Ranking

Szybka piątka #7 – Filmy, których wszyscy nie znoszą, a wy lubicie

Autor: REDAKCJA
opublikowano

Po zeszłotygodniowej Szybkiej Piątce, która wzbudziła duże emocje (często podyktowane niezrozumieniem naszych niewinnych intencji), tym razem odwracamy zestawienie do góry nogami – przedstawiamy filmy uważane za słabe, niedoceniane i wyszydzane, ale jednak  w naszych oczach – każdego z osobna – wyrastają na coś zdecydowanie bardziej wartościowego. Filmy, które generalnie były słabo oceniane lub zignorowane; filmy, które wielu nie znosi z wielu różnych powodów – często słusznych – a my je lubimy, cenimy i w naszych osobistych rankingach zawsze znajdą swoje miejsce.  

Oto nasze typy. Wasze wpisujcie w komentarzach. 

 

Gamart

1. Jaja w tropikach – W USA ten film jeszcze potrafił się obronić, ale u nas został zjedzony przez widownię. I nie wiem, z jakiego powodu, bo to produkcja, która w błyskotliwy sposób parodiuje absurdy Hollywood – od bezlitosnych producentów, przez role skrojone pod Oscary i piosenkarzy, którzy chcą spić trochę celuloidowej śmietanki, aż do przebrzmiałych gwiazd kina akcji oraz aktorów komediowych jadących na autopilocie. Oglądałem już w każdej pozycji. Uwielbiam. Od Kirka Lazarusa powinien uczyć się każdy, kto chce zrobić karierę w Fabryce Snów.

2. Mission: Impossible 2 – Moja ulubiona część serii. John Woo po przeprowadzce do Ameryki został dosyć mocno ugrzeczniony, ale to jest człowiek, który zawsze wiedział jak zrobić maksymalnie wystylizowane i wysokooktanowe kino akcji. Zabawa w kino, która chyba najbardziej ze wszystkich odsłon cyklu romansuje z klasyczną konwencją sci-fi – akcja jest szybka, gadżety niezwykłe, a Ethan Hunt jawi się jako prawdziwy superbohater. Mam świadomość, że to widowisko wadliwe, ale za każdym razem pysk cieszy mi się od ucha do ucha gdy widzę scenę wspinaczki zakończoną wybuchającymi okularami.

3. Daredevil – Mało który film zmienia się praktycznie całkowicie przy okazji pojawienia się wersji reżyserskiej. Adaptacja komiksu o niewidomym prawniku jest jednak tego idealnym przykładem. Edycja rozszerzona brutalniejsza i sensowniejsza, co daje w efekcie solidny film akcji. Zresztą podstawową wersję też bardzo lubię. Cierpi ona przez to, że chciano ją dopasować do różnej widowni, a koszmarne elementy są zwyczajnie niereformowalne (m.in. wszystkie sceny z Jennifer Garner, wykorzystanie muzyki Evanescence), ale kupa innych pomysłów jest naprawdę fajna (pościg za Quesadą, starcie na drodze w rytm FENOMENALNEGO utworu Roba Zombiego, przedstawienie codzienności Murdocka, wizualizacja zmysłów, Kingpin) i żal, że akurat ten film zbiera do dzisiaj baty od widzów.

4. Szansa dla karierowicza –  Absolutnie niedoceniony scenariusz Johna Hughesa, który po latach nadal zachwyca klimatem. Urocza opowiastka o dwójce zagubionych w meandrach życia nastolatków, którzy utykają na noc w zamkniętym supermarkecie, gdzie mają czas wymienić doświadczenia i – jak zawsze u amerykańskiego skryby – nauczyć czegoś nieletniego widza. Dodatkowo ekran elektryzuje prześliczna Jennifer Connelly.

5. Cosmopolis – Cronenberg za samo ociosanie Pattisona, do stanu pozwalającego mu przypominać prawdziwego aktora, powinien zostać doceniony. Dla innych film jest wielkim bełkotem, a ja czuję w nim niesamowicie unikalny oraz duszny klimat, widzę świetnie rozstawienie pionków na planszy i ciekawe myśli krążące po zatłoczonych ulicach, które wbijają się do samochodu.

Arahan

1. Bardzo dziki zachód – Nie rozumiem negatywnych opinii na temat tego filmu i nazywania go popłuczynami po „Facetach w czerni”. To całkiem niezła rozrywka, pełna gadżetów, zwariowanych scen akcji, okraszona odrobiną brutalności i podlana steampunkowym sosem. Do tego fajni Will Smith i Kevin Kline oraz piękna Salma Hayek w gorsecie – czego chcieć więcej? No i ta piosenka –  „Wild Wild West, Jim West, desperado, rough rider …”, raz usłyszycie i już na zawsze zostanie Wam w głowie.

