Ranking

TOP 5 RÓL CHRISTOPHA WALTZA. Od geniusza do tyrana

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Niedawno skończył 60 lat, nie jest wysoki ani umięśniony. Zrobił jednak karierę za oceanem, co potwierdziły dwa Oscary za role drugoplanowe. Christoph Waltz ma szczęście do dobrych scenariuszy i reżyserów. To jednak połowa sukcesu, ponieważ gdyby nie dysponował dramatycznym talentem, nie uniósłby ciężaru skomplikowanych osobowości, które przypada mu odtwarzać. Grywa postaci wyraziste, często pozostające na marginesie społeczeństwa i z nim skłócone. Są pośród nich wysublimowani psychopaci, samotnicy, geniusze, idealiści, a także pospolici dranie. Kiedy się tak patrzy na Waltza, można uwierzyć, że jego osobowość faktycznie posiada cechy granych przez niego postaci. Tym bardziej warto przyjrzeć się kilku jego, moim zdaniem, najlepszym rolom.

  1. Qohen Leth, Teoria wszystkiego (2013), reż. Terry Gilliam

Zgarbiony, ogolony na łyso, z wydatną szczęką i odstającym od korpusu brzuchem, Waltz w roli tajemniczego Qohena Letha wypada nietuzinkowo i sugestywnie. Jak na razie to jego najbardziej dopracowana filmowa kreacja. Nie przypadkiem też stało się to pod skrzydłami reżysera, który nakręcił ten film niezależnie od wielkich producentów ze stajni Hollywood, grzebiących w scenariuszu, decydujących o budżecie i wpływających na końcową artystyczną wizję. Qohen Leth jest jedną z najbardziej niejednoznacznych postaci, z którymi się spotkałem. Jest na wpół niewolnikiem wielkiego, korporacyjnego systemu, który go zatrudnia w roli ni to hakera, ni to komputerowego serwisanta. Ten drobny czas, jaki udaje mu się wykroić dla siebie, poświęca na kuriozalne wyczekiwanie, aż zadzwoni telefon z odpowiedzią na nurtujące go pytanie o „sens wszystkiego”. Telefon jednak nie dzwoni. Stan psychiczny Qohena sukcesywnie się pogarsza, co znakomicie oddają rozbiegane oczy Christopha Waltza i szerokokątne ujęcia jego wygolonej, bladej twarzy. Naukowcowi udaje się na szczęście zmienić system pracy – zaczyna wykonywać swoje obowiązki w domu. Wszystko to po to, żeby nie przegapić najważniejszej rozmowy w swoim życiu. Jak na ironię, kiedy faktycznie wyczekiwany telefon dzwoni, finalnie go nie odbiera.

Oczywiście powyższe zdania to jedynie ułomny skrót obfitującego w rozmaite wątki filmu Gilliama. Waltz w roli Qohena nie tylko świetnie gra pantomimiczne monologi wewnętrzne, lecz i na swój nieco autystyczny sposób sugestywnie dla oglądającego wchodzi w interakcje z licznymi gośćmi, którzy uporczywie go odwiedzają. Generalnie kino tego typu spod znaku Gilliama wymaga od widza krytycznego dystansu do rzeczywistości i sporej wiedzy na temat stosowanych przez reżysera metafor – biblijnych (w przypadku Teorii wszystkiego Kohelet), mitycznych, naukowych i literackich.

Jeśli aktor chce być odebrany jako autentyczny w roli jakiejś postaci, musi emocjonalnie wcielić się w nią, czyli po prostu nią zostać na czas kręcenia filmu. Qohen jest nie tylko odseparowanym od świata naukowcem, ale i marzycielem. On wie, że poza granicą rzeczywistości, tej fizycznej i zarazem powszechnie dostępnej dla ludzi, kryje się zasada, której poznanie gwarantuje zrozumienie sensu życia. Z tym że Terry Gilliam w jego nieograniczonej wyobraźni jednak nie widzi szansy na szczęście. Baśniowa fantazja zdaje się czarną dziurą, której społeczeństwo nie zrozumie i w końcu wykreśli marzyciela jako element bez wartości. W twarzy Christopha Waltza widać ten lęk przed funkcjonowaniem poza nawiasem, a jednocześnie niepohamowaną i odważną potrzebę odejścia. Dlatego właśnie tą rolą wspina się w mojej opinii na szczyt swoich aktorskich kreacji.

