. Scenariusz, przy którym brało udział aż pięciu autorów, jest – opartym na powieści Giuseppe di Lampedusy – głębokim i szczerym wyrazem tęsknoty za czymś, co bezpowrotnie odeszło, lecz zasługuje na pamięć. Sekwencja balu, trwająca ponad 40 minut, to symboliczne pożegnanie, uczta na cześć tych, których strata boli najmocniej. Bo nic nie jest w stanie ich zastąpić. Film wyróżniono Złotą Palmą, ale do Oscara zgłoszono wówczas Osiem i pół. Jak się później okazało, to była słuszna decyzja, bo film Federico Felliniego nagrodzono statuetką. Jednak dla mnie to Lampart jest dziełem wyjątkowym, który bardzo szlachetnie się zestarzał.

Ostatnio dodane