2. Tango i Cash – Film, którego każda kolejna minuta przekracza granicę głupoty, dając przy tym tyle radochy, że głowa mała. Stallone i Russell jako świetny, szalony duet, kilka trzymających w napięciu scen i nieśmiertelny, autoironiczny tekst – „Rambo is a pussy”. Kultowy klasyk ery VHS, który mi się nigdy nie znudzi.

 

3. Piekielna głębia – film nazwany nieudolną wersją „Szczęk” dla współczesnego widza. Inteligentne rekiny, naukowe eksperymenty, zamknięty kompleks badawczy, drewniane aktorstwo i cała masa frajdy! Kilka naprawdę ciekawych patentów, Samuel L. Jackson i humor wprowadzony przez bohatera LL Cool J’a, to wszystko wystarczy żebym na prawie 2 godziny dał się porwać i nie zważając na przytyki znajomych dobrze bawił.

4. Krwiożercza roślina (aka. Sklepik z horrorami) – musical z 1986 roku opowiadający o roślinie żywiącej się ludzkim mięsem? Tak, jasne. Spróbujcie namówić znajomych na seans! Kiedy już wszyscy opuszczają pokój wyzywając mnie od ramoli zostaję sam z kapitalną obsadą (Moranis, Belushi, Candy, Martin), muzyką Milesa Goodmana i tekstami tytułowej rośliny, która ma charakter lokalnego cwaniaka. Coś pięknego!

5. Od zmierzchu do świtu – hołd złożony filmom klasy B. Produkcja pełna makabrycznego humoru, przekleństw i obrzydliwości, podczas której przez cały seans uśmiech nie znika z mojej twarzy. Rodriguez i Tarantino bawią się w kino urządzając widzowi krwawą jazdę bez trzymanki. Charakterystyczni bohaterowie, pamiętne sceny i cała masa bluzgów i wulgaryzmów – poezja!

Ciuniek

1. Transformers – Durny film bez scenariusza. Nie zmienia to jednak faktu, że go uwielbiam. Uwielbiam szczegółowość scen akcji: asfalt kruszący się pod stopami robotów, koła obracające się na nogach Optimusa, kiedy ten pierwszy raz pojawia się na ekranie, wszystkie te ruchome elementy towarzyszące przemianom. Jednak przede wszystkim doceniam to, że pomimo wszechobecnego na ekranie CGI naprawdę wiele sprzętu rozwalono naprawdę przed kamerą, bez uciekania się do animacji. A w kategorii reżyserowania rozwałki Michaela Bay’a ciężko przeskoczyć.

2. Johnny English – Może to przez dowcip z lądowaniem na wieżowcu, może to przez gadkę o przejściu przez pustynię Kalahari z niczym poza paczką cytrynowych landrynek w kieszeni, może to przez scenę koronacji… lubię Atkinsona w tym wcieleniu i cały czas uśmiecham się na wspomnienie całej masy żartów i tekstów. Podoba mi się to, że English nie jest klasycznym komediowym, przeświadczonym o swojej zajebistości cwaniakiem, który w rzeczywistości ociera się o śmieszność. On widzi swoje gafy i potknięcia. I nie jest zachwycony z tego powodu.

3. Silent Hill – tutaj trochę nie jestem pewien. Z jednej strony większość krytyków niemal jak jeden mąż zjechało ten film od góry do dołu (niecałe 30% na Pomidorach), ale z drugiej strony wśród widzów da się usłyszeć cieplejsze opinie. Jednym z takich widzów jestem ja i uważam, że Silent Hill to całkiem zgrabnie nakręcony horror z kapitalnym klimatem i paroma ikonicznymi scenami, który na własne nieszczęście posiada na siłę doklejony sequel.

4. Wyspa – Znowu Bay. Chyba najbardziej niegłupi film tego reżysera. Zarzuca mu się, że jest zrzynką z THX 1138 i Ucieczki Logana, ale nie potrafię dostrzec w tym problemu. Dobry remake zawsze jest w cenie, a wydaje mi się, że Wyspę można za taki uznać.

 

5. Straszny film 3 – oj dawno już nie widziałem tego filmu, ale wydaje mi się, że ze wszystkich nowych parodii z serii „… Movie” ta jest najlepsza. Nie żeby było to jakieś wielkie osiągnięcie, ale tutaj dało się odczuć ducha starego ZAZu. I to nie tylko dlatego, że David Zucker siedzi na stołku reżysera a przed kamerą bryluje Leslie Nielsen.

