Ranking

Szybka piątka #15 – Koniec wieńczy dzieło czyli filmy ze spapranym finałem

Autor: REDAKCJA
opublikowano

Ile razy oglądaliśmy w skupieniu, napięciu i fascynacji film, który raptem, ni z tego ni owego, skręca nie tam, gdzie moglibyśmy się spodziewać i oczekiwać, a tam, gdzie rządzą ograne tysiące razy klisze, znane schematy i to, co z grubsza wywołuje na twarzy grymas niedowierzania? Miało być idealnie – wyszło kiepsko, nie tak, jak miało być. Spaprany finał może zniszczyć skrupulatnie budowany klimat, a widza pozostawić w stanie dużego rozczarowania.

Poniższe zestawienie zawiera – co oczywiste – spojlery. 

 

Piotr Han

1. „Autor Widmo”.  Nie zrozumcie mnie źle – samo w sobie zakończenie tego filmu było bardzo dobre i pomysłowe, zaś ostatni kadr zahacza o geniusz. Nie podoba mi się jednak swoista łopatologiczność epilogu. W momencie, gdy prawdopodobnie każdy widz już doskonale wiedział, o co chodzi, to rozwiązanie zostało mu raz jeszcze wyłuszczone i to Wielkimi Literami. Nieładnie. Zawsze, gdy wracam myślami do tego doskonałego filmu, to jest mi smutno, że Roman Polański aż tak zwątpił w moją inteligencję i domyślność.

2. „Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki”. Lubię ten film, naprawdę lubię. W przeciwieństwie do reszty wszechświata, nie uważam, żeby znacząco odstawał na tle serii (może dlatego, że nigdy nie byłem jej psychofanem). Jednak epilog tej części był zły i zagmatwany. Do dziś dzień nie jestem pewien, co się tam właściwie wydarzyło. Chciałbym to zrozumieć, ale po prostu nie potrafię. Może przy drugim podejściu mi się uda.

3. „Zapach kobiety”. Końcowe przemówienie Ala Pacino jest jedną z najbardziej patetycznych i denerwujących mów w dziejach cywilizacji. Nie umiem o niej myśleć bez nienawiści. Nawet w wieku 12 lat, gdy zasadniczo lubiłem tego typu motywy, czułem zażenowanie podczas oglądania tej sceny.

4. „Łowca androidów”. Sposób, w jaki producenci zakończyli wersję kinową tego genialnego filmu woła o pomstę do nieba. Jak można było tak okaleczyć tę wspaniałą historię? Na szczęście istnieje wersja reżyserska, dzięki niej świat jest odrobinę lepszym miejscem.

5. „Lot„. Przez cały seans miałem nadzieję, że ta historia nie skończy się tak, jak się spodziewam. Na serio, wierzyłem, że uda się tego uniknąć. Niestety: nie udało się.

 

Dux

1. „Matrix” – Jak to, zapytacie, przecież „Matrix” miał kapitalne zakończenie – kilka obłędnych sekwencji akcji + Neo wzbijający się w ostatniej scenie w powietrze – i pozostawił cały temat wybrańca w arcyciekawym punkcie zawieszenia. I właśnie na tej otwartej furtce do sequeli powinien zakończyć się rozdział kina pod tytułem „Matrix”. Kontynuacje, które miały wieńczyć dzieło, niepotrzebnie (tak, wiem, kasa) rozwlekły i wyczerpały temat, zdzierając z niego szaty tajemnicy i niedopowiedzeń. Owszem, w dwójce znalazł się najlepszy pościg samochodowy w historii X muzy, a w trójce wyczepiste Mechy + widowiskowa obrona Zionu, ale reszta to przekombinowanie, masło maślane, masa wepchniętych na siłę nowych postaci, Neo w stroju księdza i nuuuda w dialogach. Ideałem byłoby więc, gdyby obydwie wyżej wymienione sekwencje były już w części pierwszej. Obrona Zionu jako retrospekcja z ataku maszyn na kryjówkę ludzi, a pościg na autostradzie… scenarzyści bez problemu by go gdzieś wetknęli ;).

