Ranking

TYTUŁY, DO KTÓRYCH MOŻNA WRACAĆ. Filmy wielokrotnego użytku

Autor: Szymon Skowroński
opublikowano

Ile razy, zamiast obejrzeć coś nowego, sięgaliście po doskonale już znane tytuły? Każdy kinoman ma grupę filmów, które zna na pamięć, a i tak do nich wraca. Niektórych dzieł nie da się obejrzeć więcej niż raz, a inne – wręcz przeciwnie, bawią za każdym razem tak samo, a nawet bardziej. Przedstawiamy filmy, którym z pewnością warto dać dwie szanse – albo i więcej.

Mulholland Drive

To dość oczywiste, że w niniejszym zestawieniu pojawia się dzieło Davida Lyncha. Teoretycznie można tu umieścić całą jego filmografię i nie byłoby żadnego przekłamania w tytule. Jednak Mulholland to dzieło wyjątkowe nawet jak na twórczość jednego z najbardziej enigmatycznych reżyserów. Opowiedziana historia wydaje nie trzymać się żadnych reguł, ale budzi żywą fascynację i niepokój. Zamiast próbować ułożyć przedstawione wydarzenia w jedną, spójną całość i łączyć wszystkie „kropki” aż do uzyskania całego obrazka, lepiej skupić się na jej fragmentach, które łączą się z innymi w nieoczekiwany i nieoczywisty sposób. Ten film można układać w różne ciągi, ale zawsze pozostanie kilka elementów, które nie pasują do całości. Dlatego, znając już scenariusz wydarzeń, warto obejrzeć film i obserwować pojedyncze motywy i detale, by prześledzić ich występowanie w fabule, a także skoncentrować się nie na relacjach scen występujących obok siebie, ale tych z obu końców historii. Okazuje się, że film Lyncha zyskuje, jeśli jest traktowany jako kilka mniejszych opowieści, z których każda budzi różne emocje i prowadzi do różnych wniosków. A całość jest tak fantastycznie ograna i zagrana, że aż żal nie podarować sobie przyjemności drugiego seansu.

Oldboy (2003)

Prosto z Korei Południowej – kino akcji, które wznosi ten gatunek na wyżyny artyzmu. Już sama historia może wydawać się na tyle skomplikowana i zakręcona, że warto poświęcić dodatkowe dwie godziny na prześledzenie jej scena po scenie. Ale Oldboy posiada o wiele więcej czynników, które sprzyjają wielokrotnym seansom. Jednym z nich jest absolutnie konsekwentna strategia wizualna filmu. Obraz w dziele Chan-wook Parka to coś więcej, niż ilustracja wydarzeń. Za pomocą odpowiedniego rozkładu elementów kadru, reżyser łączy ze sobą poszczególne fragmenty opowieści, odwraca role, tworzy tropy, łamie reguły. To, w jaki sposób dana postać jest ukazana w konkretnej scenie, ma znaczenie dla opowieści i może wywoływać skojarzenia z innymi postaciami i scenami. Również scenografia i rekwizyty grają fundamentalną rolę w narracji Oldboya.  Warstwa wizualna tego filmu jest nie tylko piękna, ale pomaga dopowiedzieć (a czasem wręcz – opowiedzieć) historię. Dlatego też drugi i kolejny seans daje możliwość odkrycia tej historii na nowo, w zupełnie inny sposób.

Czy leci z nami pilot?                  

Komedia, która pomogła w ukształtowaniu podgatunku: filmowej parodii.  Czy leci z nami pilot? to film, który aż prosi się, by do niego wracać. Luźna konstrukcja fabuły pozwoliła na zrealizowanie serii skeczy, z których jeden jest zabawniejszy od poprzedniego. Może się zdarzyć, że salwy śmiechu za pierwszym razem po prostu przeszkodzą wam w wyłapaniu kolejnych żartów. Jeśli nie chcecie tego zrobić dla siebie – zróbcie to dla George’a Zipa.

Full Metal Jacket

Na dobrą sprawę każdy z filmów wyreżyserowanych przez Stanleya Kubricka jest materiałem wielokrotnego użytku. Studenci szkół filmowych i celuloidowi fetyszyści oglądają je wszystkie bez końca, drobiazgowo analizując technikę i warsztat reżysera. Zwracam jednak uwagę na Full Metal Jacket – jego przedostatni film, który wydaje się być nieco skromniejszy niż chociażby skrojona na epopeję 2001: Odyseja kosmiczna lub wystawny Barry Lyndon. Opowieść o grupie młodych żołnierzy piechoty morskiej, którzy najpierw przechodzą morderczy trening, a potem trafiają w piekło wietnamskiej wojny, urzeka liczbą smaczków, detali i ukrytych znaczeń. Obejmuje je każdy aspekt narracji – od scenariusza, przez zdjęcia, po montaż.

Najoczywistszy powód do powtórki filmu to kwestie R. Lee Ermeya, byłego wojskowego, który wcielił się w sierżanta Hartmanna. Przez czterdzieści pięć minut filmu prowadzi on niemal gargantuiczny monolog, który składa się z inwektyw pod adresem kadetów. To już spory kawał historii kina. Ale drugi raz z filmem Kubricka może polegać na przyglądaniu się, w jaki sposób reżyser pokazuje to, co wcześniej pojawiło się tylko jako myśl lub słowo. „Zmarli wiedzą jedno. Lepiej być żywym” – stwierdza jeden z bohaterów filmu, kiedy widzi równo ułożone ciała, posypane dużą ilością białego wapna. Jednak takie ciała, ułożone w taki sam sposób, pojawiły się w filmie już wcześniej. „Jezus jest dumny z żołnierzy piechoty morskiej”, co widać dosłownie w jednym, krótkim fragmencie filmu. Wreszcie – wiecznie schowana ręka sierżanta pojawia się nad żołnierzami w momencie, kiedy najbardziej by jej potrzebowali. To dopiero początek wyliczanki. Prawie każda kwestia wypowiedziana w filmie ma swoje wizualne odniesienie w późniejszych scenach. Idźcie i oglądajcie go wszyscy.

Ostatnio dodane