Piotr Han

1. Nico – To, co obecnie robi ze swoją karierą Steven Seagal rzutuje na jego pierwsze produkcje, które były bardzo dobrymi filmami sensacyjnymi. Gdyby Nico miał premierę w 2013 roku to z pewnością okazał się wielkim przebojem.  Bezkompromisowy debiut Stevena lśni(łby) na tle współczesnej papki. Jednak dla przeciętnego widza nazwisko i tak „Seagal’ jest synonimem żałości.

 

2. Wygrać ze śmiercią – Doskonałe kino zemsty. W moim odczuciu historia policjanta, który po przebudzeniu się ze śpiączki zaczyna bezlitośnie mścić się na złych ludziach to klasyka kina. Stężenie kultowych scen przekracza wszelkie możliwe normy. Moim ulubionym momentem jest chyba Steven „grający” w bilard, ale brawurowa sekwencja treningu również reprezentuje sobą wszystko, co najlepsze w kinematografii. Niestety nikt, kto zna Seagala wyłącznie z jego działalności na niwie muzyki country nie sięgnie po „Wygrać ze śmiercią”.

3. Wybraniec śmierci – Przy poprzednich pozycjach zapomniałem wspomnieć, że sceny walk w filmach ze szczupłego okresu twórczości Stevena Seagala są naprawdę doskonale zrealizowane. Nie chodzi mi tutaj o montaż, czy subtelną grą świateł, lecz  o samą „walkę”. SS – w przeciwieństwie do dużej części aktorów – naprawdę potrafi się bić. Aikdo jest efektowną, ale trudną do opanowania sztuką walki, dlatego niezbyt często można ją  uświadczyć w filmach. Oglądajcie, dopóki politycy nie zdelegalizują całej spuścizny Stevena!

4. Szukając sprawiedliwości – W swoim czwartym filmie Seagal musi zmierzyć się z naprawdę wymagającym przeciwnikiem. Postać kreowana przez Williama Forsytha jest jednym z najbardziej zapadających czarnych charakterów lat pierwszej połowy lat 90. Nie zależy mu na niczym – nawet na własnym życiu. Z tego powodu jest niezwykle groźny, nieprzewidywalny i fascynujący. „Szukając Sprawiedliwości” miażdży klimatem: jest brudno, duszno i poważnie.  Metaforycznie rzecz ujmując: to nie jest kino dla małych dziewczynek.

5. Liberator – Zastanawiałem się, czy dzieło to mieści się do kategorii „nielubianych” filmów. Jest to przecież najbardziej znany i uznany film Stevena.  Dodatkowo nobilituje go fakt, że do obsady raczył dołączyć sam Tommy Lee Jones. Tak więc miałem przez chwilę dylemat, czy wrzucić go do tego zestawienia, ale szybko sobie przypomniałem, że Seagal to Seagal i wszystkie jego dzieła są wyklęte przez społeczeństwo.   A historia kucharza, który odbija z terrorystów lotniskowiec to przecież prawdziwy klasyk!

Piwon

1. Wodny świat – Bo uwielbiam filmową postapokalipsę, a to jedna z oryginalniejszych gatunkowych wizji, realizujących najlepsze tradycje Kina Nowej Przygody, sygnująca się nazwiskiem jednego z najlepszych aktorów lat 90.- Kevina Costnera.

 

2. Starcie tytanów – Bo zawsze interesowałem się mitologią grecką, a i dobrze czułem w klimatach popkulturowych, a ten film jest idealnym wręcz konglomeratem obu pojęć- tak jak serialowy i animowany „Herkules”.

 

3. Terminator: Ocalenie – Bo potrafiłem spojrzeć na niego z dystansu, uwolnić się od obciążenia jakościowego (dwóch pierwszych) części poprzednich, przez co udało mi się dostrzec ciekawy koncept fabularny, w wybornej oprawie wizualnej.

 

4. Gwiezdne wojny: Część I – Mroczne widmo – Bo potrafiłem przyjąć i zrozumieć zamysł Georga Lucasa, o pozyskaniu nowego, młodego audytorium; przymknąć oko na wszelkie uproszczenia, i bawić się (dosłownie) jak dziecko z powrotu do odległej galaktyki.

 

5. W tajnej służbie jej królewskiej mości – Bo to, pod względem scenariusza, jeden odważniejszych filmów z serii o Jamesie Bondzie, którego zamysł nie do końca został zrozumiany.

