Szybka Piątka 25# - Najnudniejsze filmy świata | FILM.ORG.PL

Szybka Piątka #25 – najnudniejsze filmy świata








15.06.2014


Nie muzyka, nie gry komputerowe, nie literatura, nie piłka nożna, nie cyrk, nie teatr. Kino chyba jest najpowszechniejszym i najczęściej wybieranym dostarczycielem rozrywki. Do kina wszyscy chodzą, kino wszyscy lubią. W sali, przed ekranem telewizora czy laptopa czas leci migiem. Tak ma każdy miłośnik sztuki filmowej. Żadne inne medium tak mocno nie angażuje. Włączamy film a świat, który się przed nami otwiera, momentalnie nas pochłania. Tak powinno być.  Jednak wykazalibyśmy się ogromną hipokryzją pisząc, że nasze fanowskie serca są pobłażliwe dla każdego dziełka i sumiennie je oglądamy do końca, by kompetentnie się o nich później powiedzieć. Jak nigdzie indziej w kinie doskonale się śpi. Wielu reżyserów, scenarzystów, aktorów chyba nie chcący stworzyło dla nas kołysanki. Filmy zachęcające do ciągłego patrzenia na zegarek, bo na jego tarczy toczy się akcja znacznie ciekawsza, znacznie bardziej angażująca. Głupio przecież wyjść z kina, gdy zapłaciło się za bilet.  Często jesteśmy wyrozumiali  i oczekujemy, przechodzimy męczarnie, mamy nadzieję, modlimy się o to, by w końcu coś się stało. COKOLWIEK!

Na takich filmach tym razem się skupimy. Na właśnie takich rozczarowaniach. Na najnudniejszych, najbardziej męczących filmach jakie widzieliśmy w życiu. Tytułach, podczas których usnęliśmy albo skapitulowaliśmy – wyłączyliśmy, bo każde inne zajęcie uznaliśmy za ciekawsze. Przed Wami redakcyjne Szybkie Piątki. 

tree

Maciej Niedźwiedzki

1. Drzewo Życia

Wzorcowy przykład filmu, który rozciąga krótką 45-minutową fabułkę na ponad dwugodzinny rozwleczony esej. Co mnie usypia? Żółwie tempo w jakim akcja przesuwa się do przodu, prześwietlone zdjęcia, które rażąc oczy zmuszają mnie do ich zamknięcia i nieustannie szepcząca do ucha kołysankę Jessica Chastain. Idealny zestaw, by momentalnie zasnąć.

2. Transformers: Zemsta upadłych

Nie przepadam za tego rodzaju kinem, ale chciałem zobaczyć jak to wygląda. Jak się na tym można bawić. I dlaczego to jest tak popularne, a zwiastuny ma faktycznie efektowne (może bardziej efekciarskie, ale na pewno nie nudne). Kupiłem wielki popcorn i wielką colę.  Byłem przygotowany. Zasnąłem po godzinie filmu. Z całej piątki to jest tak na prawdę jedyny film podczas, którego z nudów zasnąłem jak dziecko. Nie twierdzę, że nie jest to techniczny majstersztyk bo rzeczywiście te wszystkie przemiany są wykonane imponująco. Ale drogi panie Bayu…jak mógł pan nakręcić dwu i półgodzinny film, którego 70% stanowi całkowitej destrukcji miasta, milion ewolucji i coraz to bardziej skomplikowanej ekwilibrystki. Co pięć minut otwierałem jedno oko i na ekranie widziałem dokładnie to samo. Robi się z tego nieznośnie monotonna usypiająca nuda. Nie zdążyłem nawet uznać Transoformers: Zemstę upadłych za film głupi. W kinie było solidne nagłośnienie, ale nawet ono nie zakłóciło mi snu.

3. Nostalgia 

Kiedyś próbowałem poznać Tarkowskiego – bo to przecież Wielki Reżyser. Ważny Reżyser. Moją krótką przygodę z nim rozpocząłem od Stalkera. Tym filmem mnie do siebie przekonał i sprowokował do dalszego odkrywania jego twórczości. Sięgnąłem więc po jego kolejny ważny tytuł – Nostalgię. I okazała się nie do przejścia. Te pięciominutowe ujęcia podczas, których kamera pomalutku przesuwa się po ścianie w dół albo te ciągnące się w nieskończoność krajobrazy. Ślimacze tempo tego obrazu całkowicie mnie wykańcza. Mając zamknięte jedno oko wyłączyłem film po pół godzinie nie wierząc, że nastąpi w nim jakaś zmiana – pojawi się jakikolwiek angażujący problem. Chyba muszę jeszcze do Tarkowskiego dorosnąć.

