Ranking

Szybka piątka #17 – Filmy, które bardzo zyskały po kolejnych seansach

Autor: REDAKCJA
opublikowano

Wiele razy trafialiśmy na seans, który okazał się być rozczarowaniem. Istnieje też wiele filmów, których nie mogliśmy zrozumieć, odpowiednio docenić w swoim czasie. W pewnym momencie, pod zobaczeniu jakiegoś filmu po raz drugi (i kolejne) trzeźwiejemy i zaczynamy dostrzegać to, co umknęło za pierwszym razem – złe wrażenie się ulatnia, a w jego miejsce pojawia się fascynacja, docenienie.

W poniższej „Szybkiej piątce” przyglądamy się takim dziełom, które bardzo zyskały z kolejnymi seansami. Swoje typy wpisujcie w komentarzach.

Miłosz Drewniak

1. „Całkowite zaćmienie” – po pierwszym seansie film wydał mi się po prostu dobry. Aktorstwo z wyższej półki, świetne kostiumy i scenografia, no i przepiękna muzyka Kaczmarka. Jednak żeby w pełni zrozumieć ten film, trzeba zrozumieć Rimbauda i jego poezję, co wcale nie jest takie łatwe. Dopiero po sięgnięciu po egzemplarz „Sezonu w piekle”, a potem „Iluminacji”, zżyłem się z dziełem Agnieszki Holland. Teraz to jeden z moich ulubionych filmów.

2. „Osiem i pół” – powiem szczerze, po pierwszym seansie kompletnie nie zrozumiałem fenomenu tego filmu. Dopiero po kolejnych podejściach zdałem sobie sprawę, że „Osiem i pół” należy smakować scena po scenie. Trzeba zanurzyć się w psychice głównego bohatera – utożsamić się z nim i spróbować zrozumieć. Żeby oglądać ten film „na spokojnie”, trzeba obejrzeć go ze dwa razy w wielkim skupieniu i poddać uważnej analizie najdrobniejsze jego szczegóły.

3. „Pies andaluzyjski” – wiadomo, film diabelnie enigmatyczny. Jednak po kilku seansach hipnotyzujący i magiczny. Myślę, że jest zarówno trudny, jak i ciekawy z jednego powodu – ze względu na swój potencjał interpretacyjny. Często nawet sam autor nie rozumie swojego własnego dzieła spod znaku surrealizmu. Jakaż to zatem przygoda dla odbiorcy! Zmierzyć się z niezgłębionymi meandrami umysłu surrealisty! Jednak taka ekspedycja w nieznane pociąga za sobą konieczność wielu powtórek. Tak jest z „Psem andaluzyjskim”.

4. „Ostatni dzień lata” – po drugim seansie nie mogłem zrozumieć, jak to się stało, że nie zakochałem się w tym filmie od pierwszego wejrzenia. Niezwykle wciągająca rozmowa dwojga młodych ludzi na plaży. Niezwykłe portrety psychologiczne. Dlaczego była to miłość spóźniona? Nie wiem. Może za pierwszym razem po prostu nie dorosłem.

5. „Salto” – znów Konwicki i znów dzieło wybitne. Znakomite kreacje Zbigniewa Cybulskiego i Gustawa Holoubka. Film jest pełen niedopowiedzeń i tajemniczych scen. Myślę, że za pierwszym seansem po prostu wiele rzeczy umyka naszej uwadze. „Salto” trzeba oglądać uważnie i osadzić w odpowiednim kontekście historycznym.

Maciej Niedźwiedzki

1. „The Social Network” – przed seansem byłem dość sceptyczny. Uważałem, że powstanie FB jest tematem zbyt aktualnym, by już tworzyć o tym fabułę; że brakuje koniecznego dystansu dla wnikliwej analizy. Po pierwszym seansie uważałem, że moje przewidywania się sprawdziły. Zdradę i wyrolowanie jednego z założycieli uznałem za dość już ograny, znany schemat. Raziło mnie też lokowanie loga Facebooka. W jak wielkim błędzie byłem! Od tamtego czasu po każdym kolejnym seansie dostrzegam niesamowitą reżyserską maestrię i niezwykły scenariusz, który jest wnikliwą analizą oraz obserwacją pokolenia WEB 2.0. „The Social Network” jest, moim zdaniem, najdojrzalszym filmem Finchera. Nie jest efektowną, momentami efekciarską formalną zabawą w stylu „Siedem” bądź „Podziemnego kręgu”. TSN jest również pozbawiony jakiegokolwiek dydaktyzmu, zbędnego kadru czy słowa. Jak mało który inny film uświadamia kluczową rolę montażu dla konstrukcji opowiadania. Agresywna, zadziorna muzyka (całkowicie też przeze mnie zlekceważona podczas pierwszego seansu) autorstwa Trenta Reznora i Atticusa Rossa również sprawia, że jest to dzieło kompletne i unikatowe.

2. „Przyczajony tygrys, ukryty smok” – za pierwszym razem wyłączyłem po 30 minutach filmu. Przyzwyczajony do kina samurajskiego w stylu „Harakiri” czy „Straży przybocznej”, skakanie po drzewach uznałem za absurdalne i wręcz nie na miejscu. Późniejsze bardzo udane filmy Anga Lee, jak kapitalna „Tajemnica Brokeback Mountain” czy ciekawe „Życie Pi” zmusiły mnie do powrócenia do Tygrysa i Smoka. I tym razem ten film mnie urzekł. Jest piękną baśnią prezentującą mityczny świat. Rozmach inscenizacyjny i intensywność scen kameralnych sprawiają, że jest to obraz, który odrzuciłem niesłusznie.

3. „Fargo” – w latach 90. kino zaatakował postmodernizm. Zaczęto inaczej kręcić filmy. Tarantino zrobił swoje „Pulp Fiction”, Luhrmann „Romeo i Julię”, a bracia Coen „Fargo”. Obecnie właśnie ten ostatni uznaję za dzieło najlepsze z całej trójki. Jednak na początku ten film do mnie nie przemówił, był niezrozumiały. Uznałem go za nieudaną, pokraczną parodię kryminału. Teraz, gdy wracam do niego regularnie, wiem już, w czym tkwi jego wyjątkowość i przewaga nad dziełami Tarantino i Luhrmanna. Nie ma rodowodu kulturalnego w przeciwieństwo do PF i R&J. Ethana i Joela Coenów bardziej interesują relacje między ludźmi, język, jakim się posługują i schematyczność pewnych gestów i czynności niż intertekstualna, kulturowa gra.

4. „Chicago” – nie lubię musicali. Dalej nie potrafię znaleźć uzasadnienia, czemu ci ludzie przerywają swoje czynności, by pośpiewać i potańczyć. Razi mnie to sztucznością i nachalnością. I tak też od razy zaszufladkowałem film Marshalla. Niesłusznie. Po drugim seansie, który nastąpił jakieś 8 lat po pierwszym, polubiłem bardzo ten film, który jest praktycznie 2-godzinnym koncertem. Kilka piosenek ciągle przewija się na mojej playliście. Przemyślane, uzupełniające fabułę choreografie, humor na niezwykle wysokim poziomie i jeszcze Zeta-Jones. Jak mogłem przejść obok „Chicago” obojętnie?!

5. „Trzy Pogrzeby Melquiadesa Estrady” – też należy do grupy filmów wyłączonych po 30 minutach. Powolne, wręcz ślimacze tempo i nuda zmusiły mnie, by zamknąć okno z wyświetlanym filmem. Za drugim razem film Lee Jonesa jednak mnie pochłonął i zrehabilitował się z nawiązką. Nie oferuje wielu zwrotów akcji ani innych sensacyjnych atrakcji. Jest to film, który trzeba przebyć, przeboleć. Przejść razem z nieszczęsnym Mike’em Nortonem. Zapach i temperatura pogranicza Teksasu i Meksyku są wręcz fizycznie odczuwalne. Ekran nagrzewa się do temperatury ziemi, po której stąpają bohaterowie. Podczas oglądania wielu filmów spoglądam na zegarek sprawdzając, ile jeszcze czasu do końca. Przy „Melquiadesie Estradzie…” było odwrotnie. Chciałem zobaczyć, jak wskazówka się cofa. Teraz żałuję, że film nie nazywa się Szesnaście pogrzebów Melquiadesa Estrady i nie trwa pięć godzin więcej.

Maciej Poleszak

1. „W pogoni za Amy” – kiedy po raz pierwszy oglądałem ten film, pomyślałem sobie: ale lipa. Nie dość, że nie jest tak zabawnie i z polotem jak w innych filmach Smitha, to na dodatek Jay i Cichy Bob pojawiają się tylko w jednej scenie. Całe szczęście parę lat później nadeszła refleksja i chęć powtórki. No i okazało się, że „W pogoni za Amy” to najprawdopodobniej najdojrzalszy film tego reżysera. To intrygujące, jak kilka lat potrafi zmienić perspektywę.

2. „Death Proof” – kiedyś wydawał mi się nudny i zbyt długi. Potem obejrzałem „Konwój” i jeszcze parę filmów z samochodami na pierwszym planie. Wtedy powróciłem do przygód Kaskadera Mike’a i stwierdziłem, że chyba byłem w błędzie. Scena, w której Kurt Russel spogląda bezpośrednio w kamerę, ociera się o geniusz. On wie, co się za chwilę stanie. Wie również, że widz też się tego domyśla. I tylko te kilka dziewczyn w drugim samochodzie nie ma jeszcze świadomości tego, co na nie czeka. Rewelacja.

3. „Szklana pułapka” – zawsze lubiłem „Szklaną pułapkę”, ale najbardziej podobała mi się trzecia część. Jednak z każdym kolejnym seansem „jedynka” zyskiwała i zyskiwała coraz bardziej, aż w końcu zajęła w moim osobistym rankingu pozycję akcyjniaka ostatecznego. Ten film powinien być pokazywany w szkołach filmowych jako przykład scenariusza idealnego. Sposób stopniowania napięcia poprzez łamanie kolejnych zabezpieczeń, niegłupia intryga, fakt, że nie ma tu żadnych niepotrzebnych scen i wszystko do czegoś prowadzi… majstersztyk.

4. „Kill Bill 2” – znowu Tarantino. I znowu oczekiwania rozminęły się trochę z tym, co zobaczyłem na ekranie. Do pełni szczęścia wystarczyło pogodzić się z myślą, że już na etapie założeń miał to być film w zupełnie innym stylu niż część pierwsza. Bez radosnej młócki, niepoważnej ilości krwi na ekranie, efektownych amputacji i ogólnie pojętej szalonej japońszczyzny. Zemsta nie musi być głośna i efektowna.

5. „Bez twarzy” – kiedyś myślałem sobie: ot, głupkowaty akcyjniak z zabawnie szarżującym Cage’em. Później było trochę przerwy, a przy kolejnym seansie doszedłem do wniosku, że oprócz samego motywu przeszczepu twarzy cała reszta jest całkiem niegłupia. Postacie mają ciekawą motywację, są interesujące, a wynikający z głupkowatego punktu wyjścia konflikt zaskakująco rajcujący. A scena celowania z pistoletu do lustra – wyśmienita.

Karolina Chymkowska

1. „Władca Pierścieni” – nadal mogłabym bez namysłu wyliczyć całą listę irytujących mnie wad. Ale z każdym kolejnym seansem powoli przestawały się liczyć, ustępując przed tym, co w fajerwerkach wizualnych Jacksona dobre. Z niemałym trudem, ale nauczyłam się patrzeć na film i książkę jako na dwie odrębne całości i tym samym czerpać z oglądania „Władcy…” niekłamaną przyjemność.

2. „Kasyno” – to już było, pomyślałam po pierwszym seansie. Nazywało się „Chłopcy z ferajny” i stało kilka poziomów wyżej. I zabierzcie mi sprzed oczu tę rozwrzeszczaną Sharon Stone! Jednak z czasem doceniłam mroczny portret skorumpowanego Las Vegas, odnalazłam w nim świeżość wybijającą się ponad formułę zapoczątkowaną w „Chłopcach z ferajny”, inaczej rozłożone punkty ciężkości, inną perspektywę. Zaakceptowałam nawet Sharon – ostatecznie chodzi właśnie o to, by była tak upiornie irytująca.

3. „Aż poleje się krew” – przekonanie, że mam do czynienia z czymś dobrym, po pierwszym kontakcie z filmem Andersona było u mnie kwestią bardziej przeczucia niż czegokolwiek innego. Uzasadnić bym nie zdołała. Trudno też byłoby znaleźć dla niego określenia inne niż „cóż… dziwny”. Czy oczekiwałam czegoś innego? Być może. Czy byłam zawiedziona, że tego nie dostałam? W pierwszym odruchu tak. Dzisiaj jednak cieszę się, że dostałam coś zupełnie innego. Coś absolutnie samoistnego i jedynego w swoim rodzaju. Tę „dziwność”, która narzuca się myślom i nie pozwala o sobie zapomnieć.

4. „Titanic” – po raz pierwszy obejrzany na wyjątkowo nieudanej randce, ani mnie nie wzruszył, ani nie poruszył, a na dodatek trwał zdecydowanie za długo. Byłam gotowa powtarzać, że to ckliwa, przesłodzona i płaska jak naleśnik historia miłosna w rozbuchanej oprawie wizualnej. Kolejny seans w komfortowej samotności sprawił jednak, że zmieniłam zdanie. Polubiłam bohaterów, dałam się porwać, zaczęłam czekać na poszczególne sceny, doceniać drobiazgi, a nie tylko ogólny imponujący rozmach.

5. „Osada” – przy pierwszym podejściu kwestia osławionego twistu, zakończenia i całej otoczki w postaci dyskusji, która się wokół filmu Shyamalana toczyła, przesłoniła mi wszystko, oczywiście negatywnie. W „Osadzie” jest jednak przecież więcej – fantastyczna muzyka, cudowna scena z ręką w ciemnościach, świetne operowanie kolorami, urocza delikatność Bryce Dallas Howard, Adrien Brody zawieszony na granicy między psychozą a dziecięcą niewinnością. Ten film ma klimat wykraczający poza meandry scenariusza. Finał nie jest aż taki istotny.

Rafał Oświeciński

1. “Teksańska masakra piłą mechaniczną” – jeszcze parę lat temu synonim bezsensownej ekranowej przemocy. Dziewczyna ucieka, drze się wniebogłosy, goni ją koleś z piłą mechaniczną. Ot, brutalność i gwałt, który jest fetyszyzowany, a jakoś nie mogłem przełknąć takiego filmowego zakalca, który tak serio i bez ogródek pokazuje kawał zabójczej rzeczywistości. Nietrudno mi wskazać moment, w którym film Hoopera zacząłem bardzo doceniać – był to okres premier tych wszystkich torture porn z sequelami “Pił”, “Hostelami” i innymi horrorowymi pustakami, które bazowały na szokowaniu przede wszystkim. Hooper, wbrew pozorom, postawił na coś zupełnie innego, wszak krwi w jego filmie niewiele – postawił na pokazanie prymitywnego, bezmyślnego zła wypełzającego z brudnego, śmierdzącego świata. I to wszystko na poziomie dużego realizmu skąpanego w jakiegoś typu… surrealizmie. Dzieło niesamowite, jedyne w swoim rodzaju – odpychające i fascynujące.

2. „Matrix 2 & 3” – oczywiście trudno zapomnieć o wątku mesjanistycznym w “Rewolucjach”, niemniej sequele Matrixa to spektakularne i wyjątkowe kino akcji. I przy okazji bardzo ambitne, złożone z przeróżnych kontekstów. W swoim czasie obie części były przede wszystkim rozczarowaniem po kultowej “jedynce”, jednak z czasem wydaje mi się, że “Reaktywacja” i “Rewolucje” nabierają dużych rumieńców. Pokłony przed pomysłowością Wachowskich.

3. „Przyczajony tygrys, ukryty smok” – pierwsze zetknięcie z wuxia było bolesne. Walka w drzewach? Skakanie wielkimi susami po dachach? Ekwilibrystyka walk godna “Dragon Balla”? Zderzenie było brutalne, a pierwszy odbiór za bardzo skupiony na tym, co niezrozumiałe, absurdalne. Otrzeźwienie przyszło wraz z prostą konstatacją: to walka nie tyle fizyczna, ile walka dusz, sumień, charakterów – film Lee to dosłowna ekranizacja tychże. Piękna, wyjątkowa sprawa, tym bardziej wartościowa, że sama historia jest cicha, intymna, skupiona na szczerych emocjach.

4. “Rambo: pierwsza krew” – na kasecie TDK, ultranowoczesnej 360 minut, miałem nagrane 3 części przygód Johna Rambo. Jedynka zawsze była przeze mnie traktowana jako ten film, który zawadza w dostaniu się do genialnej “dwójki” i nie mniej wspaniałej “trójki” – inny klimat, mniejsza sieczka i jeszcze cierpiętnicze monologi na koniec. Dopiero po latach zacząłem “Pierwszą krew” doceniać nie tylko w ramach historii o Rambo, ale i pod względem czysto dramaturgicznym z bardzo wyraźnym tłem psychologicznym (postwojenna trauma). To dojrzałe, niegłupie kino znaczące więcej, niż się zwykle wydawało.

5. “Miami Vice” – od Michaela Manna. Człowiek, który zrobił “Gorączkę”, najlepszy film sensacyjny w historii kina, bierze się za “Miami Vice”? To nie mogło nie intrygować, dlatego rozczarowanie było gigantyczne – irytujące cyfrowe zdjęcia, mizerna i niespójna akcja, przesadny lans i zerowa chemia między bohaterami. Wiecie co? Kolejny seans odwrócił wszystko do góry nogami – po pierwsze, zdjęcia są przepiękne i trzeba być wyjątkowo ślepym, żeby nie zauważyć znakomitej kompozycji kadrów. Po drugie bohaterami są 100-procentowi faceci – twardzi, nieustępliwi, pewni siebie i najważniejsze: nie mielący bez potrzeby jęzorem. To widok pewnych archetypów męskości w lekko mizoginistycznym sosie – cudownie konserwatywnie, niemodnie i pod prąd. Wszystko zaczęło się ze sobą odpowiednio kleić, a wcześniej wyczuwalny chaos okazał się być niesamowitą konsekwencją Manna w kreowaniu bohaterów, ich światopoglądu, potrzeb i słabości.

Ostatnio dodane