Ranking

Szybka piatka #12 – Filmy działające motywująco i dające pozytywnego kopa

Autor: REDAKCJA
opublikowano

Krótko – filmy, dzięki którym czujesz, że żyjesz; które motywują, zachęcają do różnych, najczęściej dobrych rzeczy, napełniają energią. Każdy ma swój zestaw na poprawę humoru, dzięki któremu świat na moment wydaje się piękniejszy, a życiowe cele łatwiejsze do zdobycia. Liczy się pozytywny kop, który są w stanie wymierzyć niektóre filmy. Jakie? Zobaczcie poniżej, a w komentarzach wpisujcie swoje typy.

 

Arahan

1. „Jerry Maguire” – osoby będące malutkim trybikiem w potężnej korporacyjnej maszynie nie mogą nie docenić tego filmu. To obraz o tym, jak postawić na swoim, żyć w zgodzie ze sobą i być szczęśliwym. Nowy początek, bez wszechobecnego „wyścigu szczurów” i ciągłej gonitwy za karierą i pieniędzmi. Skoro Jerry’emu się udało, a przy okazji odnalazł miłość i przyjaźń, to dlaczego my mielibyśmy być gorsi?

2. „Czarodziejskie buty Jimmy’ego” – czyli nawet łamaga może grać w Manchesterze City! Oglądając ten film miałem już świadomość, że wielkiej piłkarskiej kariery nie zrobię, ale wzbudził on we mnie masę pozytywnych uczuć. Chłopak z problemami, ze średnio zamożnej rodziny, na lekcjach wychowania fizycznego pewnie wybierany jako ostatni, zaczynać grać jak natchniony. Myśli, że to przez magiczne buty, ale tak naprawdę talent jest w nim. Czasami trzeba impulsu, żeby go wydobyć. Po seansie, aż chce się ubrać styrane korki i pobiegać z chłopakami za gałą.

3. „Niepokonany Seabiscuit” – uosobienie amerykańskiego snu. Historia pechowego konia, któremu nikt nie dawał szans w wyścigach, oraz ludzi, którzy wspólnymi siłami zrobili z niego championa. Wspaniała opowieść o przezwyciężaniu przeciwności losu, nawet tych najcięższych, oraz o przywiązaniu. W latach 30. Amerykanie pokochali Seabiscuita i wcale mnie to nie dziwi.

4. „Stowarzyszenie umarłych poetów” – mimo gorzkiej końcówki to jeden z najbardziej inspirujących filmów, jakie widziałem. Młodzi, nieco zagubieni ludzie, którzy poszukują autorytetu i pewien profesor, który zaszczepia w nich miłość do poezji i pokazuje, że warto walczyć o swoje marzenia. Scena, w której uczniowie stają na ławkach recytując „O kapitanie, mój kapitanie”, to dej pory powoduje u mnie gęsią skórkę i przepełnia niesamowitą dumą.

5. „127 godzin” – i ponownie, historia oparta na faktach. Opowieść o niesamowitej woli życia i poświęceniu, na które został wystawiony Aron Ralston, który podczas wspinaczki w Utah został uwięziony przez głaz. W końcu, wycieńczony, odciął sobie scyzorykiem rękę i pokonał dystans 13 km (w tym 20-metrową ścianę), aż w końcu został odnaleziony. Niesamowita historia, która sprawia, że czuję się dumny i mimo wszystko, naładowany pozytywną energią.

tomashec

1. „Rocky” – właściwie to cała saga o filadelfijskim bokserze jest niezwykle motywująca. Co prawda pięściarzem nie zostałem (fanem boksu i owszem), ale każdy seans daje dużo pary i mocy… W życiu po prostu. Determinacja Rocky’ego, niesamowite samozaparcie i mistrzowsko zmontowane sceny treningów to najlepszy napój energetyzujący jaki spreparowano!

2. „Forrest Gump” – niesamowity bohater, który prze przez życie mimo niesprzyjających okoliczności i ograniczeń czerpiąc z niego pełnymi garściami. Jego pozytywne i pogodne podejście do życia jest zaraźliwe. Przekonuję się o tym po każdym seansie. Co więcej od 1995 roku znacząco wzrosła konsumpcja bombonierek w wykonaniu mojej osoby.

3. „Przed wschodem słońca” & „Przed zachodem słońca” – trzeciej części nie zamieściłem z prozaicznego powodu: jeszcze jej nie widziałem. Pierwsze dwie natomiast, to podnoszące na duchu rewelacyjnie napisane rozmowy, które takiego małomównego ludka jak ja motywują do większego zaangażowania się w relacje i kontakty międzyludzkie.