2. „Wodny świat” – Większość budżetu wpakowano w budowę atolu, więc nie ma się co dziwić, że zabrakło pieniędzy na wielki finał. Niby w finale wybucha tankowiec Smokerów, ale – nie oszukujmy się – ta scena torby nie urywa. Jeszcze gorszy jest finał finału, gdzie Deacon i dwóch jego ludzi decyduje się na samobójstwo przez zderzenie czołowe na skuterach (byli tak rozpędzeni, że zderzyliby się niezależnie od tego, czy byłaby tam Enola, czy nie), a Mariner, który w kilka sekund organizuje linę do bungee (przecież inna, nierozciągliwa urwałaby mu nogi), i odmierza co do centymetra odpowiednią długość, po czym skacze po Enolę, dopełnia głupoty tej sceny. No i wreszcie finał finału finału, czyli dotarcie bohaterów na Suchy ląd – to bajkowe, szczęśliwe zakończenie zupełnie nie pasuje do postapokaliptycznej atmosfery „Wodnego świata”.

3. „Blady strach” – Horror palce lizać! Ale finałowy mega twist, gdzie kobieta ścigana przez psychopatycznego mordercę, okazuje się… tym mordercą, nijak nie pasuje do wydarzeń, których byliśmy świadkami. Szkoda, że taki fajny horror zarżnięto bezsensownym i nielogicznym zwrotem akcji, na siłę, na przekór logice, byle tylko zaskoczyć widza.

4. „Mgła” – Cały film był jak najbardziej spoko, ale zakończenie zamiast mną wstrząsnąć, rozbawiło. Oto bowiem bohaterowie wyruszają samochodem przez mgłę, auto się psuje, a oni natychmiast postanawiają popełnić samobójstwo, zamiast poczekać na ewentualny ratunek (lub opadnięcie mgły), do momentu wycieńczenia z głodu lub całkowitej utraty szans na ratunek. Skoro i tak chcieli się zabić, mogli chociaż w ostatnim akcie desperacji wysiąść z auta i pobiec przed siebie – a nuż się uda. Ale nie, trzeba sobie od razu palnąć w łeb, choć ocalenie w postaci wojska było o kilka metrów dalej. Zamiast wstrząsającego tragizmu, wyszło komicznie. Aż mi się przypomniała scena z „South Parku”, kiedy bohaterowie zostali odcięci od świata przez śnieżycę i już po kilku godzinach w izolacji zaczęli rozważać zjedzenie jednego z nich żeby nie umrzeć z głodu ;).

5. „Full Metal Jacket” – Ilekroć oglądam ten film, staram się przekonać do jego „części wietnamskiej”. I za każdym razem utwierdzam się w przekonaniu, że cała aktorska i reżyserka para poszła w „część szkoleniową”. Zawsze, gdy po kulminacyjnej scenie w kiblu przenosimy się do Wietnamu i dociera do mnie, że na ekranie nie pojawi się więcej rozwrzeszczany sierżant Hartman ani szeregowy Pyle, dla mnie film się kończy. Tak naprawdę nie wiem dlaczego, po prostu nie lubię drugiej połowy „Full Metal Jacket”, trochę tam wieje nudą i odrobinę śmierdzi popłuczynami po „Plutonie”.

 

Piwon

1.”Planeta małp” (2001)– Uwielbiam zakończenie oryginalnej Planety małp z 1968 roku. Scena, w której Charton Heston klęka przed ruinami Statuy Wolności i odkrywa, że przez cały czas przebywał się na swojej rodzimej planecie, jest dalece symptomatyczna i zapisała się złotymi zgłoskami w historii kina SF. W remaku z 2001 roku nie uświadczymy już takiej magii. Finał filmu Burtona został tak idiotycznie przekombinowany, że nie dość że brakuje mu sensu, to jeszcze całkowicie zmienia wydźwięk całości. Nic, tyko klasnąć w czoło. I to właśnie od spapranej końcówki tego filmu z reguły zaczyna się wyliczankę jego wad.

2.”Misja na Marsa”– Ja nawet potrafiłbym polubić ten film. Wszak, przez większość minut jego trwania ogląda się całkiem dobrze skrojone i wciągające hard SF. No ale ten finał…. Von Dankien by się uśmiał!

3.”Sherlock Holmes: Gra cieni”– To chyba oczywiste, że finałowy pojedynek Sherlocka z odwiecznym przeciwnikiem, Moriatym, winien być czymś godnym i epickim. Twórcy woleli jednak rozłożyć bohaterom szachownicę i zainicjować pojedynek „intelektualny”. Jakież to pomysłowe! Pogrążyło to jednak finał filmu w bezkresie nudy i obojętności.

