Ranking

Szybka piątka #6 – Filmy, które wszyscy wokół uwielbiają, a ty nie rozumiesz ich fenomenu

Autor: REDAKCJA
opublikowano

Szybka piątka to najnowsze przedsięwzięcie KMF-u, rodzaj bezpretensjonalnej zabawy w osobiste rankingi / zestawienia filmowe bez związku z niczym szczególnym, raczej z przymrużeniem oka niż poważnie i na baczność. Ot, redakcja wspomina i przypomina – najzupełniej subiektywnie o tym, co było, co jest i co będzie w świecie filmu. Każdy ma swoich pięć typów pasujących do z góry określonego tematu, a owych tematów jest niezliczona liczba. 

Fenomenu niektórych filmów po prostu nie czujemy. Mają wysokie oceny, ludzi piszczą na samo wspomnienie o nich, a po nas po prostu spływają lub zwyczajnie irytują. Każdy ma takie filmy, których nie pokochał i większymi uczuciami już nigdy nie obdarzy, ale zawsze będzie się zastanawiał dlaczego inni tak uwielbiają obrazy, które nas uwierają jak ciasne spodnie.

W komentarzach wpisujcie swoje typy 😉

Radosław Pisula

1. Wszystko za życie – Afirmacja wolności? Wolne żarty. To film o przeraźliwym bucu – socjopacie, który nie miał zielonego pojęcia o tym, co chce tak naprawdę robić i ostatecznie skończył źle, bo nie potrafił przeczytać książki przed zjedzeniem trujących chwastów. Boleśnie nieprzyjemna postać, która zamiast nastawiać pozytywnie do życia i przyrody, zwyczajnie odrzuca swoim przerysowanym zachowaniem w stylu „na złość matce zajdę w ciążę”. Zabrakło w tym jakiejś subtelności (to jak przedstawianie przez amerykanów zespołu Aspargera – vide telewizyjny „Hannibal”).  Za to dostaliśmy ładne zdjęcia niczym z National Geographic i dobrą muzykę.

2. Mroczny rycerz – Solidne technicznie widowisko. Ale żeby określać je mianem nowej „Gorączki”, ciężkiego dramatu sensacyjnego i płakać, że nie dostało nominacji Oscarowych za najlepszy film, reżyserię i (o zgrozo) scenariusz? Does not compute.

3. A.I. Sztuczna inteligencja – Wielkie marzenie Kubricka zrealizowane przez Spielberga. Ostatecznie jest w tym za mało tego pierwszego (chociaż twórca „Szczęk” całkiem nieźle stara się imitować klasyczne zabiegi wizualne swojego przyjaciela),a za dużo drugiego, jak na taką historię. Obaj bez wątpienia byli wielkimi wizjonerami, ale to powinien być film wyłącznie reżysera „Mechanicznej pomarańczy”. W ostatecznej formie wygląda jak gałgan pozszywany z różnych materiałów, który nie satysfakcjonuje na żadnym poziomie. I kończy się przynajmniej o jeden raz za dużo.

4. Siedem dusz – Prościutka produkcja, która została napompowana do rozmiaru traktatu moralnego. Najsztywniejsza rola w karierze Willa Smitha, ogólne przekombinowanie i pewna teatralność, która rozmienia na drobne czynnik ludzki. Z cyklu „Okruchy życia”.

5. Slumdog. Milioner z ulicy – Miał tu być „Avatar”, ale skręćmy na chwilę w stronę Bombaju. Ludzie tak się śmieją z Bollywood, a film, który kumuluje sporo elementów typowych dla hinduskich produkcji zdobył Oscara i wszyscy nagle pokochali pląsanie w rytm „Jai Ho”. I dzisiaj mało kto już o nim pamięta. Przyjemny obraz do niedzielnego obiadu, który jednak nie zasłużył na taki wielki hype. Hollywood nie pachnie dzisiaj curry, czego część krytyków się obwiała.

