Szybka piątka #18 – Filmy, które znacząco straciły z kolejnymi seansami | FILM.ORG.PL

Szybka piątka #18 – Filmy, które znacząco straciły z kolejnymi seansami








29.09.2013


Na pewno znacie to uczucie – niesamowity pierwszy seans, szczęka opadająca pod fotel, pełna fascynacja, docenienie i niezwykła radość związana z obejrzeniem czegoś naprawdę dobrego. 

Założę się, że znacie też takie emocje – kolejny seans brutalnie weryfikujący pierwszy zachwyt. Coś, co wydawało się genialne, okazuje się nie tak emocjonujące, jakbyśmy oczekiwali. To powoduje dość duże rozczarowanie – i na tym uczuciu w poniższej Szybkiej Piątce bazujemy. 


Maciej Niedźwiedzki

1. “Ojciec chrzestny” – mit Ojca chrzestnego wręcz nakazuje, by z góry uznać go za arcydzieło. I chyba dlatego przez kilka lat za takie go uważałem. Z czasem zauważałem coraz więcej mankamentów tego filmu. Niezręczne pomysły fabularne i drażniący mnie Al Pacino. Jednak najważniejszym czynnikiem, który spowodował spadek mojej oceny Ojca chrzestnego (słowo “drastyczny” jest za mocne, ale “znaczący” wydaje mi się odpowiednie) jest Ojciec chrzestny II. Druga część korzysta ze wszystkiego, co najlepsze w jedynce i z nawiązką rehabilituje elementy, moim zdaniem, nieudane. W dwójce Pacino daje światowej kinematografii najlepszą rolę męską w historii, także obcujemy z najbardziej przejmującym scenariuszem i niespotykaną reżyserią… STOP! (nie mam tyle miejsca w tym krótkim wpisie, by oddać doskonałość GPII – by to zrobić musiałbym napisać więcej niż Proust o poszukiwaniu straconego czasu). Tak czy siak, każdy aspekt Ojca chrzestnego II uwydatnia błędy swego poprzednika. Wszystko to sprawia, że pierwszej części praktycznie nie oglądam, a drugą około trzy razy w miesiącu.

2. “Batman Forever” – jestem wielkim fanem Batmana. Jest moim idolem, mam trzy plakaty z nim w pokoju (na sześć). Od dziecka za największe arcydzieło z całego uniwersum uważałem właśnie pierwszy film Joela Schumachera. Najlepiej się na nim bawiłem. Burtonowski Batman przez pierwsze 25 minut mnie estetycznie odrzucał, a od razu potem zasypiałem z nudów (bo tam praktycznie w ogóle nie ma Człowieka Nietoperza!). Batman Forever przez bardzo długi okres był dla mnie idealnie wyważony. Jednak z czasem, gdy dorastałem, jego status “arcydzieła” słabł, a Burton rósł w moich oczach. Doszło do biegunowej zamiany miejsc. BF dalej darzę dużym sentymentem lecz nie ma wątpliwości, że mój wstępny zachwyt był błędny.

3. “Psychoza” – dopiero w wieku 18 lat obejrzałem ją po raz pierwszy. I zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Miejscami przerażający, świetnie sfotografowany itd. Idealnie zaspokajający potrzeby kinomana. Za drugim razem moja ocena diametralnie się zmieniła. Ja wiem, że mistrz suspensu chce zaskakiwać, ale moim zdaniem nie może to się odbywać kosztem zdezorientowania widza, kosztem straty utożsamienia z bohaterami wątku wiodącego. Po słynnej scenie morderstwa pod prysznicem Psychoza całkowicie przestaje mnie interesować. Natomiast końcowa eksplikacja narratora z offu całkowicie odbiera Normanowi tajemnicę, a filmowi Hitchcocka tytuł arcydzieła.