4.”Pasażer 57″– Akurat ostatnio miałem okazje sobie przypomnieć ten obraz, a nie pamiętałem, jak źle poprowadzony jest jego finał. Rozchodzi się o to, że przez cały czas trwania filmu widz jest utwierdzany w przekonaniu, iż czarny charakter musi być tym wyjątkowym okazem przebiegłego drania, który z pewnością nie da się tak łatwo pojmać. Okazuje się jednak, że w czasie gdy rozkręca się finałowa akcja, czyli gdy Wesley wkrada się na powrót do samolotu, wówczas widz nie może wyjść do toalety, bo po powrocie może już zastać tylko planszę z napisami końcowymi. Końcówka tego filmu niech posłuży za przykład tych zbyt szybkich i nieprzemyślanych zakończeń filmów akcji, robionych „na odpieprz” i pozostawiających widza z uczuciem niedosytu.

5.”Matrix Rewolucje”– Trylogie Wachowskich uwielbiam, ale jej finał mógł być lepszy. Rozczarowuje głównie dlatego, ponieważ jest zbyt enigmatyczny i nieczytelny. I pomimo faktu, że ja dość dobrze odnajduje się w labiryncie matrixowej symboliki, wolałbym, aby przy kolejnej powtórce ostatniej części nie musiał tak skrupulatnie przypominać sobie co było wcześniej i jakie to miało znaczenie etc. Bo gdy choć na chwilę podczas seansu zdarzy mi się wyłączyć mózg, nie zrozumiem z niego kompletnie nic. To nie tak, że finał ten kompletnie mi się nie podoba, ale po prostu rozumiem krytykę innych, przez co zgodzę się, że rodzeństwo Wachowskich mogło przysiąść nad nim odrobinę dłużej.

 

Fidel

1. „A.I. Sztuczna inteligencja” – epilog „A.I. Sztuczna inteligencja” to apogeum taniego sentymentalizmu. Gdyby film skończył się w momencie, w którym David zamarza w rozbitym samochodzie byłoby idealnie, tak pozostaje niesmak i niedowierzanie, że Spielberg mógł zepsuć finał aż tak bardzo.

2. „Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki” – ostatnia część przygód Indiany nie była zbyt udana, ale nie jestem wśród tych, którzy uważają ją za kompletną tragedię. Tragiczne było jednak zakończenie. Spielberg powinien zachować latające spodki na inne filmy.

3. „Gwiezdne wojny: Część VI – Powrót Jedi” – Ewoki nie były aż tak straszne. W sumie nic do tańczących misiów nie mam. Zwieńczenie starej trylogii znajduje się w tym zestawieniu ze względu na kombinatorstwo Lucasa. Podmienienie Anakina? Naprawdę George?

4. „Dystrykt 9” – Blomkamp przez cały czas sili się na to, aby przekonać widza, że „Dystrykt 9” to hard sci-fi, w którym nie ma miejsca na tanie zagrywki. Finał niweczy jego działania. Zmiana w krewetkę i scena z kwiatuszkiem to totalne nieporozumienie.

5. „500 dni miłości” – film jest doskonały, ale moment, w którym główny bohater kończy znajomość z Summer i spotyka kolejną dziewczynę, która ma na imię Autumn to tanie zagranie, które zupełnie nie pasuje do pozostałej części filmu. Zupełnie niepotrzebna scena.

desjudi

1. Sunshine – klimat, jaki zbudował Danny Boyle, jest niesamowity przez jakieś ¾ filmu. Po czym następuje zwrot akcji z tandetnym bad-guyem. I całe dobre wrażenie się ulatnia. Przez tak oklepane rozwiązania pełne irytujących klisz filmy, które mogły stać sie klasykami w swoich gatunkach, okupują półki z filmami „straconych szans”.

2. „Kontakt” – świetny film o niesamowitej ambicji i wierze w coś, co niewielu wierzy. Dowód pojawiający się na koniec, w postaci rozmowy Jodie Foster z jej ojcem, to chwila kiczowato ujętych emocji i religijnych banałów, których film przez długi czas bardzo unikał.

3. „Forgetting Sarah Marshall” – jedna z najlepszych komedii romantycznych – odważna, brawurowa, czasami absurdalna, a chwilami głupkowata. Uwielbiam ten film praktycznie w całości do czasu końcówki właśnie – ckliwej, łzawej i typowo romantycznej, co zwyczajnie nie pasuje do tak przewrotnej, pełnej ironii historii.

4. Source Code – inteligentna rozrywka, która jest niszczona tanim, sentymentalnym pocałunkiem. Takie sceny zawsze, zawsze zgrzytają i stoją w opozycji do zaskakującej fabuły.