4. Lincoln

Po Stevenie Spielbergu – najważniejszym twórcy kina nowej przygody – nie spodziewałem się, że będzie w stanie nakręcić takie nudziarstwo. Lincoln zawodzi najbardziej pod względem dramaturgicznym. Końcowe głosowanie miało emocjonować a irytowała przewidywalnością. Miało zwieńczyć cały konflikt a w moich oczach wypunktowało miałkość scenariusza. Każda kolejna rozmowa dotyczy dokładnie tego samego, każde ujęcie jest irytująco statyczne. Na dodatek ,przez charakteryzację, aktorzy przypominają woskowe figury. Ten film nie ma w sobie żadnej energii, żadnej tajemnicy, żadnego życia.

5. Szepty i krzyki

Poza Fanny i Alexander Tam, gdzie rosną poziomki Bergman jest dla mnie najbardziej usypiającym reżyserem. Nie potrafię jego dzieł rozpatrywać w kategorii filmowego medium. Jego dzieła to eseje, filozoficzne rozprawy, które nie potrzebują obrazu. Znacznie lepiej sprawdziłyby się jako literatura. Jego medytacyjne filmy mnie nużą i usypiają, obraz wydaje się jakby dodatkowo, jakby był niepotrzebny. Opisują jeden niezmienny stan a naturą kina jest ruch i zmiana. Wybrałem Szepty i Krzyki, ale tak na prawdę mogło paść na Milczenie bądź Personę. Nie wszystkie scenariusze nadają się na ekranizację.

Osiołek
Ewelina Świeca

1. Na los szczęścia, Baltazarze!

Z całym szacunkiem do specyficznego kontemplacyjnego stylu Roberta Bressona, „poezji” zdjęć tego obrazu, a także w pełni rozumiejąc tragizm losów tytułowego bohatera-osiołka i jego właścicielki, ten film po prostu męczy i dłuży się koszmarnie, nie zrobił na mnie większego, pamiętnego wrażenia ani nie przekonał do przesłania.

2. Piąta władza

Aktualny temat wywołujący wiele kontrowersji został płasko i nieciekawie przedstawiony przez Billa Condona. Po prostu nijak. Nudzą oraz irytują dialogi, nie przekonują emocje-dylematy bohaterów bez rewelacji zagranych przez Benedicta Cumberbatcha i Daniela Brühla.

3. Rzecz o mych smutnych dziwkach

To przypadek, kiedy literacki pierwowzór jest o wiele ciekawszy niż jego filmowa wersja. Film stanowi jedynie namiastkę klimatu książkowej historii G. G. Márqueza. Życie i próby spełnienia erotyczno-miłosnego pragnienia głównego bohatera, starszego mężczyzny marzącego o urodzinowej dziewicy, nie układają się w intrygującą treścią lub formą historię.

4. Factotum

Zdecydowanie mocniejszym, trafniejszym, „żywszym” odwzorowaniem klimatu prozy Charlesa Bukowskiego oraz poczynań jego książkowego alter ego jest Ćma barowa Barbeta Schroedera z 1987 roku. Odtwórca głównej roli w Factotum, Matt Dillon, wydaje się za delikatny, za ładny, zbyt subtelny i niemrawy jak na Chinaskiego/Bukowskiego.

5. Akacje

Mało interesująca historia i w zasadzie nic z niej nie wynika. Nie mam na myśli braku spektakularnych rozwiązań czy niewiarygodnych zwrotów akcji, bo rzecz jasna nie tego spodziewałam się po tej obyczajowej historii o zwyczajnych ludziach, która z założenia ma być opowiedziana zwyczaje, życiowo, bez fajerwerków. Nie zmienia to jednak faktu, że taka zwyczajność powinna wzruszyć, poruszyć i zapaść w pamięć, niestety nie w przypadku Akacji.

dziewczyna_zawodowa

Krzysztof Połaski

1. Dziewczyna zawodowa

Eksperymentalne dzieło Stevena Soderbergha. Kluczowe w tym filmie są pieniądze, to głównie o nich rozmawiają bohaterowie i to dzięki nim zapewniają sobie szczęście, nawet jeżeli tym „szczęściem” jest spotkanie z ekskluzywną prostytutką, z którą można się nie tylko przespać, ale także – a może przede wszystkim – porozmawiać. Niestety, Soderbergh chciał dobrze, a wyszło jak zwykle. Zaangażowanie ex porno gwiazdki Sashy Grey na papierze mogło wydawać się ciekawym pomysłem, jednak przed kamerą – w pełnym ubraniu – okazała się równie sztywna, co penisy towarzyszące jej w filmach z serii „xxx”. Całość jest po prostu nudna. Dobrze, że film trwa tylko 77 minut.