4. „Across The Universe” – feeria barw, ładnie spleciona historia i przede wszystkim muzyka zespołu The Beatles, która odkąd pamiętam zawsze wprawiała mnie w znakomity nastrój (mimo tego, że późniejszy okres ich twórczości nie był tak kolorowy). Nie nudzące się (to ewenement we współczesnej muzyce) melodie, bardzo pomysłowo przearanżowane, fantastycznie komponują się z obrazem tworząc doskonałą mieszankę szczęścia, miłości i radości. Czego chcieć więcej?

5. „Choć goni nas czas” – to zostawiłem na koniec, takie przypomnienie, jakbym będąc starym, zgrzybiałym dziadem zapomniał o co w życiu chodzi. Mam nadzieję, że odnajdę kiedyś to zestawienie a Morgan Freeman i Jack Nicholson odpowiednio zmobilizują do wykorzystania emerytalnego czasu.

 

Dux

1. „Karate Kid” – tak, tak, ten stary, kiepski film z chwilowym bożyszczem dziewcząt Ralphem Macchio i jedną lipną walką na końcu. Ale była w „Karate Kid” taka  montażówka, jak karate kid robił pompki, ćwiczył karate i ogólnie rozwinął się sprawnościowo niebywale w kilka sekund. Miałem wówczas naście lat i pomyślałem, że tak właśnie się dzieje, że jak zrobię szybko kilka ćwiczeń jak na filmie, to będę jak Karate Kid, albo prawie. Odpaliłem więc jakiś skoczny kawałek, zrobiłem tyle pompek ile dałem radę (skończyłem gdzieś przy pierwszym refrenie piosenki, około dwunastej pompki), nazajutrz dostałem zakwasów (że to zakwasy dowiedziałem się po kilku latach, wtedy myślałem, że zrobiłem krzywdę swoim rękom) i tak na wiele lat skończyła się moja przygoda z ćwiczeniami. Jak później oglądałem różne „Karate Tygrysy”, „Rocky” itp. gdzie bohater robił masę, potem rzeźbę i zdobywał mistrzowskie umiejętności w kilka sekund, wiedziałem już, że to kłamstwo.

2. „Podziemny krąg” dał mi tak pozytywnego kopa, że po wyjściu z kina strasznie chciałem obdarować nim jakąś przypadkową osobę spotkaną na ulicy.

3. „Autostopowicz” – ten film zmotywował mnie na całe życie do wciskania mocniej pedału gazu na widok autostopowiczów i udawania, że ich w ogóle nie widzę.

4. „Krwawy sport” – a ten film z kolei zmotywował mnie do nauczenia się szpagatu. Przy żyrandolu wisiał misiek-wąż, którego skracałem ilekroć udało mi się dosięgnąć nogą jego głowy. Pod koniec ósmej klasy prawie robiłem szpagat, ale pewien ciężko przystojny chłopak z Liceum, co go przezywałem „Mutant, mutant!”, nieoczekiwanie kopnął mnie w dupę na szkolnym korytarzu tak mocno, że kształt jego kapcia odmalował mi się na udzie i zakończenie klas ósmych przeleżałem w szpitalu na oddziale chirurgii dziecięcej.

5. „Cudowne dziecko” – teraz jest era „Harry’ego Pottera”, a moje pokolenie miało „Cudowne dziecko” – też film o małym magiku, tylko efekty specjalne trochę słabsze. W swoim czasie „Cudowne dziecko”, podobnie jak moim rówieśnikom, i mnie namieszało zdrowo w głowie, dając (złudną, jak się miało okazać) nadzieję, że wystarczy mocno gapić się w przedmiot by przesunąć go siłą woli. Mnie się nie udało po dwóch godzinach, a wy ile czasu poświęciliście na (nie)odkrycie w sobie czarodziejskich mocy? 😉


Piotr Han

1. „Las Vegas Parano” – ten film zmotywował mnie do zapoznania się z narkotykami – bohaterowie takie fajne widzieli pod ich wpływem obrazy! Ja też chciałem. Później dowiedziałem się jednak, że tego typu substancje są zakazaną przez Prawo (oraz szkodliwą dla zdrowia) emanacją zła, więc nigdy nie było mi dane ich spróbować.

2. „Leon zawodowiec” – Po seansie zapragnąłem hodować roślinkę i pić mleko. Pierwszego postanowienia nawet nie zacząłem realizować, co do mleka – zdarzyło mi się przechylić nie jedną szklaneczkę tego życiodajnego i dobrze działającego na kości napoju. Dzięki, Leon!

3. „Mortal Kombat” – Chciałem nauczyć się robić szpagat tak, jak Johny Cage. W tym celu rozłożyłem nawet koc w dużym pokoju – to miała być moja mata treningowa.  Możliwe nawet, że odbyłem około dwóch jednominutowych sesji gimnastycznych. Niestety, w tamtych czasach telewizyjne przerwy na reklamy były krótsze niż obecnie, więc ciężko było mi połączyć trening duchowy z fizycznym.