Piotr Han

1. Mroczny rycerz – Nie lubię filmów opartych na podstawie komiksów, dlatego też staram się ich unikać. Jednak o „Mrocznym Rycerzu” naczytałem się tak dużo pochlebnych opinii, że postanowiłem przemóc opor i dać mu szansę. Po wcześniejszym zapoznaniu się z pierwszą częścią nolanowskiego cyklu obejrzałem „Mrocznego Rycerza”. Do tej pory tego żałuję.

2. Podziemny Krąg – Dobrze zrealizowany film z efekciarskim zakończeniem. Tylko tyle. Nie jestem w stanie zrozumieć, jak tak dużo osób może doszukiwać się tutaj filozoficznej głębi. A jeszcze bardziej dziwi mnie, że niektórzy ją znajdują.

3. Miłość – Żeby nie było wątpliwości: uważam, że jest to całkiem dobry film. Jednak w żadnym wypadku nie jest to epokowe arcydzieło. A takim właśnie mianem okrzyczany został najnowszy film Michaela Haneke. Po nakręceniu kilku ważnych i dobrych filmów zapanowała po prostu moda na tego reżysera. W towarzystwie wypada o nim dyskutować – a raczej się zachwycać intelektualną głębią. Zwłaszcza, kiedy podejmuje się tak ważkiego tematu, jak uczucie łączące ludzi w podeszłym wieku. „Miłość” to owszem film ważny, ale dzieła podobnego kalibru pojawiają się  w kinach praktycznie każdego roku.

4. Bękarty Wojny – Nie znam nikogo, komu ten film by się nie podobał. Jestem chyba jednym członkiem elitarnego klubu osób nie ekscytujących się rolą Christopha Waltza itp. W czasie seansu kilka razy nawet spoglądałem na zegarek. Możliwe jednak, że na mój odbiór „Bękartów Wojny” wpłynęło to, że spodziewałem się zupełnie czegoś innego. Chciałem zobaczyć historię o bezwzględnych gościach, którzy bestialsko mordują tabuny Niemców. Kiedy okazało się, że ten wątek nie jest najważniejszy, to poczułem się oszukany i zdradzony. Może przy drugim seansie, kiedy będę już psychicznie przygotowany na to, co ma nadejść to „Bękarty” bardziej mi podejdą. Jakiś niesmak jednak na pewno pozostanie.

5. Gran Torino – Zgoda, postać Walta Kowalskiego wymiata. Jednak, pozostałe elementy tego filmu są słabe. Bardzo słabe. A postać chłopca, który zaprzyjaźnia się z głównym bohaterem jest największym nieporozumieniem od czasów otrucia Sokratesa.

Fidel

1. Efekt motyla – Ashton Kutcher ocierający się o śmieszność, infantylny scenariusz i, ogólnie rzecz biorąc, popłuczyny po doskonałym „Donniem Darko”. Ilekroć słyszę, że ktoś komuś poleca tę marnotę, nóż mi się w kieszeni otwiera.

2. Nietykalni – Prościutka historyjka jakich było miliony – jak najbardziej do obejrzenia przy niedzielnym obiedzie, ale nie do zachwycania się i okrzykiwania wiekopomnym arcydziełem. Reakcja publiki przerasta wartość tego filmu tysiąckrotnie.

3. Szósty zmysł – Przewidziałem twist Shyamalana po jakichś kilkunastu minutach, dlatego pozostała część filmu była dla mnie męczarnią i nagromadzeniem niezamierzonych śmieszności. Inni się zachwycają, no cóż – ich prawo.

4. Radio – Cuba Gooding Jr. jako upośledzony chłopiec i Ed Harris jako Pan trener, który odkrywa przed społeczeństwem jego piękną duszę. Wychodzi banalna historyjka z cyklu „wymiotuję tęczą”. A, bym zapomniał, Gooding Jr. w roli chłopaka to aktorska katastrofa. Na filmwebie ocena 8/10 przy niemal piętnastu tysiącach głosów – narodzie, naprawdę?