 

Motoduf

1. Postal – Tak, wiem, to film Uwe Bolla. Tego Bolla, który zniszczył „Alone in the Dark” i „Bloodrayne’a”, po czym został ochrzczony mianem najgorszego reżysera wszech czasów. A jednak nie potrafiłem „Postala” nie polubić. Począwszy od idiotycznej sceny otwierającej, w której Boll okrutnie nabija się z zamachów z 11 września, a kończąc na jeszcze bardziej idiotycznej sekwencji finałowej, „Postal” jest pozbawionym dobrego smaku, łamiącym wszelkie możliwe tabu kretyńskim festiwalem obrzydliwości i humoru z najniższej półki. I właśnie dzięki temu to jedyna ekranizacja gry, która się niemieckiemu reżyserowi udała – nie dość, że momentami zdumiewa poziomem politycznej niepoprawności, to jeszcze trafnie oddaje ducha podobnej w wielu aspektach gry.

2. Tylko Bóg wybacza – Ciągle nie jestem w stanie zrozumieć zarzutów, które spadły na nowy film Windinga Refna – zarzutów bardzo często powierzchownych i nieuczciwych. To bezkompromisowe, niezwykle wystylizowane, wspaniale opowiedziane kino, łączące gatunkowość z autorską wizją duńskiego reżysera.

 

3. Speed Racer – Film rodzeństwa Wachowskich poniósł druzgocącą klęskę w kinach i zgarnął bardzo słabe recenzje od krytyków. Tymczasem „Speed Racer” jest tak odjechany i przepełniony akcją, że – pomimo pomniejszych wad – naprawdę fajny. Być może zbyt kolorowy i epileptyczny dla dorosłych, ale młodszym widzom – do których był przecież skierowany – powinien się szczerze spodobać.

 

4. Ghost Rider 2 – Sequel żenującej adaptacji komiksu Marvela, który – w przeciwieństwie do swojego poprzednika – jest efektem świadomej zabawy kinem superbohaterskim. Reżyserski duet Neveldive/Taylor od początku manifestuje, że nie chodzi tu o nic więcej, niż o b-klasową frajdę, dzięki czemu „Ghost Ridera 2” można śmiało potraktować jako sympatyczne guilty pleasure.

 

5. Szklana pułapka 4.0 – Owszem, czwarta „Szklana pułapka” jest filmem o wiele słabszym niż wszystkie poprzednie, ale mam wrażenie, że produkcja Lena Wisemana została oceniona nieco zbyt surowo. W przeciwieństwie do piątego odcinka serii o przygodach Johna McClane’a – który był najzwyklejszym w świecie gniotem – czwórka oferuje niezłe sceny akcji, humor i całkiem znośną fabułę. Do arcydzieła, jakim była część pierwsza, wiele jej brakuje, ale przy odrobinie dobrej woli można się naprawdę dobrze bawić.

Crash

1. Oko obserwatora – Historia detektywa, którego obserwacja seryjnej morderczyni pchnęła na granicę obsesji, już raz została sfilmowana, ale „Śmiertelny wyścig” z Isabelle Adjani spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem. Film Stephana Elliotta miał mniej szczęścia – zmiażdżony przez krytykę i zignorowany przez widzów jest dziś kompletnie zapomniany. A to przecież znakomity thriller psychologiczny, pełen niejednoznacznych sytuacji, zawieszony gdzieś między jawą, a snem. Na dodatek z najlepszą rolą Ashley Judd.

2. Uwikłany – Ostatni film Johna Frankenheimera, w którym Ben Affleck podszywa się pod swojego martwego kumpla, aby zbliżyć się do Charlize Theron. I wszystko jest pięknie, póki na scenie nie pojawia się jej brat, niedobry Gary Sinise. „Uwikłany” ma wszystkie atuty kina tak złego, że aż dobrego – niedorzeczny scenariusz pełen dziur logicznych i momentów „nie wierzę, że to się dzieje”, absurdalny humor, przedobrzone aktorstwo (jeszcze przed CSI-owy Sinise) oraz karkołomny finał z gatunku „ratuj się kto może”. Uwielbiam ten film!

3. Kobieta w błękitnej wodzie – Nie jest to film bezbłędny, ale urzeka mnie przy każdym seansie. Ta współczesna baśń z dużą dozą humoru i autoironii nie podobała się nikomu w chwili premiery – narzekano, że jest idiotyczna, zaś samego Shyamalana krytykowano za powierzenie sobie roli wizjonera i męczennika. Poza tym wszyscy chyba spodziewali się kolejnego zaskakującego thrillera autora „Szóstego zmysłu”. Jest to tymczasem zabawna historia ekscentryków zamieszkujących hotel, którzy jednoczą siły, aby pomóc nimfie wodnej. Czy po takim opisie można było liczyć na coś konwencjonalnego?

4. Revolver – Guy Ritchie nigdy nie nakręcił bardziej pokręconego filmu, ale do poziomu koszmarnego „Rejsu w nieznane” mu daleko. Tak, jest to kino niejasne i rozdygotane, a finał już kompletnie „niszczy” widza. Jednocześnie, w „Revolverze” mamy genialnego Raya Liottę oraz bardzo dobrego aktorsko Jasona Stathama, mocno psychodeliczną atmosferę oraz kilka lżejszych, ale jakże zabawnych epizodów. Jest to też pierwszy film, w którym uwagę zwróciłem na Marka Stronga, tu jako cyngla-jąkałę.

5. Straszny film 2 – Nie lubię części pierwszej i trzeciej, a czwartej i piątej nawet nie widziałem. Ale „dwójka”, choć mocno nierówna, śmieszy mnie swoim kloacznym humorem z prologiem parodiującym „Egzorcystę” na czele. Jest to jeden z tych filmów, o których nie potrafię mówić wprost, że je lubię, gdyż są nie do wybronienia. Fenomen, którego nawet ja nie rozumiem. Coś jak supernova albo czarna dziura.

desjudi

1. Antychryst – znienawidzony film Larsa von Triera. Najłatwiejszy cel wszelkich ataków, bo czegóż tu nie ma – gadające lisy, penetracja w dużym zbliżeniu, wycinanie łechtaczki i ogólne zwichrowanie mentalne z szumiącym lasem w tle. A tak naprawdę to ekranizacja depresji w jej psychoanalitycznym, filozofującym stanie. Dokładnie tak, jak von Trier ją widział, ją czuł i starał się zrozumieć. Dokładnie takie nadawał jej znaczenie. Można kpić, można szydzić, ale szczerości w wiwisekcji własnych emocji nie mogę mu odmówić. To jeden z tych filmów, który domaga się rozumienia intencji jego twórcy.

2. Into the Blue – Bahama, plaża, morze, piękne kobiety, poszukiwanie skarbów – wakacyjny miks idealny i jeden z najbardziej bezpretensjonalnych filmów, który stara się być – niestety – poważną sensacją. No ale tak się nie da – Jessica Alba się wypina, Paul Walker pręży muskuły, a na ich podwodne harce patrzy się z niekłamaną radością. Fajny film, czysta przyjemność, zawsze i wszędzie, nawet po 10 seansach.

 

3. Idioci – dla niektórych najgorszy film Larsa von Triera, ewentualnie jeden z najgorszych filmów w ogóle. Rzecz o grupie normalnych osób, które udają idiotów – takich, którzy za nic mają zakazy i nakazy społeczne, a savoir vivre, przyzwyczajenia, tradycje i konwenanse mają gdzieś. Wszystko po to, aby testować innych ludzi, aby stawiać „normalnych” w nienormalnych sytuacjach. Ale eksperyment wymyka się spod kontroli… Błyskotliwy film!

4. Hulk – jedna z najlepszych ekranizacji komiksu, bo JAKAŚ. Psychologicznie pogłębiony portret – daleki od banałów – plus świetny, oryginalny montaż na modłę komiksowych kadrów oraz znakomita rola Erica Bany – wszystko to daje bardzo dobry film Anga Lee, który zdaje się wymagać od widzów więcej niż kolejne marvelowe ekranizacje.

 

5. Katyń – niby nasz kandydat do Oscara, niby w mediach hołubiony, wynoszony swego czasu na piedestał, a przy okazji spory hit kinowy. Ale ludzie jakoś go nie cierpią. Nietrudno to zrozumieć, bo co jak co, ale Wajda poszedł po najmniejszej linii oporu i zekranizował wojnę nie tak, jak robi się to współcześnie, ale starając się przywołać emocje, które udzielały się ówczesnym żołnierzom i ich kobietom. Ta historia to ich punkt widzenia – patetyczny, honorowy, konserwatywny, pobożny. „Katyń” to film stworzony niejako przez tych, którzy zginęli i przywołujący ducha tamtych czasów, tamtych uczuć, tamtych wartości. Film Wajdy, dzięki takiemu spojrzeniu, okazuje się bardziej wartościowy niż się powszechnie wydaje.

Ostatnio dodane