4. „Park Jurajski” – W wieku 7 lat byłem pewien, że zostanę paleontologiem i będę hodował dinozaury. Byłem już bliski spełnienia tego celu – ściany mojego pokoju przyozdobiła nawet tapeta z Tyranozaurami – jednak po drodze coś się zepsuło. Gdzie się podziały tamte dinozaury!?

5. „Bez przebaczenia” – nigdy nie lubiłem westernów, kojarzyły mi się z lekko tandetnymi filmami Johna Wayne’a (wiem, że Leon lubił tę osobę, ale nie uznaje go za autorytet w dziedzinie filmu). Jednak po obejrzeniu historii Williama Munny’ego moje nastawienie zmieniło się o 180 stopniu. „Bez przebaczenia” zmotywowało mnie do narobienia westernowych zaległości, było warto! Gdyby nie Clint, byłbym teraz zupełnie innym człowiekiem.

 

Crash

1. „Amelia” – jest to być może najbardziej pozytywne dzieło filmowe w historii X Muzy. Nic więc dziwnego, że za każdym razem wprawia mnie w radosny nastrój i każe spojrzeć na szary, brudny i smutny świat z nieco innej, magicznej perspektywy.

2. „Biegnij, Lola, biegnij” – niezwykle dynamiczne kino, które podejmując temat przypadku i przeznaczenia, nie stara się być mądrzejszym od widza. Liczy się to, co jest w tytule – determinacja głównej bohaterki i jej oddanie, bo tylko w ten sposób może zmienić swoje życie.

3. „Incepcja” – to w „Matrixie” pada następująca wymiana zdań: „-Jeszcze nikt nigdy tego nie zrobił. -I właśnie dlatego nam się uda”, ale można te słowa odnieść również do filmu Nolana, a nic tak nie motywuje jak niemożliwe, które zostaje osiągnięte. I może jeszcze muzyka Hansa Zimmera.

4. „Doktor Who” – jest to serial, nie film, ale wybaczą mi państwo to małe oszustwo. Doktor to postać wyjątkowo zakręcona, ale i szlachetna – zawsze da swym przeciwnikom szansę na uniknięcie walki, jest gotów poświecić się dla nieznajomych, nieważne z jakiej planety pochodzą, zaś wszystko, co go otacza traktuje z niezachwianym zachwytem. Doktor po prostu motywuje do bycia lepszym.

5. „Cudowni chłopcy” – film Hansona zawsze daje mi pozytywnego kopa, bo mówi, że nawet w najbardziej beznadziejnych sytuacjach jest powód do uśmiechu. Nawet jeśli piszesz powieść, która ma już 2611 stron i końca nie widać.

 Aaron

1. „Simon Birch” – Nie jest to w stu procentach udana ekranizacja genialnej powieści Johna Irvinga „Modlitwa za Owena”, ale cytując bohatera granego przez Jima Carreya „dzięki niemu wierzę w Boga, (…) to dzięki niemu zacząłem wierzyć”. Ten film, mimo że jest o wiele banalniejszy niż książkowy pierwowzór i nie kończy się happy endem, swego czasu rozbudził we mnie pozytywne myślenie i wiarę w celowość niezbadanych wyroków boskich. Dzięki niemu dalej poszukuję…

2. „Ósmy dzień” – francuskie kino zawsze nastraja pozytywnie. Ale film Jaco Van Dormaela nie jest banalną historyjką w stylu „Rain Mana” czy „Sama”, gdzie normalność spotyka się z niepełnosprawnością i ta znajomość procentuje czymś pozytywnym dla tej pierwszej. Ten film, jak żaden inny, ukazuje osoby niepełnosprawne umysłowo bez przejaskrawienia. Amerykański remake w tym przypadku nie byłby możliwy. To jeden z tych filmów, które zmieniają spojrzenie na świat, a przynajmniej na jego część, która na co dzień przez wielu jest wypierana. Ten film jest jednocześnie nieprzyjemny i uroczy, smutny i rozweselający. Piękne kino.

3. „Prosta historia” –  Jedyny taki film Davida Lyncha. Opowieść o starości, poszukiwaniu własnych korzeni i wreszcie o… umieraniu, bo tak też można go odczytać. Jeden z niewielu, na których płakałem, gdy nie minęło jeszcze pół godziny seansu. No i ten genialny soundtrack Angelo Badalamentiego, ze świetnym motywem przewodnim „Lauren’s Walking”.

4. „Delikatność” – podobnie jak „Amelia” ten film to, w moim osobistym rankingu, standard kina pozytywnego. I nawet w głównej roli Audrey Tatou. Film Davida i Stephanie Foenkinos to skromna, ale i przepiękna opowieść o wychodzeniu z żałoby i odkrywaniu na nowo uczucia miłości.