4. „Podziemny krąg” – za pierwszym razem byłem pod ogromnym wrażeniem strony wizualnej Podziemnego kręgu i charyzmatycznej postaci Tylera Durdena. Dopiero później obejrzałem American Psycho. I moja ocena Podziemnego kręgu spadła. Drastycznie spadła. W obu obrazach przewijają się te same tematy: konsumpcyjne społeczeństwo, kultura yuppie, wybuch gniewu i próba ucieczki w nonkonformizm. O ile lepiej opowiada o tym film o Patricku Batemanie! Podczas gdy w American Psycho dominuje wnikliwa obserwacja pokolenia yuppie, to w filmie Finchera towarzyszy nam pseudofilozoficzny bełkot. Film Mary Harron jest wyważony pod względem treści i dopasowanej do niej formy (tak jak kapitalny pierwowzór Bretta Eastona Ellisa). Teraz to widzę wyraźnie. W Podziemnym kręgu merytoryczna zawartość została zjedzona przez nachalną formę już w trakcie napisów początkowych. Obecnie Podziemny krąg jest dla mnie filmem nieoglądalnym. Jest odpicowaną wizualnie, rozczarowującą pustą bańką.

5. „The Rocky Horror Picture Show” – po pierwszym seansie nie miałem wątpliwości, że jest to film genialny. Odważny obyczajowo, zaskakujący fabularnie i z zabawnymi żartami. Kilka lat później do niego wróciłem. Jednak tym razem film okazał się nudny, grzeczny oraz trochę głupawy. Na siłę prowokacyjny. Rozumiem doskonale setki tysięcy fanów (i lubię oglądać zdjęcia z ich eventów), dla których TRHPS jest filmem kultowym. Niestety – nie jest już on takim dla mnie.

Piotr Han

1.  „Szeregowiec Ryan” – w wieku około dziesięciu lat oglądałem ten film ze łzami wzruszenia w oczach. Po latach te same sceny wzbudzają we mnie jedynie zażenowanie. Naprawdę żałuję, że nie skończyło się na tym jednym seansie sprzed kilkunastu lat. Oczywiście, sceny batalistyczne ciągle robią na mnie wielkie wrażenie.

2.  „Requiem dla snu” – po pierwszym seansie film Aronofskiego wydawał mi się jednym z najmocniejszych i najbardziej skłaniających do przemyśleń obrazów. Dzisiaj „Requiem” razi pretensjonalnością. Nie lubię takiej taniej gry na emocjach.  Podczas drugiego podejścia nie opuszczało mnie wrażenie, że Aronofsky nie chciał opowiedzieć fabuły, lecz jego celem było stworzenie Ważnego i Skłaniającego do Refleksji Arcydzieła. A z takim podejściem nie da się nakręcić dobrego filmu.

 3. „O północy w Paryżu”–największą siłą tego filmu są niespodziewane spotkania z legendarnymi postaciami. W czasie pierwszego seansu z niecierpliwością oczekiwałem kolejnych tego typu spotkań, dzięki czemu nie zwracałem uwagi na pozostałe aspekty. Przy drugim podejściu wiedziałem, czego mogę się spodziewać, więc bardziej skupiłem się na analizowaniu fabuły. Niestety, ale okazało się, że nie ma wiele do analizowania. Cała magia prysła.

 4. „Piraci z Karaibów i skrzynia umarlaka” – jest to pierwszy film z tej serii, który obejrzałem. Byłem naprawdę oczarowany, zaraz po seansie nadrobiłem zaległości i zapoznałem się z „Czarną perłą”. Nie muszę chyba dodawać, że oryginał przebija sequel  niemal pod każdym względem. Jednak dopiero ponowny seans „Skrzyni umarlaka” uświadomił mi, jak wielka przepaść dzieli te filmy. Nie zmienia to jednak faktu, że całą trylogię do dzisiaj bardzo lubię (czwartej części nie miałem nigdy odwagi obejrzeć, może kiedyś się w sobie zbiorę, ale nie mogę tego obiecać).

 5. „Podziemny krąg” – przy pierwszym podejściu ten film dosłownie rozłożył mnie na łopatki. Doskonała realizacja, mądra i skłaniająca do przemyśleń fabuła oraz jeden z najgenialniejszych zwrotów akcji w dziełach nowożytnej kultury. Po drugim seansie w dalszym ciągu uważam, że film jest nieźle zrealizowany.

 

Ewelina Świeca

1. „Na wschód od Edenu” – oglądany przed laty hipnotyzował, a to za sprawą roli legendarnego Jamesa Deana. W ogóle nie przeszkadzała mi przesada w gestach, mimice, poruszaniu się aktora. Pełna fascynacja! Minęły lata i dziś drażni przerysowanie emocji oraz przesadna ekspresja gry Deana. Te jego szarpaniny, szturchańce i zbolała mina pięciolatka sprawiają, że postać zatraca realizm, wiarygodność. Chociaż mam świadomość, że taki był zamysł roli, zgodnie z metodą Stanisławskiego. Jednak inni aktorzy tego filmu, którzy grają mniej „wybuchowo”, wydają się naturalniejsi, przekonują mnie. Co do samej formy filmu Kazana obiekcji nie mam, tyle że samego Deana w filmie jest tyle, iż trudno ogląda mi się całość.

2. „Z odzysku” – gdy pierwszy raz widziałam ten film Fabickiego, dostrzegałam w nim same plusy, np. symboliczną wymowę, temat, przedstawiony świat. Widziałam ogromny potencjał reżyserski i zapał młodego twórcy. Natomiast po obejrzeniu „Miłości” i zachwyceniu się tym nowym filmem reżysera, postanowiłam wrócić do „Z odzysku”, żeby porównać na świeżo oba obrazy. I tu szok: kiepskie dialogi, w dodatku słabo zagrane. Kreacja Antoniego Pawlickiego (główny bohater) w ogóle do mnie nie trafia, mimo że mamy do czynienia z ciekawą historią oraz interesującą, dynamiczną postacią. Film ukazał mi się niczym wprawki reżyserskie, ciekawy pomysł filmowy, który można by nakręcić raz jeszcze.

3. „Urodzeni mordercy” – film kultowy, kontrowersyjny, ważny, ciekawy, ale przy drugim oglądaniu znudził mnie swoją destrukcyjnością i groteskowością, to znaczy ich nadmiarem, nagromadzeniem. Rozumiem wizję reżysera, ale za drugim razem film wywołał we mnie przesyt i nużył, już nie bawił tak jak kiedyś, nie zachwycał swoim demaskowaniem zła, przemocy oraz ich medialności poprzez ciągłą eskalację. Zdecydowanie przegrywa z „Bonnie i Clyde”, „Prawdziwym romansem” czy „Pulp Fiction”.

4. „Pachnidło” – w tym przypadku film stracił nieco blasku i powabu po lekturze książki Patricka Süskinda. I nie chodzi o to, że w filmie czegoś brakuje, coś ominięto czy pokazano inaczej niż w książce. Nie mam tych kwestii w ogóle na myśli. Sądzę, że czytanie „Pachnidła” o wiele bardziej pobudza wyobraźnię i dostarcza głębszych doznań niż film. Więcej emocji i wrażeń dostarcza czytanie o zapachu w wydaniu Süskinda niż oglądanie tych zapachów na ekranie, mimo że obraz Toma Tykwera świetny, dobrze zrobiony i wciąga w przedstawiony świat.

5. „Pokłosie” – za pierwszym razem temat filmu i estetyka zdjęć przyćmiły mi braki w narracji i dialogach. Naiwność, niewiarygodność, sztuczność dialogów oraz nienaturalna, zbyt nachalna zbieżność spotkań, natknięć na siebie postaci (by podtrzymać akcję) dostrzegłam w filmie za drugim razem. Nie przekonuje mnie to, że na tak głębokiej wsi (jak chciano miejsce akcji pokazać) ludzie nie mówią po wiejsku, a jedynie szybko i nieco innym szykiem zdań, do tego wygłaszają mądrości rodem z książek. Gra Stuhra też jakoś wyblakła, może właśnie przez tę niewiarygodność jego dialogów. Dostrzeżone braki nie pozwalały mi „chłonąć” po prostu filmu, skupić się na jego treści.

Szymon Pajdak

1. „Avatar” – pamiętam, że cierpiałem na „Avataromanię”, w kinie byłem 3 razy i za każdym razem bawiłem się tak samo dobrze. Świat Pandory i historia Jake’a zassały mnie i nie puszczały przez długi czas. Kolejny seans, już w domowym zaciszu, sprawił, że zacząłem się zastanawiać, co tak naprawdę podobało mi się w filmie Camerona? Strona techniczna, mimo że świetna, zaczyna męczyć jaskrawością i nagromadzeniem kolorów, historia wydaje się jeszcze słabsza, a długość filmu sprawia, że podczas seansu zaczyna boleć tyłek. Wiem, że długo do „Avatara” nie wrócę.

2. „Mroczny Rycerz powstaje” – ponownie film, gdzie nakręcony do granic możliwości wyszedłem z kina zachwycony. Z perspektywy czasu tylko Bane, Catwoman i ośnieżone Gotham wychodzą obronną ręką. Dziur w fabule jest tak dużo, że człowiek co chwila łapie się za głowę, a głupota niektórych akcji wręcz poraża. Jednak największym zarzutem, który za pierwszym razem zwyczajnie olałem, jest brak Batmana w filmie o Batmanie! To niedopuszczalne, że ten bohater i jakby nie było główna postać pojawia się na ekranie przez około 15 minut!

3. „Niesamowity Spider-Man” – fanem pająka nigdy nie byłem, ale ucieszyłem się, kiedy usłyszałem o reboocie tej serii, bowiem filmy Raimiego nigdy mi specjalnie nie leżały. Za pierwszym razem wyglądało to nawet nieźle. Fajna chemia między postaciami, charakter głównego bohatera, niezły Garfield i nieco poważniejszy ton. Za drugim razem nie byłem w stanie wytrzymać do końca.

4. „E.T.” – klasyk, który oglądany za dzieciaka zachwycał, a obecnie sprawia, że zasypiam w fotelu. Nie odmawiam mu tego, że dalej potrafi wzruszyć, ale całość jest zwyczajnie nudna i nie czaruje tak jak kiedyś.

5. „Anakonda” – w gimnazjum hicior. Ogromny wąż, dżungla, jeden mega kozak i cała reszta. Obecnie nie mogę na to patrzeć. Efekty postarzały się niemiłosiernie, Voight robi z siebie jakąś parodię, a Ice Cube gra jednym wyrazem twarzy. Jedyne, co jest ponadczasowe, to Jennifer Lopez i jej walory, ale to niestety nie ratuje tego filmu.

Krzysztof Walecki

1. „Shrek” –  uwielbiana przez wszystkich animacja z każdym kolejnym seansem traci, choć podejrzewam, że wynika to poniekąd ze zmęczenia materiału – średnio 3 razy do roku można ją obejrzeć w telewizji. Osobiście mam już dość zarówno postmodernistycznego zacięcia, jak i piosenek zespołu Smash Mouth. Szybko zestarzał się ten film, za to część drugą mogę oglądać do woli.

2. „Niesamowity Spider-Man”– kinowy seans nowego Spider-Mana zaliczyłem do udanych, ale gdy zobaczyłem film Webba kilka miesięcy później, wydał mi się on nudny i średnio widowiskowy. Wątek romantyczny jest jak najbardziej wygrany, jednak w pierwszej kolejności jest to komiksowe kino akcji, a tej tu jak na lekarstwo. Do tego pomysł, aby jeszcze raz przedstawić genezę Człowieka-Pająka, uważam za chybiony. Coś czuję, że w kontynuacji znów dostaniemy nastoletni melodramat z kilkoma efektami specjalnymi.

3. „Mission: Impossible II” – po znakomitej pierwszej części kontynuacja była rozczarowująca już w dniu premiery, ale jeśli oceniać ją w oderwaniu od poprzednika, broniła się całkiem nieźle. Dziś jednak z całą pewnością mogę powiedzieć, że nie lubię filmu Johna Woo. Podobnie jak przy „Spider-Manie” większy nacisk jest położony na historię miłosną niż widowisko, które, gdy się już pojawia, jest najwyższych lotów (finał jest genialnie zrealizowany). Choć Thandie Newton wygląda tu wspaniale i tworzy z Cruisem ładną parę, to niestety nie przekłada się to na ciekawą historię – przez pierwszą godzinę tak naprawdę niewiele się dzieje, a największym grzechem kina akcji jest brak akcji.

4. „Zabójcza broń 3” – uwielbiam cykl Richarda Donnera, a ostatni seans części trzeciej utwierdził mnie w przekonaniu, że ten człowiek jest geniuszem. Scenariusz tu jest tak zły, nielogiczny i pełen cudownych zbiegów okoliczności, że tylko dzięki talentowi Donnera nie mamy do czynienia z klapą. Dawniej był to dla mnie przykład doskonałej komedii sensacyjnej, w której wszystko pozostawało w idealnych proporcjach. Obecnie widzę, że tego wszystkiego jest tu za dużo (tempo szaleńcze, śmiechu co niemiara), tylko po to, aby zakryć wady scenariusza.

5. „Szybcy i martwi” – strasznie statyczny western. Za dzieciaka tego nie dostrzegłem, podobał mi się styl filmu Raimiego, główne role oraz pojedynki same w sobie. Dziś natomiast widzę, że za tym wszystkim kryje się niezbyt oryginalna fabuła i totalny bezruch – jest miasto, są pojedynki, a z każdym ubywa bohaterów. Nic więcej tu nie ma.

Krzysztof Połaski

1. „Grease” – i po co ja przypominałem sobie ten film po tylu latach? Cały czar prysnął, bo to po prostu banalna fabuła z mnóstwem bezpłciowych, niepotrzebnych i nijakich scen. I pomyśleć, że cała kultowość „Grease” została zbudowana tylko na trzech świetnych scenach, w których wykonywane są kompozycje „Summer Nights”, „Greased Lightning” oraz „You’re the One That I Want”. Ja rozumiem, że piękna Olivia Newton-John, że przystojny John Travolta, ale ja już tego nie kupuję. Chociaż być może tak mówię, ponieważ zawsze wolałem „Gorączkę sobotniej nocy”.

2. „Sala samobójców” – pamiętam swoje emocje po wyjściu z kina, gdy pierwszy raz zobaczyłem debiutanckie dzieło Jana Komasy. Byłem pod ogromnym wrażeniem, te zdjęcia, ci aktorzy, pierwszy taki polski film od wielu lat, och, ach! Jednak trochę czasu minęło, przyszły kolejne projekcje tego obrazu i nagle zacząłem dostrzegać pewne mankamenty. Ale spokojnie, nie są one tak duże, abym przestał uważać ten film za jeden z najciekawszych w ostatnich latach na polskim „podwórku”. Jan Komasa pokazał, że potrafi namieszać w rodzimej kinematografii.

3. „Zack i Miri kręcą porno” – uwielbiam Kevina Smitha, jego specyficzne spojrzenie na świat i jeszcze bardziej specyficzne poczucie humoru. Filmy należące do „Kronik New Jersey” mógłbym oglądać niezliczoną ilość razy (oprócz „Dogmy”, do której wciąż nie mogę się przekonać), a do tego podobała mi się nawet ckliwa i banalna „Dziewczyna z Jersey”. „Zack i Miri” również mają swój urok, lecz niestety zanika on po pierwszym seansie, to zwyczajnie jednorazowy film. Niby śmiesznie, niby fajnie, jednak nie jest to już ten Kevin Smith co kiedyś, gdzieś stracił swój „pazur”. Myślę, że nie bez powodu zakończyłem przygodę z filmografią Kevina Smitha właśnie po tym obrazie.

4. „Taxi” – jakoś nigdy nie byłem wielkim miłośnikiem tego filmu, lecz gdybym powiedział, że mi się na początku nie podobał, to bym skłamał. Fabuła nie jest zbytnio wymagająca, ot typowy buddy movie, tyle że po francusku. Po latach i kolejnych częściach „Taxi” przyszła refleksja, że ten cykl nie ma kompletnie nic do zaoferowania. W dodatku wątki ze wszystkich części mi się pomieszały, a jedyne, co pamiętam, to biały Peugeot 406, który prawie transformuje się w Megazorda oraz wiecznie niezaspokojona seksualnie Marion Cotillard. Wybaczcie, jednak pojadę autobusem.

5. „Wieczny student” – zawsze lubiłem amerykańskie komedie, w których areną działania bohaterów są szkoły średnie albo studia, i „Van Wilder” doskonale się w ten schemat wpisywał. Jednak młodzieńcze lata minęły, zamiłowanie do lekkich komedii ze studentami z bractw w tle co prawda pozostało, z tą różnicą, że „Wiecznego studenta” już dawno wykreśliłem z listy filmów, które chętnie obejrzę. To po prostu słaby obraz, a nieudolne aktorstwo duetu Ryan Reynolds & Tara Reid powinno być przestrogą dla wszystkich reżyserów obsady. Za jedyny plus można uznać postać wykreowaną przez Kala Penna i być może dlatego wolę sequel, który oczywiście również jest złym filmem, lecz łączy ze sobą urok Penna, ładną buzię Lauren Cohan i specyficzny klimat Wielkiej Brytanii.

Rafał Oświeciński

1. Lista Schindlera – umieszczając na pierwszym miejscu znakomity film nie chcę przez to powiedzieć, że wbrew zdrowemu rozsądkowi już go nie lubię. Otóż cenię bardzo, ale już nie tak, jak w dniu premiery, kiedy w wieku lat 13 zobaczyłem coś, co wstrząsnęło dogłębnie. Bo z czasem, głównie po lekturach wspomnień Borowskiego, Nałkowskiej, Krall, Kertesza, a także po obejrzeniu “Pianisty” Romana Polańskiego, film Spielberga okazuje się być bardzo hollywoodzki: igra z łatwymi emocjami, chwyta za serce zbyt śmiało, żeruje na sentymentalizmie, bawi się kliszami, melodramatyzmem. Oczywiście, jest przy tym oryginalny – forma jest piękna –  lecz nie uderza tak mocno, jak literatura Holocaustu czy beznamiętnie opowiedziana historia antybohatera-Szpilmana.

2. Ogniem i mieczem – po raz pierwszy chyba tak świadome obcowanie ze spektakularnym i efektownym kinem made in Poland. Nowoczesny montaż, feeria efektów specjalnych, dynamiczna narracja, ajjj… Kolejne seanse boleśnie zweryfikowały pierwsze wrażenia – strasznie to wszystko toporne, do bólu efekciarskie, ale i dość tanie w wykonaniu. I ta taniość prosto z B-klasowego dziełka wyziera z wielu kadrów, nie da się jej ukryć za piękną maską.

3. Harry Potter i kamień filozoficzny – widać wyraźnie, że to dopiero testowanie nowej franczyzy. Owszem, intrygujące, mające osobliwe właściwości i wielki potencjał – w momencie premiery trudno było narzekać, bo to, co było, nie było złe. Dalekie od doskonałości, ale najzupełniej strawne. Jakość jedynki (i poniekąd dwójki) brutalnie zweryfikowały kolejne części – zdecydowanie bardziej spektakularne, spójne, ciekawsze i lepiej zagrane.

4. 300 – to w dalszym ciągu mokry sen każdego faceta naładowanego po brzegi testosteronem, lecz z czasem, czyli kolejnymi seansami, kiedy emocje chowają się za rozsądkiem, widać niezwykłą miałkość tej historii i niesamowite, przegięte efekciarstwo. To w dalszym ciągu bardzo dobre kino, jedyne w swoim rodzaju, ale podnieta już nie ta.

5. Drzewo życia – pierwszy seans to niewątpliwy zachwyt zarówno formą, jak i treścią. Drugi seans to powtórny opad szczęki pod wpływem zdjęć Lubezkiego, ale treść już mnie zmęczyła. Pretensjonalne i nachalne – choć mówione często szeptem, za pomocą niewielu słów, to jakby wykrzyczane. Boję się – przyznaję z bólem – że wpływ na odbiór mógł mieć kiczowaty “To the wonder”, którym Malick doprowadził do ekstremum filozoficzną kontemplację. Pojawia się więc obawa, czy nie przegiął już przy “Drzewie życia” – tego typu natrętna myśl wciąż mi towarzyszyła podczas kolejnego seansu. Wiem, niesprawiedliwe, ale cóż poradzić…

 







  • Zakrza

    Najbliższa jest mi wersja Pana Szymona Pajdaka. Najbardziej obniżyłem ocenę Mrocznemu Rycerzowi Powstaje, a dalej trudno mi wskazać tego typu filmy, łatwiej byłoby w drugą stronę. Na pewno Batmany Schumahera u mnie znacząco straciły, bo oglądałem jego jako dziecko i byłem zachwycony. Podobnie te Burtona, gdy już się widziało inne jego filmy robione na jedno kopyto, a dwa pierwsze Nolana przebiły je kilkukrotnie. Jako dziecko podobały mi się fragmenty „Powrotu do przyszłości”, bo całego nigdy nie widziałem, a teraz uważam to za film mocno taki sobie. Wiadomo też, że jak się ogląda filmy z jakimiś twistami fabularnymi typu właśnie Fight Club, Imperium kontratakuje czy Straszny film to już nie ma takiego zaskoczenia.

  • Piotr Kocięcki

    1. Blade – Na początku lat 2000 to był mój ulubiony film. Dziś ledwo mogę go zdzierżyć do końca.
    2. Pasja – Wychodząc z kina byłem dogłębnie wzruszony. Chyba pierwszy raz w życiu film wywarł na mnie takie emocje. Parę lat później obejrzałem film Gibsona ponownie i zobaczyłem film kiepski, przesączony przemocą i okropnym, nieznośnym patosem. Tylko język, w jakim ten film został nakręcony nadal robi wrażenie.
    3. Mroczny Rycerz – Casus Blade’a. Za pierwszym razem świetny komiksowy film, chyba najlepszy ever. Za drugim… komiksowy blockbuster, który zostanie zapamiętany dzięki roli Jokera.
    4. Spider-Man (reż. Sam Raimi) – Za pierwszym razem film mi się nie podobał. Po drugim seansie wpisałem go na listę najgorszych filmów, jakie w życiu widziałem.
    5. A.I. – Po pierwszym seansie byłem pod wrażeniem świata wykreowanego przez Spielberga do tego stopnia, że nawet przełknąłem zakończenie. Potem ocena stopniowo malała, aż filmidło to stało mi się całkiem obojętne…

  • Kaczor

    Hej, czemu ten ranking firmuje kadr z Imperium Kontratakuje? Przecież można go oglądać w kółko :P

    • Dareth

      Bo Luke krzyczy No! I pewnie taka sama była reakcja ludzi jak po raz kolejny oglądali te filmy i okazały się być gorsze, niż za pierwszym razem.

      • Artur Gralla

        luk krzyczy co sie kurde stalo z film.org.pl czy oni przeszli na ciemna strone mocy.

  • Szamian

    Jako dziecko uważałem „Robin Hood: Faceci w rajtuzach” oraz „Kosmiczne jaja” za najśmieszniejsze komedie pod słońcem. niedawny seans uświadomił mi jak niskich lotów humor prezentują…czar prysł

  • mornaug

    Niech mi ktoś jasno i klarownie wytłumaczy co jest takiego fajnego w „drzewie życia”? Tak pretensjonalnego kina z świecą szukać. Dla mnie Malick = Cohelo.

  • Kazik

    Po prostu uwielbiam takie czysto amatorskie teksty w rodzaju „Wiem, ale nie powiem, a co!”. Zatem panie, profesjonalny znawco oświeć mnie i innych i objaśnij, jakie to niezręczne chwyty fabularne „Ojca Chrzestnego” miałeś na myśli, a jeżeli nie wiesz, to błagam Cię, zamilcz i nie pisz niczego więcej. Amen.

    • Maciej Niedżwiedzki

      W Ojcu Chrzestnym za niezręczne uważam kilka scen, które w sposób dosyć infantylny traktują widza. Po pierwsze scena gdy Vito wysyła Lucę Braziego (i go dokładnie instruuje) by szpiegował Tattaglie na rzecz rodziny Corleone. W tym momencie chwytam się za głowę. „Serio?! musicie mi tak wszystko kroczek po kroczku tłumaczyć?!”. Uważam to za dość niefajne traktowania widza. Zabójstwo McCluskeya i Solozza nie broni się w moim odczuciu nawet w wyidealizowanym świecie Ojca Chrzestnego. Dalej jest dla mnie zagadką jak takie dwie szychy obyte z funkcjonowaniem świata gangsterskiego zaakceptowały takie warunki spotkania. Też za mało zróżnicowane uznaję budowanie wewnętrznych konfliktów i tym samym popychania fabuły do przodu przez zdradę.Robią to po kolei: kierowca Vita, ochroniarz Micheala. Carlo, Tessio. W Ojcu Chrzestnym jest sporo świetnych fragmentów i rzeczy (mogę Ci je też wymienić jak chcesz), ale moim zdaniem kilka razy fabuła tego filmu jest niezbyt udanie poprowadzona. Wiem, że na jaki ranking by nie spojrzeć Ojciec Chrzestny jest na pierwszym miejscu (nawet w naszym!), ale to nie odbiera prawa spojrzenia na film Coppoli trochę bardziej krytycznie. I dlatego też znalazł się na mojej liście. Wymienione aspekty sprawiły, że moja ocena Godfathera spadła. Przestałem uważać go za bezbłędne arcydzieło i wylądował w mojej Szybkiej Piątce :)

      • Kazik

        Wybacz, ale w ten sposób możemy zakwestionować nawet skończone arcydzieło.

        Vito instruuje Lucę nie podług przedstawianej łopatologii, ile z powodu, że tak powiem opóźnienia Luci w rozwoju i tylko dlatego.

        Zabójstwo McCluskey’a i Solozzo. A dlaczego nie? Pamiętaj, że ci dwaj uważali Michaela za niegroźnego gnojka. Gdyby na spotkanie z nimi wyznaczono Sonny’ego na pewno byli o wiele bardziej ostrożni, a tak przeszukali go dokładnie i co? Mogli sobie spokojnie zjeść obiad.

        Popychanie akcji do przodu poprzez zdradę też nie jest żadną wadą, bo takie były realia. Jeżeli ginęli członkowie mafii z rąk innych niż stróży prawa i porządku to najczęściej była to właśnie zdrada własnych szeregów.

        Wiesz, tak jak piszę.
        Tak naprawdę można przyczepić się do absolutnie każdego filmu choćby z powodu innego widzi mi się na szereg przedstawionych w danym filmie spraw. Każdy z nas jest inny, ma inne życiowe doświadczenie i różne postrzega rzeczywistość.

        Znam ten film na pamięć i jeżeli już, to sporą nierealnością wg mnie, jest fakt, że Carlo wiedząc doskonale, że brat jego żony jest twardym gangsterem, tłucze ją jak jak mokre zboże. Jakim trzeba być debilem, żeby zachowywać się w ten sposób? Też niezbyt podoba mi się cześć sycylijska związana z ucieczką Michaela – jakaś taka bezpłodna.

        No ale cała reszta jest tak zajebista, łącznie z Marlonem B. że po prostu o tych gorszych momentach się zwyczajnie nie pamięta. Rozumiem sytuację gdzie w ogóle skreślasz cały film pisząc że kiedy obejrzałeś go po raz kolejny, uznałeś, że jest po prostu zły i koniec.

        Ja tak mam np z „Lecą Żurawie”. Uważam, że mógł powstać z tego naprawdę cudowny film a został kompletnie zjebany ma rzecz sowieckiej propagandy. No ale Ty wciąż uważasz Ojca Chrzestnego za naprawdę dobry film, stąd też uważam, że trochę bezsensownie jest go umieszczać w w/w rankingu.

  • Tomasz Kocot

    Incepcja – najpierw mind-fuck, potem wychodzą bzdety ze scenariusza.

    • lolek

      Marion Cottilard też tam zachwyca tylko za pierwszym. :D

      • Tomasz Kocot

        mnie MC nie zachwyca w ogóle…

  • wojo

    Gdy anakonda była w kinie nie było gimnazjów chłopcze

  • Adam

    Django(Tarantino)-gdy pierwszy raz obejrzałem ten film przypadł mi do gustu miał humor, miał dobrą historię, miał co jest oczywiste dobre dialogi i świetne aktorstwo, nawet nie przeszkadzały mi(tak bardzo) jasne kolory którymi można by było pokolorować troskliwe misie, no ale gdy postanowiłem drugi raz obejrzeć ten film muszę napisać, że potwornie się wynudziłem praktycznie wszystko co mi przypadło do gustu przy pierwszym seansie przy drugim po prostu ziewałem, jedyne co mi się podobało to Django w błękitnej karnacji mszczący się na braciach Brittle(nie pamiętam jak się nazywali) i strzelanina w Candylandzie
    Terminator- nie wiem co napisać po prostu gdy pierwszy raz oglądałem Mechanicznego Mordercę byłem zachwycony, bogdy go oglądałem chciałem zobaczyć tylko Arnolda Schwarzeneggera bo zrobiłem sobie miesiąc z filmami tego aktora a gdy powtórzyłem seans jakiś rok później praktycznie usnąłem powstrzymało mnie tylko to, że na fotelach śpi się niewygodnie

    Avatar- Przy pierwszym seansie byłem zachwycony efektami specjalnymi i tylko tyle po prostu wielkość efektów była tak gigantyczna, że nie zauważyłem podobieństw do Tańczącego z Wilkami a potem gdy na Disney Chanel puścili Pocachontas również do Disneyowskiego filmu, to już wtedy mnie zniszczyło film o którym słyszałem od niektórych znajomych, że jest to film wielce orginalny ściągnął z filmu Disneya i to z takiego którego nie lubiłem nawet jako dziecko

    i to jest koniec






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

#72 Sobowtór

Następny tekst

Najlepsze najgorsze wakacje



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE