Ranking

Szybka piątka #19 – NAJLEPSZE FILMOWE MORDOBICIA

Autor: REDAKCJA
opublikowano

bs-jump-kick-wide-lr1

Jak powiedział kiedyś Lenny McLean – Arystoteles nielegalnych walk bokserkich na gołe pięści, a zarazem gwiazda „Lock Stock and Two Smoking Barrels” – „Nie ma prawdziwego życia bez odrobiny mordobicia”. Nie każdemu (na szczęście) jest dane uczestniczyć w klasycznym krwawym łomocie, bo na góralskie wesele nikt nie zaprosi, dożynek nie obchodzimy, pomeczowe ustawki omijamy szerokim łukiem, a w klubach skupiamy się na tańcu, zamiast na porównywaniu bicola z naspidowanym łysolem w czarnej koszuli  z napisem „Jam ci jest rasowy napierdzielacz”.

Na nasze szczęście, jest jeszcze kino, dzięki któremu nieraz udało nam się wziąć udział w największych i najkrwawszych mordobiciach, wychodząc z nich bez chociażby najmniejszego zadrapania. Zanim zapoznacie się  z kolejnym rozdaniem szybkiej piątki, mamy dla was mały aperitif – wybitną potyczkę z filmu „Undefeatable” w reżyserii jak zwykle niezawodnego Godfreya Ho:

Nie mamy co do tego żadnych wątpliwości, to zdecydowanie najlepsze mordobicie utrwalone na celuloidzie (gdyby testosteron miał składniki odżywcze, to ten film wykarmiłby Afrykę przez dekadę), którym to azjatycki reżyser sięgnął twórczego absolutu.

Jedyne, co nam pozostaje, to próba wypunktowania scen walki, które choćby odrobinę zbliżają się do geniuszu tego niekwestionowanego dzieła. Przed wami najlepsze filmowe mordobicia w historii kina – trzymajcie wysoko gardę i do boju! Uwaga, wybraliśmy wyłącznie te, w których główną rolę odgrywają ręce i nogi. Walki na miecze, noże, pręty, patyki i inne bronie białe omówimy niedługo. 

 

Krzysztof Walecki

1. „Raid” (Rama & Andi vs Mad Dog) – w filmowym mordobiciu nie zawsze chodzi o realizm, czego finałowa walka w „Raid” jest najlepszym dowodem. Hiperbrutalny pojedynek wydaje się nie mieć końca, a jego uczestnicy powinni zwijać się z bólu już po 30 sekundach, ale jako widowisko jest to pierwszorzędnie nakręcona i zmontowana walka, jakiej już dawno nie widziałem na kinowym ekranie.


2. „Oni żyją” (Nada vs Frank)
– jedna z najdłuższych walk w historii kina nie pochodzi nawet z filmu akcji, lecz fantastycznego klasyka Carpentera. Powodem dosyć realistycznego mordobicia jest potrzeba założenia okularów przeciwsłonecznych swojemu kumplowi, aby ten zobaczył, że kosmici są wśród nas. Jakby tego było mało, walka z każdą minutą staje się coraz bardziej brutalna i niebezpieczna dla obu bohaterów, choć dla widzów jest to powód do niejednego uśmiechu.


3. „Ultimatum Bourne’a” (Jason Bourne vs Desh)
– wiem, że Desh korzysta na początku z pistoletu, a potem używa noża, ale w tym pojedynku chodzi przede wszystkim o niesamowitą sprawność fizyczną Bourne’a, który rozprawia się z przeciwnikiem za pomocą zwiniętej gazety. Poczciwy Jason już w poprzednim filmie poradził sobie w ten sposób, ale scena w „Ultimatum” jest lepiej nakręcona, zmontowana, zaś sam Desh jest dużo niebezpieczniejszym przeciwnikiem. Chyba tylko pojedynek z części pierwszej, kiedy Bourne broni się długopisem, może dorównywać tej walce.


4. „Pocałunek smoka” (Liu Jian vs bliźniaki)
– w finale Jet Li walczy z tlenionymi, dwumetrowymi bliźniakami, którzy dysponują zabójczym arsenałem ciosów i kopniaków, ale z niewysokim Chińczykiem nie mają żadnych szans. Pojedynek ten jest szybki, brutalny i niepozbawiony humoru. Filmy ze stajni Bessona rzadko kiedy były udane, jednak całkiem zgrabne walki zawsze były jasnymi punktami tych produkcji.