5. Zapach kobiety – Pacino robi co może, ale scenariusz tego filmu jest tak zły, że nawet jemu nie udaje się „Zapachu kobiety” uratować. Wyświetlania sądowego finału filmu Bresta powinni zabronić ustawowo. Dodatkowy minus za zmarnowanie intrygującego tytułu.

Piwon

1. Święci z Bostonu – Nie potrafiłem i wciąż nie potrafię ulec kultowi tego filmu. Przeszkadza mi jego główna idea, według której można zabijać w imię Boga, czując do tego wewnętrzne powołanie. Jest to idea nie tylko obca nowotestamentowym przesłaniom, ale i dalece niebezpieczna, bo rodząca skojarzenia z religijnym fundamentalizmem. Ja za taki kult podziękuje.

2. Dogma – Cenię sobie scenariuszową błyskotliwość Kevina Smitha. Nie jednak w wypadku tego filmu. I nie chodzi tu o sam fakt prowokacyjnego uderzania w dogmaty katolicyzmu, ale o to, w jak tani i bezmyślny sposób jest to robione. „Dogma” to taki sklep z ateistycznymi dewocjonaliami- kolorowo, bogato ale bez głębszej idei.

3. To właśnie miłość – Ten film to dla mnie (i chyba tylko dla mnie) jedna z wielu komromowych wydmuszek utrwalających wyidealizowane i spłaszczone pojęcie miłości. Gdy wy się śmiejecie i wzruszacie, ja najzwyczajniej ziewam.

4. Duch – Zawsze powtarzam, że horror nie musi mieć ciekawej fabuły, by porządnie widzem wstrząsnąć. Niestety, według mnie, słynny film Hoopera nie dość, że nie angażuje fabularnie, to jeszcze jego przekaz jest tak wygładzony, że nie potrafi wywołać ani krzty napięcia.

5. Chłopaki nie płaczą – Zawsze gdy koledzy ze śmiechem wspominają ten film, ja niestety śmiechu szczerego wykrzesać z siebie nie potrafię. Choć kiedyś, przyznaje, nawet mi się to udawało. To jednak nie film stał się głupszy, a ja zmądrzałem.

Motoduf

1. Pasja – Ponad 600 milionów dolarów zysku w światowym box offisie, zachwyt krytyków i widzów, i oficjalne błogosławieństwo Kościoła. Tymczasem „Pasja” to nic więcej jak przeciętny „torture porn”, uświęcony przez taką a nie inną tematykę. Jeżeli nie zgadzacie się z powyższym, zróbcie prosty test: spróbujcie, oglądając film Gibsona, wyłączyć na chwilę uczucia religijne i spojrzeć na „Pasję” jak na zwykły film – bez zastanawiania się nad tym, kto jest głównym bohaterem. Przy tego typu podejściu, przy spojrzeniu na chłodno, „Pasja” nie różni się niczym od kolejnych „Pił” czy „Hosteli” – to po prostu ekstremalnie brutalna wydmuszka, która nie mówi nic nowego, nic nie odkrywa, pokazuje widzowi jedynie to, co każdy z odpowiednio rozwiniętą fantazją i tak potrafi sobie wyobrazić. Film Gibsona to chyba jeden z największych reżyserskich szwindli w całej historii kina – przeciętne widowisko gore, które udało się sprzedać jako misterium religijne.

2. 300 – Nigdy nie rozumiałem fenomenu „300”, choć w dniu jego premiery miałem jakieś 15 lat, byłem więc w grupie docelowej filmu Zacka Snydera. Tymczasem całe to wrzeszczenie, prężenie klat, robienie poważnych min i sadzenie sucharów o bohaterstwie zawsze wydawało mi się niezamierzenie komiczne. Do tego dochodzi najgorsza scena seksu w historii kina, którą Snyder – jak to ma w zwyczaju – musiał oczywiście nakręcić w slow-motion.