2. Fala upałów

Są filmy, które aspirują do bycia czymś lepszym, niż naprawdę są, a także istnieją obrazy, które nigdy nie powinny powstać. Fabuła autorstwa Jeana-Jacquesa Jauffreta spokojnie może wpisać się do obydwu tych kategorii. Na ekranie obserwujemy czwórkę bohaterów. Pozornie nic nie znaczące wydarzenia doprowadzą do sytuacji zmieniającej życie wszystkich postaci. I to tyle. Nuda, prawie do samego końca nic się nie dzieje. I nie chodzi mi tutaj o niekonwencjonalną narrację, dzięki której obserwujemy te same wydarzenia z perspektywy różnych osób. To rozwiązanie to akurat jeden z nielicznych plusów tego filmu. Oczywiście zaraz obok ślicznej Adèle Haenel.

3. Klip

Film pusty, jak życie zobrazowanych piętnastolatków z Serbii. Całość sprowadza się do tego, że chłopak jest urażony tym, iż dziewczyna, którą traktuje wyłącznie jako zbiornik na nasienie, całuje się z innym, po czym postanawia wytłumaczyć jej pięścią kto jest jej właścicielem, a na finał namiętnie się całują. Nuda i banał – oral i anal. Mamy seks pełną gębą i pełną od nasienia gębę. Gdzieś w tle ukazane problemy Serbii, lecz porno otoczka skutecznie je zasłania. Płytkie to wszystko.

4. Spaleni słońcem 2: Oczekiwanie

NIE, NIE, NIE! Świetna scena otwierająca film, ale dalej jest absurd na absurdzie. Ten film po prostu nie miał prawa powstać. Nudne, nużące widowisko. Realizacja tego czegoś serio pochłonęła 55 milionów dolarów? Przecież efekty specjalne, jakie obserwujemy na ekranie, wołają o pomstę do nieba! Nikita Michałkow zrobił obraz ku pokrzepieniu serca Władimira Putina i tego po prostu nie da się oglądać.

5. Spaleni słońcem 2: Cytadela

Druga część drugiej części, czyli absurdów jeszcze więcej. Zaczyna się od idiotycznej sceny z komarem, po której, po raz pierwszy w życiu, chciałem wyjść z kina na początku seansu. Po prostu kretynizm. Tak jak wcześniej, nużące widowisko z beznadziejnymi efektami specjalnymi. Do tego zakończenie jak z jakiejś parodii filmowej. Brak słów na tę produkcję. Jako ciekawostkę można dodać, że w filmie zagrał, znany z trzeciego sezonu „Pitbulla”, Dmitrij Persin, który zmarł w 2009 roku.

postman

Szymon Pajdak

1. Wysłannik przyszłości – były czasy kiedy Kevin Costner był absolutną gwiazdą. „Tańczący z wilkami, „JFK”, „Doskonały świat” czy nawet „Robin Hood: Książę złodziei” i „Wyatt Earp” były ogromnymi kasowymi hitami. Później nastał „Wodny świat”, a Costner zaczął się staczać po równi pochyłej. Najlepszym tego przykładem jest „Wysłannik przyszłości”. Historia opowiada o samotnym wędrowcu, który po III wojnie światowej przemierzając pustkowia znajduje samochód pocztowy i pozostawioną w nim korespondencję. Bohater postanawia doręczyć stare listy wędrując od osady do osady, dając nadzieję na przywrócenie dawnego porządku. Ten film powinien znajdować się w słowniku synonimów pod hasłem nuda. Dawno już nie widziałem czegoś tak bezpłciowego, pozbawionego jakiegokolwiek tempa i wyczucia. Mieszanka melodramatu i Science Fiction, która pozostawia po sobie niesmak, a do tego to patriotyczne nadęcie … Nic dziwnego, że w 1998 roku został wybrany „Najgorszym filmem” (odebrał ten tytuł szmirze zwanej „Batman i Robin”), a w 2000 roku został nominowany do Złotej Maliny jako „Najgorszy film dekady”. Omijać z daleka, puszczać ludziom cierpiącym na bezsenność. Podczas seansu rośnie broda.

2. The Curious Case of Benjamin Button – 13 nominacji do Oscara? Poważnie? Za co?! Uwielbiam Finchera i Brada Pitta, ale ten film oprócz świetnych efektów specjalnych i kapitalnej atmosfery Nowego Orleanu początku XX wieku jest rozwleczony i niezgrabny. Rzuca utartymi życiowymi prawdami, starając się sprawiać wrażenie głębokiego i mądrego, a tak naprawdę jest zwyczajnie nijaki. Główny bohater nie przechodzi przemiany, nie doznaje olśnienia, jest jedynie biernym obserwatorem zmieniającego się świata. Podczas seansu młodnieje, czego nie można powiedzieć o widzu. Porównywać tą produkcję do „Forresta Gumpa” to jak porównywać dobry koncert na żywo do audycji radiowej w domowym zaciszu – nie ten kaliber.

3. Meet Joe Black – co stanie się jeżeli śmierć przyjdzie po kogoś, ale zamiast  zabrać tą osobę ze sobą zakocha się w jej córce? Dostaniemy trwający nieco ponad 3 godziny wyciskacz łez, polany toną lukru o autystycznym kolesiu, który je masło orzechowe z łyżeczki. O ile sama koncepcja i tematyka są w tej produkcji ciekawe i intrygujące, tak cała reszta jest flegmatyczna i niepotrzebnie rozciągnięta. Zmarnowany potencjał historii i aktorów.

4. The English Patient – kolejne Oscarowe nieporozumienie. 9 statuetek?! Pokonanie takich filmów jak „Fargo” i „Jerry Maguire”? Wolne żarty! O ile strona warsztatowa filmu broni się znakomicie, a aktorzy dają z siebie wszystko, o tyle emocje jakie produkcja wywołuje są porównywalne do tych, które odczujemy podczas zbierania grzybów. Brakuje jakiejkolwiek dramaturgii i napięcia, a narracja jest ultra powolna. 2h i 40 minut zastanawiania się -„Po co ja to oglądam?”.

5. Solaris – uwielbiam twórczość Lema i wiem jak trudna jest ona do zekranizowania. „Solaris” to tak naprawdę traktat filozoficzno-teologiczny, a science fiction jest tutaj tylko otoczką. Brawa dla Soderbergha, że podjął się tak niełatwego zadania, ale niestety poległ. To co hipnotyzowało i fascynowało czytelnika podczas lektury, na ekranie jest zwyczajnie nudne i rozwleczone. Inna sprawa to fakt, że produkcja jest adaptacją, a nie ekranizacją i kilka rzeczy zmieniono. Niestety na minus.

GRAVITY

Robert Skowroński

1. Grawitacja – i teraz podpiszę na siebie wyrok, ale…dzieło Cuarona okrutnie mnie wynudziło. Może nie nadaję się na krytyka filmowego, ale nie dostrzegłem żadnego filozoficznego przesłania w nieustannym dryfowaniu Sandry Bullock w kosmicznej przestrzeni. I te nawiązania do powtórnych narodzin przez przyjmowanie pozycji embrionalnej przez aktorkę, czy jej końcowe wyjście z wody – czytelniejszej symboliki chyba nie można było stworzyć.

2. Seria Paranormal Activity – w porządku, jeszcze przy pierwszej części można się było przestraszyć i dać się uwieść konwencji founf footage. Napięcie było budowane sprawnie, a zmyślna kampania promocyjna filmu podsycała atmosferę. Jednak kolejne odsłony serii to liczne ujęcia z kamer przemysłowych, na których raz na jakiś czas coś samo z siebie się poruszy – niekiedy nie byłem pewny czy w ogóle cokolwiek się stało. Oczekiwanie na jump scenes, których „siła” tkwiła w tym, że coś huknęło o podłogę. Seria wykazująca aktywność do snu u widzów.

3. Gerry – rozpoczynające „trylogię zapowiedzianej śmierci” dzieło Gusa Van Santa doceniam, a wręcz lubię. Piękne zdjęcia i metafizyczność obrazu będącego hołdem złożonym mistrzom takim jak Tarkowski i Tarr. Jednak, aby móc to dostrzec trzeba przemęczyć się razem z bohaterami w czasie ich wędrówki po pustkowiach. Idą oni i idą, prowadzą oni pogmatwane dialogi, aż zaczyna się odczuwać to co oni sami musieli czuć wyczerpani wędrówką i prażącym słońcem – zmęczenie.

4. Drzewo życia – i za co ta Złota Palma w Cannes? Film trwa ponad dwie godziny przebrnąłem przez niego dzięki funkcji przewijania na podglądzie. Z seansu zapamiętałem jedynie okrutnie długie ujęcia kosmosu i świata, czy Bóg wie czego jeszcze, z nużącą muzyką w tle. I jeszcze wkasaną w spodnie z kantem koszulę Brada Pitta.

5. Mikrokosmos – chyba jeden z bardziej znanych filmów przyrodniczych i jedyny seans kinowy, na którym zasnąłem. By ekscytować się oglądaniem robaczków na wielkim ekranie chyba trzeba być pasjonatem przyrody. Ja widać nie jestem. Tak jak „bohaterowie” filmu chodzą w trawie, tak też internauci na forach proponują skorzystać z tego środka w trakcie oglądania „Mikrokosmosu”. Ale to chyba też nie pomoże przed zapadnięciem w sen przy podziwianiu żuczków, mrówek, modliszek i innych stworzeń.

 

Jan Dąbrowski

1. Hel

Polacy nie gęsi, swoje nudne filmy mają. Choć zaskakuje mnie, jak taki materiał można obrzydzić widzowi. Psychiatra z mroczną przeszłością, barwna hołota na oddziale (ot taki Maleńczuk na przykład), do tego temat budowania więzi rodzinnych. Żadnego z tych elementów nie pokazano ciekawie, wieje na tych korytarzach nudą i szarością. Poza szpitalem wszystko wygląda jak teatr telewizji (w negatywnym znaczeniu), a główny bohater nie jest interesujący. Film krótki, ale i tak za długi. Dotrwałem do końca wyłącznie z poczucia uczciwości – „obejrzałem i mogę powiedzieć, że nudny”. Nigdy więcej.

 2.Grawitacja

Myślę, że gdyby był to krótki (tak do 20min, bo na tyle jest fabuły) metraż, byłbym zachwycony. Piękne, monumentalne ujęcia Ziemi, jako tło dla działań dwójki kosmonautów + zagrożenie. Zgoda, że efekty specjalne godne uznania. ALE – za długie, w związku z tym nudne, a Oskar za muzykę to kiepski żart. Cała część filmu poświęcona „dramatowi” Sandry Bullock i jej walce o przetrwanie jest męcząca i kompletnie nie angażuje. Efekty i zdjęcia to za mało, żeby z ciekawostki filmowej uczynić praworządną fabułę.

 3. Cosmopolis

Jak lubię, szanuję i cenię Cronenberga (i wczesnego i późnego), tak na tym filmie wynudziłem się nieziemsko. Niby jest klimat, potencjał też, fura jakiej by się sam Tony Stark nie powstydził – a jednak jest straszliwie przegadany, nie wciąga. Łatwo byłoby zwalić wszystko na Roberta Pattisona, ale – o dziwo – to nie jest jego wina. Nawet Juliette Binoche nie podniosła tętna.

 4. Między słowami

 Wiem, w niektórych kręgach trafiłem właśnie na tarczę strzelniczą, będę oglądał się za siebie na ulicy. Po kilku seansach, z czego jednym kinowym, moje wnioski coraz bardziej skłaniaja się ku jednemu – wbrew obiegowej opinii ten film może się nie podobać. Jest okrutnie nudny, ale nie do końca wiem z jakiego powodu – czy Coppola robiąc film dotykający problemu znudzenia chciała, by widz też się tak poczuł? Jeśli tak, chylę czoła – zabieg skuteczny przy każdej projekcji.

 5. Drzewo życia

 Lubię Brada Pitta, lubię Seana Penna, panią Chastian też – filozoficzne dywagacje i filmy spod znaku National Geographic też lubię, od czasu do czasu. Widocznie mieszanka tych składników okazała się dla mnie wyjątkowo niestrawna, szczególnie, że widoczki i monolog o…. któż-wie-czym pojawiały się częściej, niż aktorzy. Niemożebnie nużące doświadczenie, choć chwilami powodowało salwy śmiechu, co – niestety – nie świadczy najlepiej o tej produkcji.

 kod-nieznany-i

Miłosz Drewniak

1. Kod nieznany

Klasyk Michaela Hanekego. Szczególnie zapadła mi w pamięć scena, jak sam ją sobie nazwałem, „buraczana”. Brodaty jegomość wcina buraki na długim ujęciu. Później plot twist – wchodzi jakiś młodzieniec i się przysiada. Ten pierwszy nakłada mu buraków. „Buraki. Mam tylko to” – tłumaczy. Młody wcina buraki. Brodaty zjadł. Podchodzi do zlewu i myje swoją miseczkę. Niestety, nie uniosłem akcji. Przysięgam, że kiedyś zrobię drugie podejście, bo to podobno wielki film.