Wspomniana walka zaczyna się od 3:39.


5. „Transporter” (Frank Martin vs ci źli)
– pomysłowe mordobicie w autobusie, a potem w smarze, czyli Jason Statham wdzierający się do Hollywood. Również film wyprodukowany przez Bessona, z ładną choreografią walk, jeszcze zanim jego obrazy zaczęli montować ludzie z ADHD. Najlepszy Stathamowski pojedynek, który dopiero w tym roku znalazł swojego następcę w postaci krótkiej i brutalnej walki w pokoju hotelowym w filmie „Parker”.

Maciej Niedźwiedzki

1. „Batman” (Batman vs Joker) – końcowy pojedynek Batmana i Jokera w pierwszym filmie Burtona jest niesamowicie dobry. Michael Keaton udowadnia dlaczego jest najlepszym odtwórcą roli Człowieka Nietoperza. Ma w sobie cynizm, mrok, siłę i powagę. Za pomocą tych samym określeń opisać trzeba styl, w jakim Batman rozprawia się z Jokerem i jego bandą. Filmy o Batmanie dostarczyły nam wielu świetnych scen walki ale właśnie tą uważam za najlepszą z nich.


2. „Gladiator” (Maximus vs  Commodus)
 – również w Gladiatorze znajduje się niezwykle udane lanie. Maximus bezwzględnie miażdży Commodusa. Cały swój gniew wgniata w mordę syna Marka Aureliusza. Wygrywa wszystko. Łączy się z rodziną, ratuje życie Lucilli i jej syna, ustanawia w Rzymie republikę i przy okazji Russell Crowe zdobywa zasłużonego Oscara. Zaledwie jedno mordobicie, a tyle dobrego.


3. „Ojciec chrzestny” (Sonny Corleone 
vs Carlo Rizzi) – uwielbiam tę scenę z kilku przyczyn. Po pierwsze Sonny Corleone – bohater, którego darzę szczerą sympatią i utożsamiam się z jego gniewem. Kolejnym powodem jest przyjemność, jaką czerpię z tego, że ta gnida Carlo dostaje zasłużone solidne manto. Dzięki brawurowemu wykonaniu Jamesa Caana jest w tej scenie odczuwalna niespotykana energia. Klimatu dodaje świetna lokacja, pryskająca woda z hydrantu i dzieci przyglądające się temu brutalnemu widowisku.


4. „Bez przebaczenia” (Mały Bill vs English Bob)
 – bardzo sugestywna scena. Rewelacyjnie zagrana przez Gene’a Hackmana. Dobry western nie może obyć się bez porządnego mordobicia. Jest ono po prostu wpisane w ikonografię gatunku. Przemowa Little Billa w trakcie tłuczenia English Boba nadaje tej scenie mocy. Lubię tę scenę za bezkompromisowość i brutalność. W taki właśnie sposób Dziki Zachód wita na swoim terenie elokwentną Anglię.


5. „Wściekły byk” (Jake La Motta vs Vicky La Motta & Joey La Motta)
 – oczywiście musi też być coś od Scorsese. Tworzy on bohaterów wybitnie konfliktowych. Ceniących znacznie wyżej argument siły niż siłę argumentu. I taki też jest Jake la Motta – bokser na ringu i poza nim. Gdy dochodzi do apogeum sporu między głównym bohaterem a jego najbliższymi, Byk z Bronxu biję mordę bez jakichkolwiek zahamowań. Obrywają wszyscy: żona, brat, dzieci. Wyjątkowy film, wyjątkowe mordobicie. Jest w tej scenie gniew, rozczarowanie, zepsucie, ale również jakiś dystans (humor?) do przedstawianej sytuacji, wykreowany przez rewelacyjną reżyserię Martina Scorsese.



Radosław Buczkowski

1. “Szukając sprawiedliwości” (Gino Felino vs kto się nawinie) –  scena w barze. Można o radosnej twórczości Seagala powiedzieć wiele złego, ale cztery pierwsze filmy z jego udziałem (zwłaszcza „Nico” oraz „Szukając sprawiedliwości”) to absolutne klasyki – ostre  kino dla dużych chłopców, które nigdy się nie zestarzeje. Sensei wpisał się do historii niespotykanym wtedy (i teraz niestety też) podejściem do filmowego mordobicia, które w jego wykonaniu to brutalny pokaz siły, precyzji oraz znajomości słabych punktów ludzkiej anatomii, a wszystko w sosie kategorii wiekowej R. Nie inaczej jest w tym filmie właśnie, a scena w barze, w której Gino spuszcza ostry łomot koneserom budweisera, to prawdziwe mistrzostwo świata. „Anybody seen Richie?” – i nie ma przebacz.