3. Prestiż – Mam z tym filmem ten sam problem, co z większością produkcji Nolana. Na pozór to mądre, zawikłane, emocjonujące widowisko, nakręcone z myślą o inteligentnym widzu. W praktyce roi się tu jednak od błędów logicznych i dziwnych, nieuzasadnionych nijak działań bohaterów. [SPOILER!] I o ile do pewnego momentu można naprawdę zawiesić niewiarę i z przyjemnością oglądać rozwój wydarzeń, o tyle od sceny, w której Nolan wprowadza do historii maszynę klonującą, trudno patrzeć na „Prestiż” poważnie. I nie chodzi mi o to, że reżyser wykorzystuje wątek pożyczony z kina sciencie-fiction, ale o to, w jaki sposób ten wątek rozwija – nie przejmując się zupełnie logiką działań bohaterów, spójnością fabularną czy sensem całości. [KONIEC SPOILERA]

4. Piraci z Karaibów 2 i 3 – O ile pierwsza część jest udanym powrotem do stylistyki pirackiego kina przygodowego, o tyle dwie następne są kuriozalnie rozwleczone i pozbawione jednolitego klimatu. Do tego Johnny Depp, który w części pierwszej mógł jeszcze bawić, w każdej kolejnej męczy coraz bardziej.

5. Skóra, w której żyję – Pozbawiony sensu i ohydny moralnie mariaż taniego horroru z almodramą. Bezmyślny i niepotrzebny, uświęcony jednak przez nazwisko reżysera.

Aaron

1. Avatar – Swego czasu jeśli ktoś negatywnie wypowiadał się na temat tego filmu zaraz był publicznie linczowany i oskarżano go o ignoranctwo. Ignorantem nie jestem, za niektóre rzeczy potrafię docenić „Avatara”, ale na litość boską, nie mogę zgodzić, że  to najlepszy film jaki powstał od czasu zastosowania dźwięku w kinie, jak krzyczą niektórzy fanatycy!

W dodatku zastanawiam się czy przez cały okres powstawania „Avatara” Cameron siedział zamknięty w piwnicy odcięty od świata, a już na pewno od kina. Nie zauważył, że inteligentną fabułę można połączyć z widowiskowymi efektami specjalnymi. Gdzie był kiedy bracia Wachowscy stworzyli swojego „Matrixa”? Oglądając „Avatara” można zapomnieć, że istnieje jakaś fabuła. Pod tymi 60% efektów CGI dominujących w całym filmie, kryje się historia, którą najprościej można porównać do tego co zaproponowała wytwórnia Disney’a w swojej „Pocahontas”

2. Casablanca – Nie kupuję tej miłosnej historii, a już na pewno nie wydaje mi się na miejscu zalewać  łzami przy jej oglądaniu. Wiem, że nie mam może kobiecej wrażliwości, ale jest w kinie kilka naprawdę ciekawszych i lepiej sportretowanych związków niż ten między Bogartem i Bergman.

3. Ojciec chrzestny II – To nie jest tak, że nie lubię tego filmu. Lubię go, a nawet cenię go wysoko, ale ewidentnie odstaje od części pierwszej. No i jakoś ciężko mi się przekonać, że Robert De Niro to młodsza wersja Marlona Brando.

4. Król lew – Dla jednych to najpiękniejsze wspomnienie z dzieciństwa i jedyna słuszna animacja Disneya. Ja napiszę tylko, że nie płakałem przy scenie śmierci Mufasy.

5. 21 gramów – Fabuła w filmie Iñárritu owszem jest naprawdę poruszająca, podobnie zresztą jak i aktorstwo, ale sposób w jaki została przedstawiona widzowi jest nie do przyjęcia. Uwielbiam kino mozaikowe, ale nie lubię kiedy jest tak niepotrzebnie przekombinowane.