  1. Dr King Schultz, Django (2012), reż. Quentin Tarantino

Django, przez niektórych uważany za pastisz westernów, jest precyzyjnie zaplanowanym filmem. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć, co akurat w Tarantinowskim przekazie w ramach tego gatunku może być wyśmiewaniem jakiegoś najbardziej westernowego z westernów. Jest tak może dlatego, że generalnie filmy z tego gatunku traktuję z lekkim przymrużeniem oka. Może też z tego względu postać dr. Kinga Schultza tak przypadła mi do gustu, bo jest, jakby to ująć, w swojej kulturze europejska, a nie nonszalancka i prostacka, jak to bywają bohaterowie westernów. Oczywiście nic nie mam do tego typu filmowego luzu rodem z amerykańskiej prerii, jednak taki człowiek jak Christoph Waltz ze swoim austriackim rodowodem mógłby nie pasować do strzelającego na wszystkie strony i machającego lassem kowboja, bez względu na to, jak długi rodowód szlachetnych przodków miałby ów pastuch krów. A skąd? No pewnie z Europy. Dlatego właśnie film Tarantino jest dla mnie kwintesencją westernu, ponieważ wyraźnie akcentuje, skąd wywodzą się rodowodowo główne, białe postaci filmów o Dzikim Zachodzie i przede wszystkim to, że Amerykanie wcale nie posiedli monopolu na kręcenie filmowych wzorów z tego gatunku.

Waltz w roli nieco demonicznego lekarza dentysty gra bardzo po swojemu. Miejscami odnieść można wrażenie, że nieco zbyt teatralnie improwizuje. Moim zdaniem reżyser bardzo mu zaufał, wykorzystując jego narodowość do stworzenia naturalnej, aczkolwiek tragicznej postaci. Dr Schultz zawiera w sobie mnóstwo sprzeczności – jest biały i pochodzi z Niemiec, a jednak jest obrońcą niewolników. Już tu powinna widzowi zapalić się czerwona lampka. Tarantino uwielbia w kręconych przez siebie filmach bawić się stereotypami kulturowymi, a więc Niemiec wyrasta u niego na obrońcę czarnych, a biali i bogaci właściciele latyfundiów to ludzkie wydmuszki, bez zasad, ale za to w bogatych, drogich strojach.

Waltz zaś czuje się najlepiej, gdy odgrywa postaci naznaczone. Czy chodzi tu o szaleństwo? W przypadku dr. Schultza może tak być. Europejczyk, wdowiec, lekarz, pracujący obecnie jako łowca głów, a jednak idealista. Czy chce odkupić jakąś swoją tajemniczą winę? Pełna interesujących sprzeczności postać, w dużej mierze zaprojektowana przez Waltza, lecz jej genezy powinniśmy doszukiwać się w innym filmie Tarantino, z tym że tam jest antytezą Schultza.

  1. Pułkownik Hans Landa, Bękarty wojny (2009), reż. Quentin Tarantino

Postać Łowcy Żydów, jak nazywają Landę w nazistowskim środowisku, uzupełnia pod względem negatywnym jego znakomite kreacje aktorskie u Tarantino. To właśnie w Bękartach wojny Waltz opracował do perfekcji odgrywanie demonicznej i surrealistycznej zarazem postaci. Wykorzystał tę metodę również później w Django. Dr Schultz bardzo przypomina Hansa Landę. Mogłoby się wydawać, że jest po tzw. przeciwnej stronie mocy, jednak to wcale takie oczywiste nie jest. Obaj posiadają mroczną przeszłość, za to pułkownik znacznie bardziej wyraziście oddał się zbrodni. Prócz cech ewidentnego zbrodniarza posiada spore zdolności analityczne i dedukcyjne, niemal jak Sherlock Holmes. Dzięki umiejętnościom Waltza i jego niemożliwej do podrobienia, autentycznej niemieckości udało się Tarantino zbudować postać jak na tego reżysera wyjątkowo mało pastiszową, a jednocześnie wypełnioną ukrytymi odniesieniami do historii i literatury. Landa jest przykładem nie tyle oddanego Hitlerowi nazisty, co mrożącego krew w żyłach człowieka interesu. A więc w danym momencie historii opłaca się polować na Żydów, a w innym, kiedy blask Hitlera zaczyna niknąć, warto by wesprzeć aliantów. Gdzie tu jakiś system wartości prócz chęci przetrwania?

Ano go nie ma. W posągowej i silnie zarysowanej twarzy Christopha Waltza nie widać lęku ani nawet ideologicznego oddania. W pewnym sensie można stwierdzić, że zbudowanie postaci Landy na trochę wytartym już schemacie pedantycznego nazisty okazuje się wręcz nowatorskie, gdy zestawi się właśnie owe stereotypowe cechy oficera SS z brakiem wiary w narodowy socjalizm u pułkownika. Wydaje się on genialnym psychopatą, skrzywdzonym przez ojca tyrana „dorosłym dzieckiem”, albo nawet przedstawicielem obcej, wyjątkowo nieludzkiej cywilizacji, który realizuje tajny plan kosmicznej zagłady Żydów.

Co jest więc nie tak z tą postacią, skoro nie jest na pierwszym miejscu? Waltz przecież dostał za nią Oscara. Tarantino był nią zachwycony. Nie ulega wątpliwości, że jest to doskonała kreacja austriackiego aktora. Dlaczego więc odczuwam sztuczność, kiedy patrzę na liście dębu na patkach kołnierzykowych esesmana? Może zbyt dużo w Waltzu zablokowanych emocji i nieskazitelnego kunsztu rodem z desek klasycznego wiedeńskiego Burgtheater?

Ostatnio dodane