2. Kontrakt

Dziełko Krzysztofa Zanussiego spod znaku Kina Moralnego Niepokoju. Z zacną tezą i zaangażowany społecznie, ale oglądać to się nie da.

3. Celuloza

Drugi film Jerzego Kawalerowicza, jeszcze sprzed Odwilży. Film tendencyjny, o dzielnych robolach, z czerwoną flagą w tle. Chyba nie trzeba dodawać, że nudny. Traktować należy Celulozę jako mniejsze zło – kompromis artysty, czekającego na lepsze czasy. I opłaciło się. Po kilku latach Kawalerowicz spłodził dwa arcydzieła Szkoły Polskiej – Pociąg i Matkę Joannę od Aniołów.

4. Boska interwencja

Film izraelskiego reżysera Elia Suleimana. Niewiele z niego pamiętam, bo, jak sugeruje tytuł zestawienia, nie ma w nim filmów zajmujących. Kojarzy mi się Boska interwencja z uczuciem znużenia i ciągłym sprawdzaniem, jak daleko do końca. Aczkolwiek zaczyna się obiecująco ;-)

5. Prostokąt dynamiczny

A teraz coś dla koneserów. Arcygenialny film Józefa Robakowskiego. Nie da się tego opisać słowami, więc wrzucam całość:

the-iron-lady

Radosław Pisula

1. Żelazna dama

Zarżnąć biopic jest niezwykle łatwo – co dziwi, ponieważ życia niektórych ludzi to gotowe scenariusze fenomenalnych widowisk. Niesamowite jest jednak to, że nawet Meryl Streep nie potrafiła uratować bajzlu, jakim jest pokracznie feministyczne spojrzenie na Margaret Thatcher. Nudna, nieudolnie prowadzona klucha, robiąca z potężnej persony szarpane wiatrem kruche zboże na wietrze. Jedyna dobra scena, na której można powstrzymać ziewanie, to oczywiście podjęta z zimną krwią decyzja o wysłaniu floty brytyjskiej na Falklandy. Tak powinien wyglądać jednak cały film, a nie tylko kilka jego minut.

2. Hitchcock

A skoro już o biopicach. Kulisy powstania Psychozy to historia nie mniej ciekawa niż samo arcydzieło suspensu. Reżyser miał do dyspozycji niezłą książkę, cały worek legend i absorbującą postać wielkiego autora filmowego, a skupił się na eksponowaniu dosyć karykaturalnego makijażu Hopkinsa i miałkich tematów, pozostawiając całe „mięso” gdzieś w tle. Koło Hitcha to z pewnością nigdy nie leżało.

3. Pamięć absolutna (2012)

Film Verhoevena jest autorską perełką – nie perfekcyjną, ale wybitnie angażującą. Nowa wersja to kompilacja wszystkich banałów współczesnego kina akcji, która niczym nie zaskakuje. Plastik, kłująca w oczy kolorystyka, brak charyzmy u wszystkiego co oddycha i przeraźliwa nuda.

4. The Ring – Krąg (1998)

Pamiętam szał na ten film. Siedliśmy więc lata temu ze znajomym i zaczęliśmy oglądać przez palce. Zaczęliśmy przysypiać gdy orientalni bohaterowie jechali gdzieś chyba z sześć godzin. Pod koniec seansu nie obchodziło mnie już zupełnie nic. Nie jest to na pewno zły film, jednak wymęczył mnie niemiłosiernie. Blade azjatyckie berbecie z horrorów już nigdy mnie nie wystraszyły. Może gdyby miały sarkastyczne usposobienie laleczki Chucky, to inaczej bym do tego podchodził?

5. Super Mario Bros.

Jeden z dwóch filmów, na którym zasnąłem (kolejnym jest… Władca Pierścieni: Powrót Króla). Przeraźliwie nijaka adaptacja kultowej i dynamicznej gry o stalinowskim hydrauliku. Nie chce nawet o tym pisać, bo oczy automatycznie zaczynają mi się zamykać.

movies_movies_a_australia_movie_011639_

Kaja Kryda

1. Australia

Film męczący i pozbawiony wyrazu. Bardzo szybko straciłam jakąkolwiek motywację do śledzenia tej melodramatycznej historii, dlatego trudno mi nawet przypomnieć sobie o co w tym wszystkim chodziło. Wiem tylko, że z ulgą powitałam ckliwy finał.