Crash

1. Django – Pewnie narażę się 99% populacji Ziemi, ale ani to śmieszne, ani zajmujące, ani odkrywcze. Już z „Bękartami wojny” miałem problem, lecz tam Quentin w piękny sposób udowodnił, że tylko kino może rozprawić się z Hitlerem. W „Django” nawet myśli nie ma. Jest za to rozwleczona do granic możliwości wizja Dzikiego Zachodu by QT. Dziękuję, postoję.

2. Na fali – Doceniam Patricka Swayze i sceny akcji, do realizacji których Katherine Bigelow ma talent, ale cała reszta nigdy mnie nie przekonywała. Filozofia Bodhiego, wątek romansowy, sceny na plaży – to nie dla mnie.

3. Łowca androidów – Nuda. Piękny to film, mądry, ze wspaniałą wizją świata przyszłości oraz mistyczną wręcz muzyką Vangelis, ale tempo klasyka Scotta jest dla mnie zabójcze. Nie ważne, którą wersję oglądam.

4. Mission Impossible: Ghost Protocol – Ogromny zawód, bo granica między pastiszem, a wręcz parodią cyklu jest w tym przypadku niezwykle cieńka. Dużo dobrego można powiedzieć o filmie Brada Birda, ale konwencją dzielą go mile świetlne od poprzednich trzech części. Nie na taką misję czekałem.

5. Golfiarze – Naprawdę nie cierpię słyszeć, jaki ten film jest śmieszny i kultowy. Pomimo udziału Chevy’ego Chase’a i Billa Murraya niewiele żartów w tej komedii potrafi mnie rozbawić. Fajna atmosfera, muzyka i świstak, ale nic poza tym.

 

desjudi

1. Fight Club – będąc w wieku nastoletnim, tuż po wyjściu z kina, jedyne co mogłem krzyknąć, to było głośne „wow!”. Z wiekiem przychodzi jednak otrzeźwienie, a głębia dzieła Finchera okazuje się być naiwną, pretensjonalną bajeczką o buncie – kapitalnie zrealizowaną, ale to ideologiczne przedszkole. Bo meble z Ikei są złe. Bo kariera jest zła. Bo konformizm jest be. Ot, nauka życia przez tych, którzy życia nie dotknęli.

2. Kick Ass – jedno z największych nieporozumień wśród ekranizacji komiksowych. Niby zgrywa pełna ironii oraz naigrywanie się z konwencji komiksowej, ale również klasyczny poważny akcyjniak, który cierpi tym samym na rozdwojenie jaźni: chce być luźny i kolorowy, ale zarazem bardzo serio. Nie kupiłem tej płytkiej, przegiętej namiastki kina dla dorosłych z dzieciakiem rzucającym „kurwami” na ustach.

3. Aliens – może nie tyle nie cierpię, co nie doceniam tak, jakby status tego dzieła wskazywał. Po filmie Scotta, genialnym paranoidalnym thrillerze, Cameron zaproponował kino akcji z polowaniem na potwora (i polowaniem potwora na polujących). Wyśmienicie zrealizowane, ale… miałkie. Tak po prostu. Nie umywa się do niesamowitej wizji Scotta i… Finchera (tak, tak).

4. Iron Man – fabularna tandeta, głośna i wybuchowa, przewidywalna i w tym irytująca, z ubercool bohaterem, którego gra Robert Downey Jr powoli stający się własną autoparodią. Nie wiem, czy to najgorsza seria Marvela, bo – prócz „The Avengers” – nigdy nie lubiłem i nie ceniłem tego uniwersum. To typ blockbustera, który po mnie spływa całkowicie. Jak zresztą wszystkie dotychczasowe Marvele (oprócz wspomnianego filmu Whedona).

5. Artysta – fajny film, ale bez przesady. Jedno z większych nieporozumień oscarowych, choć jednocześnie obraz, którego nie lubić nie sposób. Wystarczy jednak tylko zerknąć na dzieła Chaplina (szczególnie na mój ulubiony „Modern Times”), żeby tym samym umniejszyć znaczenie „Artysty”.

 

Ostatnio dodane