Ranking

SZYBKA PIĄTKA #40. Filmy, które chcielibyśmy obejrzeć w kinie

Autor: REDAKCJA
opublikowano

X muza ma ponad sto lat. To oznacza, że zdecydowanej większości z nas nie było jeszcze na świecie, gdy do kin wchodziły tytuły będące obecnie arcydziełami kinematografii. Albo byliśmy, tylko, tak po prostu, nie dane nam było ich obejrzeć na dużym ekranie. Ba! Często nie udaje się to również w przypadku współczesnych produkcji, a powodów jest multum i każdy ma swój. Ale co by było, gdyby…? Gdyby tak udało nam się cofnąć w czasie lub jakimś cudem trafić na festiwal z retrospektywą, stare kino w Iluzjonie bądź innym przybytku z lamusa – co byśmy wtedy obejrzeli lub chcieli obejrzeć? I co wy byście chcieli zobaczyć we wciąż jedynie słusznej formie projekcji?

Jacek Lubiński

  1. Wjazd pociągu na stację w Ciotat – obecnie jednominutowa popierdółka. Kiedyś jednak wydarzenie. Jakże niesamowitym doznaniem musiało być więc uczestnictwo w nim. Ciekawi mnie, czy – posiadając ówczesną wiedzę, wrażliwość i moralność – też bym uciekł z sali, jak to miało ponoć miejsce w niejednym kinie.
  2. Lawrence z Arabii – choć dziś to arcydzieło przeżywa swoją drugą młodość na błękitnym nośniku, zobaczyć je kiedyś na dużym ekranie musiało być przygodą samą w sobie, w której nie dane mi było niestety uczestniczyć.
  3. Grindhouse – żeby nie było, to mam za sobą maraton obu produkcji spod tego szyldu, obejrzanych, jak pan Tarantino przykazał, „back to back”. Niemniej obejrzeć ten film w amerykańskim przybytku, z tamtejszą publiką i całym dobrodziejstwem inwentarza z pewnością byłoby zupełnie innym przeżyciem. Może kiedyś…
  4. Blade Runner – wybór tłumaczy się sam. Jakoś nigdy nie było okazji, choć podejrzewam, że obecnie wszystkie oryginalne kopie na taśmie pozostawiają wiele do życzenia.
  5. Braveheart / Tańczący z wilkami – epickie widowiska, które wręcz powstały po to, by podziwiać je w kinie. Niestety, oba jakoś mi uciekły i zobaczyłem je dopiero, kolejno, w telewizji i na kasecie wideo (w pudełku z kompletnie innym tytułem). Nie umniejszyło to wrażenia z seansów, ale na telewizorach starego typu z pewnością straciły one swą wizualną siłę.

Karolina Nos-Cybelius

  1. Nosferatu – symfonia grozy – gdyby była taka możliwość… ech. Raj dla kinomana. Przegapiłam seans filmu Murnaua z muzyką graną na żywo, ale może jeszcze nadarzy się okazja.
  2. Christine – tę konkretną ekranizację powieści grozy Stephena Kinga chciałabym obejrzeć w kinie… samochodowym. To moje wielkie marzenie. Oglądać w kinie samochodowym film, którego bohaterowie oglądają film w kinie samochodowym. To byłoby przeżycie. Definicja magii kina.
  3. Psychoza – horrory oglądane w domu chyba trochę mniej przerażają, niż te oglądane w kinie. Jestem ciekawa, czy Psychoza Hitchcocka wywołałaby jeszcze większe dreszcze, gdyby oglądać ją w ciemnej sali kinowej. Ekran taki wielki. Głośniki aż dudnią. Zasłona prysznica gwałtownie się przesuwa. Brrrr. Strach pomyśleć.
  4. Ogniu krocz ze mną – właśnie sobie uświadomiłam, że żadnego z filmów Davida Lyncha nie oglądałam w kinie. Nie ma mowy, żeby wybrać jeden, który idealnie by się nadawał na taki spóźniony kinowy seans. Zatem na początek epilog Miasteczka Twin Peaks. A później cała reszta. Jak szaleć, to szaleć.
  5. Pulp Fiction – bo czemu by nie. Tarantino nie jest jeszcze takim dinozaurem i wielu na pewno widziało Pulp Fiction w kinie, ale nie ja. Chętnie bym obejrzała, ale nie w multipleksie, tylko jakimś starym kinie, gdzie fotele pachną tytoniem i minionym wiekiem.

Damian Halik

  1. 2001: Odyseja kosmiczna – klasyk jak klasyk, zawsze lepiej zobaczyć go na wielkim ekranie, lecz w tym konkretnym przypadku chcę tylko jednego: usłyszeć Tako rzecze Zaratustra Richarda Straussa. Niby mogę to zrobić w domu, podkręcając regulator głośności na maksa, ale to zdecydowanie nie to samo.
  2. Ace Ventura: Psi detektyw – skoro już jesteśmy przy efektach dźwiękowych – jodłujący na swój upośledzony sposób Jim Carrey też byłby mile widziany na mojej liście.
  3. Zabójcy – od momentu, gdy opuściłem salę kinową po seansie Zjawy Alejandro G. Iñárritu, nie mogę pozbyć się myśli, że chciałbym na wielkim ekranie zobaczyć filmografię Andrieja Tarkowskiego. Całą. Najlepiej zaczynając od początku, czyli debiutanckich Zabójców.
  4. Drive – albo to kwestia nastroju, albo właśnie dotarło do mnie, że seanse kinowe cenię przede wszystkim ze względu na doznania dźwiękowe… a Drive Nicolasa W. Refna ma jeden z lepszych soundtracków, jakie kiedykolwiek stworzono. No i jest też przesłodka Carey Mulligan.
  5. Loving Vincent – dla odmiany film, którego jeszcze nie ma (choć pierwotnie miał ukazać się w 2015 roku, w 125. rocznicę śmierci Vincenta Van Gogha). Polsko-brytyjska koprodukcja jest czymś dotąd niespotykanym na skalę światową. Krążąc po festiwalach, ekipa zbiera nawet zamówienia na emisję w kolejnych krajach, jednak jak dotąd film nie doczekał się kinowej premiery. Oby nie chodziło o problemy z produkcją, a – przykładowo – oczekiwanie z premierą do 30 marca 2018 roku, gdy przytrafi się kolejna w miarę okrągła rocznica – 165 urodziny malarza.

Ostatnio dodane