Ranking

SZYBKA PIĄTKA #54. Najbardziej wkurzające postaci filmowe

Autor: REDAKCJA
opublikowano

Znacie to uczucie – patrzycie na ekran z niesmakiem i rosnącą nienawiścią, drugą ręką drżąco sięgając po ukryty w szufladzie/kieszeni rewolwer. To nie depresja, a jedyna słuszna reakcja na filmowego bohatera/bohaterkę, tak mocno dających widzowi w kość, że oczy mimowolnie zalewa fala krwi, a na czole pęka żyłka bezpieczeństwa. Tak właśnie rodzą się demony…

Jacek Lubiński

  1. Lady Bird – każdy w wieku dojrzewania bywa na swój sposób irytujący, bo to okres, kiedy sami nie możemy zdecydować się na to, kim jesteśmy, jednocześnie będąc przekonani o tym, że pozjadaliśmy wszelkie rozumy. Żadna nastolatka, która przewinęła się przez tysiące filmów o dorastaniu, nie ma jednak startu do ogłoszonej rewelacją poprzedniego sezonu „ptasiej dziewczyny”. Drażni już samym faktem nadania sobie tego przezwiska bez żadnego konkretnego powodu. Zachowuje się jak rozkapryszony bachor i jest strasznie samolubna. Gwoździem do trumny są także te cholerne, niezadbane czerwone włosy, z generalnie ładnej Saoirse Ronan czyniące osobę, na którą nie mogę nawet patrzeć.
  2. Ida – chyba najbardziej antypatyczna ze znanych mi postaci. Zabieg niby celowy, bo reżyser nawet jej oczy przerobił na ciemną masę nie z tego świata. Ale to kompletnie nie pomaga w jakimkolwiek przejęciu się jej „niezwykłymi przygodami”, bo dziewczyna jest tak bardzo wyprana nie tylko z emocji, ale i z życia, że gdyby w dowolnej scenie zastąpić ją kukłą, to przypuszczalnie doczekalibyśmy się równie „zasłużonej” nagrody Amerykańskiej Akademii dla najlepszej aktorki. Koszmar.
  3. Willie Scott (Indiana Jones i Świątynia Zagłady) – stereotypowa blondyna, którą Spielberg wyposażył we wszelkie schematyczne cechy. Zerowa inteligencja, rozwrzeszczana natura, miłość do błyskotek, wstręt do wszystkiego, co się rusza, niewyparzona gęba i mentalność księżniczki przyzwyczajonej do cesarskich wygód. To wszystko zostało tu wyolbrzymione na potęgę. Tak mocno, że już po pięciu minutach zastanawiamy się nad tym, czemu Indy nie zadbał o jakiś „wypadek” swojej partnerki, ewentualnie nie przehandlował jej na coś naprawdę wartościowego, jak butelka wody lub nowe buty. Ten film tylko by na tym zyskał.
  4. C-3PO (saga Gwiezdne wojny– wiele już o tym robociku napisano złych słów. Więc ja dodam tylko, że najszczęśliwszy z jego udziału w filmach byłem tylko w tych momentach, w których ktoś go wyłączył bądź uszkodził. Ewentualnie gdy stał gdzieś w tle i milczał.
  5. Olaf (Kraina lodu– cały ten film to jedno wielkie nieporozumienie pełne irytujących bohaterów. Jednak z jakichś przyczyn twórcy postanowili dobić widza, wrzucając do fabuły ożywionego bałwana, będącego chodzącą definicją tego słowa – bałwana, którego najchętniej ujrzałbym w formie rozpuszczonej, anonimowej masy czwartego planu.

 

