Ranking

SZYBKA PIĄTKA #53. Najbardziej kiczowate sceny w historii kina

Autor: REDAKCJA
opublikowano

Są sceny, które budzą dreszcze, wywołują ciarki i przyciągają nas z oparcia fotela na jego brzeg. Są sceny, które same w sobie budzą więcej emocji niż cały film. Trafiają w nasze zmysły, rozbudzają w nas uczucia, o jakie byśmy sami siebie nie podejrzewali. Są sceny legendarne, niezapomniane, ponadczasowe. Z tym że nie wszystkie te sceny są udane. W dzisiejszej Szybkiej Piątce przypominamy, na których filmach drżeliśmy… z zażenowania.

Jacek Lubiński

  1.  Batman i Robin – absolutnie wszystko! Od batsutków, przez suche żarty, a na kuriozalnie tandetnej akcji skończywszy – w tym filmie każdy kadr krzyczy kiczem, i to takim najniższych lotów. Być może jest to „tak złe, że aż dobre”, ale tylko „być może”.
  2. „zły” Peter Parker (Spider-Man 3) – nie ma to jak pokazać przemianę dobrego superbohatera w jego zaprzeczenie za pomocą montażu scen, które mogą jedynie wzbudzić uśmiech politowania, tak poziomem zdeprawowania pociesznego Petera, jak i jego „niecnymi” czynami, których dopuszcza się pod wpływem… cóż, zapewne heavymetalowej muzyki, to musi być to. Straszne!
  3. śmierć Marion Cotillard (Mroczny Rycerz powstaje) – trzeba sporej wprawy, aby ze śmierci ważnej dla fabuły postaci zrobić pośmiewisko Internetu, a aktorskie możliwości uznanej francuskiej aktorki sprowadzić do poziomu ekspresji Pinokia. Nolanowi się to udało bezbłędnie.
  4. scena nocnego seksu (Watchmen: Strażnicy) – slow-motion, Hallelujah lecące rzewnie w tle, ta pełnia księżyca na niebie i te zbliżenia na spoconych kochanków. Tak właśnie NIE należy pokazywać pełnego żądzy stosunku płciowego.
  5. seks splamiony zbrodnią (Monachium) – nie wiem o co chodzi, ale filmowcy bardzo często palą miłosne sekwencje. Tutaj popisał się sam Steven Spielberg, każąc swojemu bohaterowi szczytować w takt przebłysków z masakry dokonanej na igrzyskach w Monachium. Bo to przecież takie oczywiste, że jak się seksujemy, to właśnie po to, by wypędzić z siebie wszelkie demony (wojny).

Dawid Konieczka

  1. Leia przemierza kosmos (Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi) – słowo daję, nigdy, przenigdy nie byłem tak skonsternowany i jednocześnie zawiedziony w czasie kinowego seansu jak podczas sceny, w której generał Organa, przeżywszy wybuch mostka statku (!) odzyskuje przytomność w próżni (!!) i sunie przez przestrzeń kosmiczną z ręką wyciągniętą przed sobą niczym Superman (!!!). Oczywiście, widziałem gorsze sceny w gorszych filmach, ale na wprowadzenie tak niedorzecznej i zwyczajnie kretyńskiej sceny do Gwiezdnych wojen (a nie ich parodii) nie byłem zupełnie przygotowany. Można pokazać potęgę Mocy, skonstruować widowiskowy zwrot akcji i nie stworzyć takiej filmowej abominacji.
  2. Monolog o piasku (Gwiezdne wojny: epizod II – Atak klonów) – najlepszy przykład fatalnego pisania dialogów. Niesławne biadolenie Anakina o tym, jaki to piasek jest szorstki i wszędzie włazi, weszło już do kanonu beznadziejnych kwestii filmowych. Wiadomo, Lucas chciał pokazać traumę u bohatera, związaną z niewolniczym dzieciństwem na pustynnej planecie Tatooine, a także tęsknotą za matką i lękiem o jej zdrowie. Jednakże brzmienie dialogów pomiędzy młodym Skywalkerem a Padmé, w połączeniu z wymuszonym, mdłym wątkiem romansowym, zastępuje podniosłość i dramatyzm niezamierzonym komizmem i poczuciem zażenowania widza. Ktoś tu ewidentnie nie przeczytał scenariusza na głos.
  3. Kosmiczny futbol (Flash Gordon) – nikt przecież nie powiedział, że kicz zawsze musi być zły. Flash Gordon to chyba najbardziej znany reprezentant „stylowego bezguścia” lat osiemdziesiątych, a kwintesencją śmiesznego przepychu i absurdalnej przesady jest jedna z początkowych scen. W tejże tytułowy Flash Gordon, gwiazda futbolu amerykańskiego, bierze udział w bójce z żołnierzami złego Imperatora Minga, a robi to w sposób do złudzenia przypominający wspomnianą już grę. Za piłkę służy jajowaty przedmiot zabrany jednemu z gapiów, a w rolę cheerleaderki na chwilę wchodzi towarzyszka Flasha, Dale. Wszystko ma miejsce w czerwonozłotej, pełnej przepychu sali tronowej Minga, w otoczeniu kosmitów w różnokolorowych, fikuśnych kostiumach. Absolutna klasyka kiczu.
  4. Gra w koszykówkę (Kobieta-Kot) – miało być „luzacko” i dynamicznie, jednocześnie pokazując nowe zdolności tytułowej bohaterki i rodzącą się chemię między nią a granym przez Benjamina Bratta policjantem. Jak to jednak zwykle bywa, luzackie sceny wypadają niesamowicie sztucznie, a ta w Kobiecie-Kot jest na dodatek fatalnie nakręcona. Nieprawdopodobna wręcz liczba niepotrzebnych cięć, dziwne umiejscowienia kamery, a w tle typowa muzyka pop przełomu wieków. Halle Berry raz po raz bez sensu chichocze, a to, co miało być przyjemną, energetyczną scenką, prezentuje się wyjątkowo niedorzecznie.
  5. Sekwencja snu (Glen czy Glenda) – abstrahując od miernego poziomu filmów Eda Wooda, w tym kompletnej realizacyjnej nieudolności opisywanego filmu trzeba przyznać, że Glen czy Glenda podejmuje nietypowy i wyjątkowo drażliwy temat, zwłaszcza jak na lata pięćdziesiąte w USA. Tym niemniej Wood, klecąc swoje „dzieło” z luźno powiązanych ze sobą scenek, pod koniec za bardzo puścił wodze fantazji, racząc nas długą, pozbawioną ładu, pełną mętnej i eklektycznej symboliki sekwencją, w której pojawia się seksualne wyuzdanie, gwałt czy nawet sam diabeł. Wooda jak zwykle przerosły ambicje, a próba nadania Glenowi czy Glendzie artystycznego rysu wypada wyjątkowo wymuszenie i tandetnie. Mimo że zawsze będę chwalił odwagę reżysera przy realizacji tego filmu.