5. „WALL-E” – po tym filmie stwierdziłem, że dla ludzkości jest jednak jakaś nadzieja.

 Fidel

1. „180 stopni na południe” – Jeff Johnson wyrusza do dzikiej Patagonii w celu powtórzenia podróży Yvona Chouinarda (założyciel Patagonii) oraz Douga Tompkinsa (założyciel North Face’a). Celem jest Cerro Corcovado. W filmie nie chodzi o samo zdobycie szczytu, ale o podróż jako powietrze niezbędne do życia. Brak hipsterskiego nadęcia „Into the Wild”, niezwykła charyzma i pasja postaci oraz spokój, z jakim podchodzą do życia utwierdza w przekonaniu, że nawet w dzisiejszych czasach można żyć na opak, po swojemu. Aż chce się chwycić plecak i zacząć spełniać marzenia.

2. „Czekając na Joe” – Podczas schodzenia ze szczytu Siula Grande John Tompson ulega wypadkowi. Jego partner, pewny śmierci przyjaciela, odcina linę, która ich łączy i schodzi ze szczytu samotnie. Okazuje się jednak, że Tompson nadal żyje. Mimo szeregu złamań podejmuje próbę powrotu do bazy. Niezwykła i prawdziwa historia opowiadająca o tym, że złamane kości nie oznaczają złamanego człowieka. Hymn dla siły ludzkiej woli.

3. „The Wildest Dream” – Mount Everest oficjalnie po raz pierwszy raz zdobyto w roku 1953. W roku 1921 na górę wyruszyła pierwsza wyprawa z Georgem Mallorym w składzie. Mimo niepowodzenia, Brytyjczyk postanowił próbować dalej. Po kilku podejściach nadszedł rok 1924. Mallory wraz z partnerem zostali na stokach Everestu, lecz do dziś nie wiadomo, czy to nie oni jako pierwsi weszli na dach świata. Brytyjczyk obiecał ukochanej, że na szczycie zostawi jej zdjęcie. Jego zwłoki znaleziono w roku 1999, zdjęcia przy nich nie było. Mallory był człowiekiem niezwykłym. Wstrząsająca opowieść o pasji i dążeniu do pokonania niemożliwego.

4. „Cinema Paradiso” – Opowieść o niewielkim kinie, ludziach, którzy się w nim poznają, kochają, śmieją i płaczą zawsze utwierdza mnie w przekonaniu, że podjąłem w życiu całkiem niezłe decyzje. Film to niezwykła sztuka, a ludzie są najważniejsi – nieco banalne, proste, ale szalenie prawdziwe i motywujące do dalszego działania.

5. „Prosta historia” – Bo finałowe spojrzenie w pełne gwiazd niebo to kwintesencja tego, o czym mówiłem nieco wyżej – „ludzie są najważniejsi”, nic dodać nic ująć.

 

desjudi 

1. „To wspaniałe życie” – film Franka Capry to ideał pozytywnego kopa. O tym, że warto być dobrym, mimo rzucanych kłód pod nogi. O tym, że warto pomagać, warto życzliwie patrzeć na innych, nie poddawać się, tylko iść do przodu z wyprostowaną głową. Nikt wcześniej ani nikt później nie powiedział tylu niebanalnych słów o najbanalniejszych rzeczach. Arcydzieło bez dwóch zdań, które powinien obejrzeć każdy zamiast obowiązkowego seansu „Kevina” na gwiazdkę. Naprawdę, wyjdzie na zdrowie.

2. „Braveheart – Waleczne serce” – film, przy którym nawet najtwardsi faceci się rozklejają. William Wallace mści się za śmierć swojej kobiety i walczy o wolność swoją i swojej ojczyzny. Każde słowo wypowiedziane przez Gibsona, każdy gest, okrzyk, pchnięcie mieczem – motywacyjny kop wzywający do walki, który ładuje baterie na wiele miesięcy.

3. „Billy Elliott” – upór, nonkonformizm i pogoń za marzeniami – wbrew wszystkim i wszystkiemu. Jeden z najbardziej inspirujących filmów ostatnich kilkunastu lat.

4. „Pan Smith jedzie do Waszyngtonu” – kolejny film Capry, mistrza motywacji, tym razem jednak o ideologicznym marzycielu, który spotyka się z prozą życia, najczęściej w formie korupcji i bufonady w wyższych sferach politycznych. Jednak nie poddaje się, walczy i wytyka błędy swoim kolegom-kongresmenom. Piękny portret błędnego rycerza.

5. „Magnolia” – może nie tyle pozytywny kop, ale na pewno odpowiednia motywacja. Bądź dobry, słuchaj ludzi, nie ignoruj uczuć innych. Bo inaczej przegrasz, popadniesz w marazm, w wieczne zwątpienie, które będą rakiem na twej duszy. Cała prawda o tym, jak żyć.

Ostatnio dodane