2. Wrogowie Publiczni

Przyciągnęły mnie nazwiska: Mann, Depp, Cotillard. Po obejrzeniu „Wrogów publicznych” raz na zawsze przestały mi się jednak one kojarzyć z jakością. Wszystko tam było mdłe, na czele z płaskimi postaciami i ogranym scenariuszem. Ledwo dotrwałam do końca.

3. Vanilla Sky

Film jak dla mnie zbyt pretensjonalny, przez co zupełnie nie mogłam się zaangażować w fabułę. Dramatyczne sceny odgrywane przez Toma Cruise’a pod koniec bardziej mnie bawiły niż wzruszały. Nie pomógł nawet ciekawy soundtrack ani piękna, młoda Penelope.

4. Joe Black

Nie wytrzymałam do końca. Zmanierowane dialogi, udawana głębia, sztuczne postacie. Całość bardzo egzaltowana i, dla mnie, niemożliwa do strawienia.

5. Syrup

Nie oczekiwałam wiele – ot, dawki przeciętnej, zjadliwej rozrywki. Dostałam fabułę poprowadzoną tak nieumiejętnie, że film nie tylko mnie znudził, ale też strasznie zmęczył (i to mimo zastosowania w nim wielu chwytów, które w zamyśle miały być bardzo efektowne). Do tego gra aktorska Amber Heard jest w nim poniżej przyzwoitego poziomu, nawet jak na kino tego typu. Gwoździem do trumny były napisy końcowe w czcionce Comic Sans!

Ekipa KMF

Ekipa KMF

Tekst redakcji Film.org.pl
Ekipa KMF






  • Adam Nguyen

    Brak „Śmierć w Wenecji”? ;)

  • rete

    Najnudniejsze filmy świata a nie ma Stalkera ??? Nie ma co traktować tego „rankingu” poważnie

    • Szymon Pajdak

      To nie ranking, to subiektywne spojrzenie nas – poszczególnych członków redakcji ;)

  • AsymetrycznyKlopsik

    1. Bergman – broń Boże nie twierdzę, że kręci złe filmy! Po prostu jestem ignorantem, który nie potrafi dotrwać do połowy jakiegokolwiek filmu tego Wielkiego Mistrza. Nudne jak flaki z olejem.
    2. Między słowami – przereklamowany, pretensjonalny, irytujący i męczący.
    3. Chinatown – uwielbiam Polańskiego, tym bardziej nie potrafię zrozumieć fenomenu tego filmu, a raczej mojej głupoty, skoro mnie tak wybitnie nudzi.
    4. Obywatel Kane – znów ciekawa sytuacja, wystawiłby wysoką ocenę bo potrafię docenić kunszt realizatorski, co nie zmienia faktu, że do filmu podchodziłem już 5 razy i nie mogę dokończyć; indywidualna kwestia.
    5. Essential Killing – wymęczyłem się w kinie niemiłosiernie.

    • Pawel

      Jak jestem w stanie zrozumieć wszystkie pozycje, o których piszesz, tak Chinatown nie, mogę oglądać tysiąckroć i zachwycać się każdym aspektem tego filmu.

  • Qaz

    1. Zelig. 2. Nieustające wakacje. 3. Tess 4. Barry Lyndon 5. Matrix 3

  • kunieczko

    „Celuloza” nie jest debiutem Kawalerowicza, redaktorze Drewniak – jego pierwszym filmem jest chyba jeszcze gorsza „Gromada”.

    • Miłosz Drewniak

      Faktycznie. Nie jest :-) Nie wiem czemu byłem przekonany, że to jego debiut. Nawet nie sprawdziłem. Już zmieniam. Dzięki.

  • Artur Trzebny

    Pamiętam jak bardzo zmęczyła mnie „Misja na Marsa” De Palmy. Byłem na tym w kinie, a nie mając zwyczaju wychodzić przed końcem seansu, dotrwałem dzielnie do końca. Z kina wyszedłem z poczuciem kompletnie zmarnowanego czasu i kasy wyrzuconej w błoto. Pomyślałem sobie wtedy: „I to zrobił facet który nakręcił :Nietykalnych” i „Ofiary wojny”? Wstyd, Brian! Oprócz tego nagłą chęć ucieczki i ołowiane powieki wzbudzają we mnie, min „Wiedźmin”, wszystkie filmy von Triera (sorry ale tak!), i filmy takich „tuzów” kina jak Passolini, Antonioni (tak, to ten od filmu o facecie w łódce:-), Tarkowski, Bergman i twórczośc im podobnych. Od psychologicznych dywagacji na temat duszy, życia i tym podobnych, wolę zdecydowanie trzask bicza Indiany Jonesa, Gwiezdne Wojny czy też nową odsłonę przygód załogi Enterprise. Prostsze to bardziej lekkostrawne.