Maciej Niedźwiedzki

  1. Dory – tak naprawdę Dory mogłaby zająć wszystkie pięć miejsc w moim zestawieniu. To krzykliwa, hałaśliwa, piskliwa, denerwująca, nieznośna, rozpraszająca postać, która według mnie całkowicie burzy melancholijny nastrój filmu. Pixar słynie ze swojej wyjątkowej wrażliwości w tworzeniu postaci, oddawaniu ich emocjonalnej ewolucji, subtelności w ich opisywaniu i wyrażaniu zawiłej psychiki. Dory nie wypełnia żadnego z tych punktów. Wydaje się, jakby stworzyła ją jakaś zupełnie inna ekipa. Najpewniej pracująca na trzecią zmianę, w ciemnym pokoju i ze szczelnie pozatykanymi uszami.
  2. Tony Montana (Al Pacino) – wiem, możecie być zaskoczeni. Zdaję sobie sprawę, że mój wpis nie obali kultowego statusu tej kreacji. Nie sprawi, że Tony Montana przestanie być gigantycznym popkulturowym symbolem. W roli Ala Pacino, zresztą nie tylko tej, przeszkadza mi jego przesadna ekspresywność, prężenie muskułów, pozbawiona jakichkolwiek niuansów mimika, ciągła gra na żyle, lansiarstwo, wrzaski i pozerstwo. To nieznośny, trudny do wytrzymania bohater.
  3. Bane (Batman i Robin) – Batmana i Robina da się lubić, da się z wielu rzeczy wybronić (sam próbowałem TUTAJ).  Nie da się jednak jakkolwiek usprawiedliwić Bane’a. Każdy fan Batmana wie, jak kluczowa to postać. W wizji Schumachera to bezmózga góra mięśni, chłopak na posyłki i naiwniak. Postać bez historii, bez tajemnicy, bez motywacji. Nijak pasująca czy to do kampowej estetyki filmu, czy do uniwersum Mrocznego Rycerza.
  4. Ptak Stefan (Odlot) – to tej samej kategorii bohater co wcześniej wymieniona Dory bądź Olaf z Krainy Lodu. Stefan jest nachalny i głośny. Tak samo dla pozostałych postaci w filmie, jak dla mnie jako widza. Stefan razem z bandą gadających psów wbijają gwóźdź do trumny Odlotowi. Odbierają całą niesamowitość pierwszej połowy filmu, który miał wszystko, by być prawdziwym arcydziełem. Dostajemy jedynie animację trochę powyżej średniej.
  5. Ariadna (Incepcja) – obecność Ariadny uzasadniona jest tylko przy pierwszym seansie. Wtedy zadaje pytania, które również zadałby zdezorientowany widz. Przy powtórkach, im fabuła jest bardziej czytelna, tym Ariadna proporcjonalnie coraz bardziej przeszkadza. Większość wypowiedzi tej bohaterki ma funkcję przypisu. Didaskaliów, ingerujących w płynność filmu. Nie wkurza mnie rola Ellen Page. Przeszkadza mi jednak to, że z jej pomocą Nolan chce mnie prowadzić za rączkę przez ten wielopłaszczyznowy scenariusz i labirynt tego świata. Chciałbym jednak za każdym razem się w nim zgubić i mieć więcej wątpliwości. Ariadna je w sporej części rozwiewa. Incepcja to rewelacyjny film, ale niepozbawiony jednej rysy.

Jan Dąbrowski

  1. Strachu (Pitbull. Nowe porządki) – ze względu na wygląd Tomasz Oświeciński świetnie sprawdziłby się jako wykidajło, ochroniarz, żołnierz, ewentualnie gość od brudnej roboty – ale w każdym przypadku w epizodzie, najlepiej niemym. Brak predyspozycji do wyrażania emocji na ekranie dyskwalifikuje go jako aktora, zwłaszcza drugoplanowego. Drażni nie tyle on sam, ile raczej fakt, że z każdym kolejnym filmem Oświecińskiego jest coraz więcej, ma coraz więcej scen dialogowych i nic nie wskazuje na to, żeby ta sytuacja miała się zmienić.
  2. Finn (Gwiezdne wojny) – najbardziej niepotrzebna postać nowych filmów o odległej galaktyce. Słaby warsztat aktora nie pozwala mu ani na bycie autentycznie zabawnym w humorystycznych scenach, a w chwilach powagi robi się przeraźliwie drętwy. Nie budzi żadnych emocji (poza rozdrażnieniem), a w ostatnich filmach jest potrzebny jak świni siodło. Dawno tak nie czekałem na śmierć jakiejś postaci, ale nic nie wskazuje na to, że w najbliższym czasie się doczekam zejścia Finna ze sceny.
  3. Krystian Bala (Amok) – przykład postaci, która sama z siebie powinna być intrygująca – nie dość, że pisarz, to jeszcze domniemany morderca. I teraz nie wiem, czy to był celowy zabieg reżyserki, czy niefortunny przypadek, ale Bala w interpretacji Mateusza Kościukiewicza jest tak irytującym bucem, że aż budzi zdziwienie. Jeśli taki był plan i ten bohater miał doprowadzać widzów do pasji za każdym razem, kiedy pojawia się w kadrze, to wszystko udało się koncertowo. Ale jeśli to niezamierzony efekt, to katastrofa, ponieważ jego bycie denerwującym niejednokrotnie jest bardziej zajmujące niż fabuła.
  4. Nika Strzemińska (Powidoki) – dawno nie widziałem w kinie gorszego aktorstwa i nie słyszałem słabszej dykcji u dziecka. I umówmy się, wiek tu nie ma nic do rzeczy, czego dowodem jest ostatni wysyp młodych, zdolnych aktorów w filmach i serialach. Bronisława Zamachowska to drugi – zaraz po scenariuszu – naprawdę nieudany element Powidoków.
  5. Jakakolwiek postać grana ostatnio przez Johnny’ego Deppa ten aktor musi się ogarnąć, bo w ciągu ostatnich kilku lat ciężko pracuje, żeby zostawić gruzy po swoim dorobku i psuje każdą swoją rolę błaznowaniem i lenistwem.

Karolina Chymkowska

  1. Stanley Ipkiss/Maska – należę do tej, mniejszej w liczbie grupy widzów, która nie przepada za typem ekspresji Jima Carreya. Doceniam go w rolach dramatycznych, w wydaniu komediowym jest dla mnie niestrawny i Maska wyraża to chyba najmocniej i najbardziej dobitnie. Zgrzytam zębami przez cały film.
  2. Bella Swan (saga Zmierzch) – właściwie w parze ze swoim umiłowanym Edwardem, ale umówmy się, diamentowy Edward mimo wszystko jest łatwiejszy do zniesienia i ma kilka jaśniejszych momentów, natomiast nabzdyczona Bella, która ma wiecznie minę obrażonej na świat księżniczki wietrzącej skądś nieprzyjemny zapach… to prawdziwa próba cierpliwości nawet dla łagodnego i wyrozumiałego widza.
  3. Kate (serial Zagubieni) – wiem, że trochę naciągam, sięgając po postać serialową, ale zestawienie wkurzających bohaterów nie byłoby kompletne bez niej. Kate, wiecznie pchająca się tam, gdzie nikt jej nie prosi, z własnej inicjatywy i zazwyczaj ściągając tym samym kłopoty na siebie i na grupę, która musi ją potem ratować z opresji. Równie irytujące jest też jej ciągłe niezdecydowanie i meandrowanie między Jackiem a Sawyerem i fanatyczne, zazdrosne przywiązanie do dziecka, nad którym wisi z nadopiekuńczością matki-kwoki. A dziecko nawet nie jej.
  4. Fabienne (Pulp Fiction) – przyznajcie się, kto z was nie miał ochoty przyłożyć tej słodkogłosej kretynce w scenie z zegarkiem na kangurku? To, że Bruce Willis zachował cierpliwość, zasługuje na najwyższe uznanie.
  5. Lex Murphy (Park Jurajski) – w konkursie na apogeum irytacji wygrywa ze swoim bratem w cuglach. Przemądrzała, nieznośna, zawsze wie lepiej i ma wyraźny problem z rozumieniem prostych wskazówek. Nawet jej umiejętności hakerskie zawodzą właśnie wtedy, kiedy jest to najmniej pożądane. Lex to niemal archetyp nastolatki w najbardziej nieznośnym momencie wieku dojrzewania.

Odys Korczyński

  1. Superman (Superman) – niewątpliwy król postaci, które od dzieciństwa doprowadzają mnie do szewskiej pasji swoją alogiczną konstrukcją. Nawet Henry Cavill nie dał rady sprawić, żebym polubił ten osobliwy wytwór ze stajni DC. A dlaczego? Nie rozumiem, czemu nikt go nie rozpoznaje z chwilą, gdy ściąga te swoje belferskie okulary. Nie trafia do mnie jego pelerynka, lasery w oczach, amerykański mit zasymilowanego emigranta walczącego ku chwale świata, ani wypchane super męskością gacie. Może pozazdrościłem mu ich zawartości? Kiedy spogląda w maślane oczy Lois Lane, faktycznie musi być jej bosko i super jednocześnie.
  2. Kapitan Ameryka (Kapitan Ameryka. Zimowy Żołnierz) – w stajni Marvela też mam swojego „ulubieńca”. To taki amerykański odpowiednik żołnierza Armii Czerwonej, albo robotnika z cegłą i kielnią w rękach, który wynosi na swojej niezniszczalnej tarczy ideę patriotyzmu i dbania o los świata ponad ziemskie granice. No i jeszcze oczywiście trzeba go było przebrać w barwy USA. Jakoś mi się nasz rodzimy Kapitan Polska przypomina, jak walczy z szalonymi brzozami pod Smoleńskiem.
  3. Scarlett O’Hara (Przeminęło z wiatrem) – niewątpliwie jest specjalistką we wzdychaniu. Łączy w sobie wszystkie cechy, których nie cierpię u kobiet – odporny na racjonalne argumenty upór, dziecinność, salonowa kokieteria, brak samodzielności w myśleniu, a przy tym zdolność do kompletnego braku uczuć. Brakuje jej także empatii. Kobieta z pewnością nie dla mnie.
  4. Buzz Astral (Toy Story) – naiwność tej zabawki w sumie nie powinna dziwić, skoro jest z plastiku i nie ma „duszy”. Została jednak postawiona na tle wyjątkowo inteligentnych laleczek, więc jeszcze dobitniej jej głupota poraża. Trwa po prostu za długo. Ileż można słuchać maniakalnych wypowiedzi o walce z Zurgiem, albo mylić diodę ze śmiercionośnym laserem. Poza tym nie wybaczę mu, że tak łatwo zepchnął z piedestału Chudego.
  5. Jezus (Pasja) – ach ten Mel, taki zajadły i ortodoksyjny w tej swojej wierze, a nic mu ona w okiełznaniu miłości do domowej przemocy i alkoholu nie pomaga. Przy okazji wyżył się na Jezusie, robiąc z niego na oczach widza połeć skrwawionego mięsiwa, tworząc zadufanego w swoim boskim rodowodzie bohatera, postać banalną, pustą i patetyczną. A najbardziej irytująca jest ta pseudofilozofia dorobiona do tego pokazu ordynarnej przemocy, że to niby wszystko z boskiej miłości do człowieka. No, jeśli tak tłumaczymy od tysięcy lat w naszej kulturze przemoc, to się zupełnie nie dziwię, że w XX wieku ginie w konfliktach zbrojnych około 190 milionów ludzi (według ostrożnych szacunków).

Ostatnio dodane