2. „Wschodnie obietnice” (Viggo Mortensen vs zakapiory) 
– trzeba mieć łeb nie od parady i cohones z betonu (Cronenberg, wiadomo), żeby w dobie absolutnego zdziecinnienia Hollywood nakręcić film w którym sceny przemocy wyglądają tak naturalistycznie i tak cholenie dosadnie. W czasach gdy kategoria wiekowa PG-13 rządzi niepodzielnie, a montażowe sztuczki, matriksowe akrobacje i bohaterowie uzbrojeni w gazety wypełniają kino, takie podejście do kręcenia sceny mordobicia zasługuje na największe pochwały. Zimna, brudna, nieobliczalna, chaotyczna, wyzbyta choreograficznej taniochy, niewygodna…mogę tak bez końca…scena – chyba tylko solówka z albinosem w serialu „Banshee” zbliżyła się do tego poziomu brutalności. Mocna rzecz.


3. „Snatch” (Mickey O’Neil vs Horace ‚Good Night’ Anderson)
 – pod względem formalnym, małe dzieło sztuki (montaż, muzyka, kadrowanie, kolorystyka), a umiejętny balans pomiędzy brutalnym realizmem a filmową umownością dopełnia dzieła zniszczenia.


4. „Droga Smoka” (Tang Lung vs Colt ) –
  mimo ponad czterdziestu lat na karku, jedna z najlepiej wyglądających ekranowych potyczek. Szybkość i technika Bruce’a Lee (a i Chuck „Kopytko” Norris tutaj nie próżnuje), reżyseria, choreografia,  nowatorska praca kamery – tak się właśnie tworzy legendę!


5. “Dwóch jak smoła i siarka” (Ben&Kid vs chłopcy z siłowni)
 – Bud Spencer i Terence Hill, prawdziwe ikony B-klasowego kina spod znaku akcji i komedii. Panowie wystąpili wspólnie w ponad dwudziestu filmach i prawie w każdym z nich nie obyło się bez ostrego, slapstickowego mordobicia, które zresztą doprowadzili do groteskowej perfekcji. Durne to wszystko niemiłosiernie, ale zarazem lekkie, przyjemne i absolutnie bezpretensjonalne.  Teoretycznie mógłbym wrzucić tutaj jakikolwiek pojedynek z ich filmografii, ale niech będzie ten, bo oddaje wszystko, co w ich twórczości najlepsze – zawsze uśmiechniętego Hilla, który z błyskiem w oku rozprawia się z kolejnymi przeciwnikami, oraz Spencera, który niczym sprzedający plaskacze i bułgary czołg taranuje przeciwników. Geniusz!


Szymon Pajdak

1. „Casino Royale” (James Bond vs. Fisher) – czarno-biały prolog, który na nowo definiuje serię o Bondzie i pokazuje, w jakim kierunku twórcy pójdą tym filmem. Niesamowicie intensywna i brutalna bijatyka, podczas której łazienka zmienia się w ruinę, a 007 zalicza pierwszy zgon na swoim koncie. To już nie będzie dżentelmen z drinkiem, to będzie agent ze zwierzęcym instynktem i siłą, potrafiący zniszczyć wszystko na swojej drodze.

2. „Krwawy sport” (Frank Dux vs. Chong Li) – ubrudzona krwią mata i dwóch ostatnich wojowników. Klasyk ery VHS, w którym JCVD w akcie zemsty kopie tyłek wypakowanego Bolo Yeunga przy wspaniałej muzyce Hertzoga i  Bishopa. Zawsze z niekrytą fascynacją oglądam pokazane w zwolnionym tempie wykopy i szpagaty mięśniaka z Brukseli. Tak było 15 lat temu i tak jest teraz. Jeden z najlepszych filmów Van Damme’a i jedna z bijatyk, które na stałe zapisały mi się w głowie. Perfekcyjny miks choreografii, mistycyzmu, muzyki plus ikona kina akcji lat 90.