Maciej Niedźwiedzki

  1. American Beauty – wirująca na wietrze siateczka – kicz najczęściej objawia się w obrazie. W cukierkowości kolorów, w fałszywym pięknie czy tandetnej kompozycji. W przypadku American Beauty chodzi jednak o słowa. O wypowiadane szeptem banały, które mają nabierać wagi przełomowej prawdy o Życiu. Sama unoszona przez wiatr siateczka nie boli aż tak bardzo, ale w zestawieniu z napuszonym, pretensjonalnym monologiem scena ta staje się nie do zniesienia.
  2. Titanic – zbliżenie na oko Rose – jak bardzo nie uwielbiałbym Titanica, tak cały czas pozostaje on nie tylko triumfem myśli technicznej Jamesa Camerona, ale także doskonałym przykładem kiczu. Chyba najklarowniej daje on o sobie znać, gdy dochodzi do zbliżenia na oko młodej Rose, w trakcie malowania przez Jacka aktu. Soczewka oka zaczyna zmieniać kolor, a skóra w okół nabierać zmarszczek. Gdy się oddalamy, Rose jest o kilkadziesiąt lat starsza. To przesłodzony i nasycony ckliwością moment. W zamyśle twórców mający zaskakiwać, ale finalnie wywołujący raczej zażenowanie.
  3. Titanic – sen Rose na końcu – kicz jest cudowny, idealny i nierealny. Kicz jest upragniony i słodki jak miód. Prawdziwy kicz powstaje nieintencjonalnie. Taki jest właśnie finał Titanica. Stężenie piękna, świetlistości, dobra, ciepła i miłości (ah! jeszcze ten pocałunek nad niebiańską kopułą!) uderza w widza z nie mniejszą siłą, niż transatlantyk w górę w lodową.
  4. Dzikość serca – wróżka – David Lynch oczywiście nie korzysta przypadkowo z kiczu. Świadomie sięga po tę estetykę, by osiągnąć konkretny efekt. To dla niego kolejne narzędzie w budowaniu wizualnego kodu filmu. Gdyby jednak zrobić stopklatkę i wyciągnąć tę wróżkę poza umowny nawias filmu, to jej wizerunek stanie się krystalicznym przykładem kiczu. Otulona bańką, świecąca wróżka w ciężkiej różowej sukni mogłaby być cennym artefaktem dla każdego fana odpustowych gadżetów.
  5. Moulin Rouge – scena z piosenką Your Song – kicz nieobcy jest również Bazowi Luhrmannowi. Australijczyk jak mało który reżyser potrafi z niego korzystać. Do Moulin Rouge estetyka ta pasuje jak ulał i w niejednej scenie odgrywa kluczową rolę. W trakcie Your Song mamy więc i wieżę Eiffla, i pełnię księżyca, i rozświetlone framugi w kształcie serc, i gwieździste niebo, i cudownie zakochaną parę. To piękny powiększony zestaw. Do granic kiczowaty.

Szymon Skowroński

1. Obcy Przymierze – dialog Davida i Davida na temat palcowania fletu. Odwróciłem głowę i próbuję usunąć to ze swojej pamięci.

2. Botoks – obejrzałem tylko godzinę, ale była to zdecydowanie jedna z najbardziej kiczowatych godzin w moim życiu. Film o zerowej wartości estetycznej. Chyba najbardziej chciałem umrzeć podczas sceny, w której Stramowski pyta, czy ma sobie zwalić konia.

3. Top Gun – scena w windzie. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Kelly McGillis była tam bardziej męska niż Tom Cruise. Dialog między postaciami był nienaturalny, reakcje – wymuszone, a chemia – dla mnie – zerowa.

4. Teksańska masakra piłą mechaniczną 2 – Denis Hopper wpada z dwoma piłami do podziemnej kryjówki kanibali i zaczyna ciąć belki jak opętany. Wyglądało to trochę jak Rycerz z Monty Pythona, który wpada na ślub zrobić masakrę i cofa się, żeby „zabić” wiszący kwiatek.

5. Matrix Rewolucje – scena seksu Neo i Trinity podczas wielkiej techno-wiksy w Syjonie. Say no more.

Ostatnio dodane