5. Znaki – jeden z najlepszych i najinteligentniejszych filmów Shyamalana zniszczony dosadnym, bezpośrednim finałem z prawdziwymi ufokami w roli głównej. Po co, się pytam, po co?

 

Arahan

1. Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki – wiadomo było o czym będzie ten film, więc końcowe sceny nie były jakimś wielkim zaskoczeniem, a jednak sposób ich przedstawienia sprawił, że na mojej twarzy zagościł grymas zażenowania. CGI szkielety, CGI kosmici i rozczarowanie towarzyszące finałowi. Chyba nigdy nie zapomnę wzroku przyjaciela podczas sceny w komnacie, wzroku wyrażającego więcej niż 1000 słów.

2. Znaki – film dobry, momentami nawet bardzo. Chyba jeden z najdojrzalszych obrazów M. Night Shyamalana, którego finał sprawia, że człowiek nie wie czy ma się śmiać, czy płakać. Już nie chodzi tutaj o sam wygląd kosmitów, istot zaawansowanych technologicznie, ale o to, że pokonuje je woda (inwazja na planetę składającą się w 80% z tego co może ich zabić) i koleś z kijem bejsbolowym. W razie czego wiemy, że nasze blokowiska są bezpieczne.

3. Cast Away – aktorski popis Toma Hanksa, współczesny Robinson Crusoe, który w finale filmu oddaje paczkę, dzięki której „przetrwał” tak długi czas na wyspie. Czy tylko mnie końcówka wydaje się totalnie mdła? A co jeżeli w paczce był telefon satelitarny?

4. Zapowiedź – kolejny film w którym obca cywilizacja zsyła na nas apokalipsę, tym razem postanawia jednak uratować dzieci i zapewnić im nowy początek. Ok, nie mam nic przeciwko, ale ostatnie sceny na jakiejś obcej planecie z dziwnym, białym drzewem na środku pola zalatują kiczem i tandetą.

5. Wojna Światów (2005) – familijna końcówka. Nie miałbym do tego filmu absolutnie żadnych zastrzeżeń, gdyby nie finał w którym syn głównego bohatera, jak gdyby nigdy nic, pojawia się w ostatnich scenach żeby być razem z rodziną. Koleś wszedł w sam środek walki w której żołnierze dostawali ostry łomot i wyszedł z tego bez szwanku? Dajcie spokój…

 

Bucho

1. „The Abyss” – surowe, realistyczne kino s-f, którego finał zostaje zaorany łopatologicznie przedstawionymi intencjami kosmitów. Mogę wybaczyć sceny na statku obcych ( mają momenty), absolutnie akceptuje design obcych (jako kontrast dla topornej techologii ludzkiej), ale ten całus na tle zachodzącego słońca i płacząca załoga powodują u mnie cukrzycę. Koszmar!

2. „Strange Days” – jeden z najlepszych  filmów science-fiction lat 90. Zimny, brutalny, odważny, obłędnie sfilmowany, z nawałnicą genialnych dialogów i niezapomnianych scen akcji. Jest tylko problem, scenariusz Jamesa Camerona, który zamiast kończyć film przewidywalnym, ale niezłym twistem, sili się na happy ending  z mokrym buziolem, fajerwerkami i fruwającym konfetti – tanie, przesłodzone, niepotrzebne.

3. „Lord Of The Rings: Return Of The King” – wspaniałe, powalające widowisko, które cierpi z powodu zbyt wielu zakończeń, które trwają tyle, co średniej długości film. Jasne, Jackson zrobił wszystko, aby tak potężną opowieść zamknąć sensowną klamrą, ale finał jest miejscami mdły i rozwodniony – zwłaszcza scena  gdy Sam wchodzi do pomieszczenia i rzuca przebudzonemu Frodo „that very fucking gay look”. Wiem, to Hobbici, ale Randal „Unabonger” Graves nie może się mylić.

4. „Planet of the Apes” (2001) – krótko,  Ape-raham Lincoln. Ciekawe, czy w małpiej wersji wujaszek Ape dostał kulkę w teatrze, czy może jednak w cyrku?

5. „No Country for Old Men” – Tommy Lee miał sen…super emocjonujące i powalające zarazem. Nie wiem, czy bracia Coen chcieli być wierni książce, czy bali się, że bez „głębi”  ta produkcja nie zostanie doceniona, ale praktycznie perfekcyjny film zakończyli bezjajecznym, wydumanym, artsy fartsy finałem – skaza na perskim dywanie.

 

 

 

Ostatnio dodane