3. „Matrix” (Neo vs. Agent Smith) – pojedynek tej dwójki w metrze do tej pory powoduje u mnie przyjemne ciarki na plecach. Główny bohater, który w końcu zaczyna wierzyć we własne możliwości, pokonując kogoś, kogo nikt inny nie potrafił zwyciężyć. „My name is Neo, bitch!”.

4. „Wejście smoka” (Lee vs. Han) – absolutnie klasyczna scena. Rękawica ze sztyletami, gabinet luster i niesamowita zwinność Bruce’a Lee. Początkowa niepewność zastąpiona pomysłowością!

5. „Incepcja” (Arthur vs. projekcje) – fantastyczna scena, w której Arthur walczy z projekcjami sennymi Fischera Jr. w korytarzu przy wyłączonej grawitacji. Pomysłowość, wykonanie i choreografia na poziomie absolutnie mistrzowskim, a wszystko to sfilmowane „po bożemu”, przy minimalnej ingerencji komputera – piękny wire dance z pięściami.

 


Maciej Poleszak

1. „Legenda pijanego mistrza” (Wong Fei-hung vs. John i Henry) – to zestawienie mógłbym w całości wypełnić scenami z filmów Jackiego Chana, ale zacisnąłem zęby i powiedziałem sobie „dość”, ograniczając się do maksymalnie jednego tytułu. Padło na kontynuację „Pijanego mistrza” i absolutnie genialną finałową potyczkę z dwoma końcowymi bossami. A w zasadzie z bossem i jakimś leszczem, który szybko pada i już się nie podnosi. Słowa nie oddadzą tego, co dzieje się na ekranie, dlatego jeśli ktoś jeszcze nie widział, niech szybko kliknie w filmik poniżej.

2. „Kung fu szał” (Trzech mistrzów vs. Gang siekier) – klasyczny przykład sceny typu „paru koksów kontra wataha statystów padających po jednym strzale w twarz”. Zazwyczaj za ścieżkę dźwiękową scen mordobić służą jedynie efekty dźwiękowe kolejnych szlagów, którymi z werwą obsypują się oponenci. Nie tutaj. Zabawne, że pierwsze, co przychodzi mi na myśl po wspomnieniu tej sceny akcji, to właśnie melodia. Dzięki muzyce dobra scena robi się nieprzeciętna. No i jest jeszcze motyw blokowania ciosów siekierą za pomocą metalowych pierścieni na nadgarstkach. Moc.

3. „Oldboy” (Oh Dae-su vs. banda karków) – mordobicie w jednym ujęciu. Początkowo z młotkiem w reku, potem na gołe pięści. Realistyczne, sugestywne, świetne. Jasne, widać, że te wszystkie kije łamią się na karku głównego bohatera za łatwo, ale poza tym choreografii nie da się niczego zarzucić. Nóż w plecach, młotek w kolano, prawy prosty w twarz – wszystko to wygląda niepokojąco prawdziwie. Ogromny plus za zauważenie czegoś, o czym większość filmów raczy nie pamiętać – bicie bliźniego okrutnie męczy.

4. „Terminator 2” (T-800 vs. T-1000) – nie chodzi o scenę masakrowania korytarza po zdeptaniu bukietu róż, a o tę późniejszą, w hucie. W pierwszym starciu terminatorów nie da się poczuć, z kim tak naprawdę Arnold ma do czynienia – bije się ze zwykłym gościem, który zostawia dużą dziurę po rzuceniu nim w ścianę. Dopiero pod koniec filmu T-1000 pokazuje potencjał tkwiący w maszynie z płynnego metalu walczącej wręcz. Trzy ujęcia: T-1000 wyciąga sobie metalowy pręt z boku, przelewa się w miejscu, żeby odwrócić się w drugą stronę po przyparciu do ściany oraz zamienia ręce i głowę miejscami, żeby złapać cios Arnolda. Pod względem koncepcji – geniusz.

3115485-t-1000+ability+liquid+metal+body+used+for+grappling

5. „Obrońca” (Kham vs. ludzie i schody) – pewnego dnia ktoś obejrzał „Oldboya” i stwierdził: „pff… też tak umiem”, w efekcie czego powstała scena walki na schodach w tym filmie. Przez bite cztery minuty kamera łazi za Tonym Jaa po kolejnych piętrach, ukazując efektowną pacyfikację coraz to większych ilości mięsa armatniego. A cięcia w trakcie nie uświadczymy. Imponujące osiągnięcie.

 

CZYTAJ I OGLĄDAJ  DALEJ

Ostatnio dodane