    • Miłosz Drewniak

      Od „Faceta w łódce” jest Visconti :-) Ale nie dziwię się, że nie lubisz Antonioniego. Facet „dedramatyzację akcji” (czyt. nudę) manifestował w każdym filmie. Chociaż bardzo lubię jego „Powiększenie”.

      • Adikozek

        Możecie się śmiać, ale dla mnie „Śmierć w Wenecji” jest najlepszą ekranizacją utworu literackiego jaką dane mi było oglądać.

  • SoKoMoK

    „Wróg u bram” – najpierw świetna scena desantu przez rzekę, a potem nuuudy. Jude Law romansuje, szwenda się po ulicach Stalingradu, poluje na Eda Harrisa, a akcja ciągnie się jak spaghetti z talerza.

  • canismajoris

    1.Igrzyska Śmierci obie części wynudziły mnie niesamowicie
    2.Avatar- najgorszy seans kinowy w moim życiu
    3.Transformers 3
    4.Inwazja-Bitwa o LA
    5.Jackie Brown – największa wtopa Qentina

    Nagroda specjalna dla drugiej połowy filmu X-men2 gdzie Wolverine stacza najdłuższą i najnudniejszą walkę ever

  • frost

    uff a już się obawiałem, ze mną jest coś nie tak skoro nie dołączyłem do chóru wynoszącego „Gravity” pod niebiosa, a może lepiej wyjebującego w kosmos w tym przypadku… Przewidywalna do bólu fabuła, na zasadzie od lokacji A do lokacji B, postać Bullock bezpłciowa, Clooney jak zwykle grał wersje siebie tylko w kosmosie… Technicznie majstersztyk, ale to zdecydowanie za mało jeśli nie potrafisz się zmusić do kibicowania bohaterom. Jednak można się nudzić w kosmosie.

    • Jan Dąbrowski

      Oj można. A przecież nie był specjalnie długi…za to specjalnie nudny ;)

      • Jacek

        Mi się podobał. Wciąż uważam go za jeden z lepszych filmów SF jakie ostatnio widziałem. Napięcie podczas oglądania tego filmu sprawiło że jak dla mnie ledwo się zaczął i zaraz skończył. Za drugim razem było podobnie. Ale oczywiście trzeba oglądać w kinie.

  • non

    Dobrze ,że wreszcie ktoś nie leje lukrem na ,,Między słowami”

  • Askaniusz

    Zobaczyłem ukochanego „czarliego” i się przeraziłem ! Bergman dla mnie to tylko Fanny… Poza tym to zapewne nawet nie 1/3 filmów które nudzą ….

  • Mac Kal

    było tego trochę

  • Grześ

    Brak Sagi zmierzch. Po pół godziniy każdej części spałem jak dziecko

  • Rossellinique

    1.”Les Miserables” Oglądałam z przyjaciółką i obie ledwo, ledwo dotrwałyśmy do końca, a i tak co jakiś czas robiłyśmy sobie przerwy. Straszny film, nie wiem co innym się w nim podoba.
    2.”Upstream color” dziwny i nie do końca zrozumiały. Obejrzałam do końca, ale kosztowało mnie to wiele samozaparcia, bo nie lubię oceniać czegoś czego nie skończyłam.
    3. „Magic Mike” Oczekiwałam dobrej zabawy, a dostałam..coś..nawet nie wiem jak to opisać. Zwiastun zapowiadał naprawdę coś w miarę ciekawego, a ja na tym prawie usnęłam..
    4.”2012:Koniec Świata” Ten film to jawna kpina z widza. Do dziś nie mogę pojąć kto dał choć grosz na produkcję tego czegoś.
    5. „Fighting” Film o niczym na dobrą sprawę, na dodatek kręcony chyba mikrofalówką przez osobę mającą jakiejś nieustające drgawki.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

POCIĄG DO HOLLYWOOD: BEATA POŹNIAK

Następny tekst

FOTA - James McAvoy jako Victor Frankenstein



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE