Suplement do rankingu najlepszych filmów lat 70. | FILM.ORG.PL

Suplement do rankingu najlepszych filmów lat 70.








Rafał Oświeciński
26.07.2013


Oto przed Wami suplement do naszego rankingu 100 najlepszych filmów lat 70. To 63 tytuły spośród 200 (nie licząc czołowej setki) – słynne, ważne, znakomite. Oczywiste i nieoczywiste. Dla niektórych będzie to potwierdzenie tego, że to najmocniejsza ze wszystkich dekad, a dla innych przewodnik po tym, co jeszcze warto obejrzeć z tych lat (oprócz tego, co w pierwszej setce). Poniższy wybór nie jest podyktowany miejscem tych dzieł w rankingu (czyli ilością zdobytych punktów) – to raczej subiektywny wybór tego, co warte zapamiętania z tych lat i dlatego wiem, że nie jest to wybór zadowalający każdego z osobna. Trudno :)  Swoje typy, na które nie znalazło się tutaj miejsce, możecie wpisywać w komentarzach. 

100 – 76
75 – 51
50 – 41
40 – 31
30 – 21
20 – 11
10 – 1
Suplement do rankingu

1941
1979, reż. Steven Spielberg, w rolach głównych: Dan Aykroyd, John Belushi, Ned Beatty, Lorraine Gary, Christopher Lee, Tim Matheson, Toshiro Mifune

Powstały w 1979 r. 1941 przyjęło się uważać za największy niewypał Stevena Spielberga, a przy tym także za jeden z jego słabszych filmów. Nie powiem, zwyczaj to głupi, bowiem papa Stefan zaszalał tu, jak nigdy wcześniej i nigdy później. Zrobił przefajną komedię, pozbawioną jakichkolwiek hamulców, że o poprawności politycznej nawet nie wspomnę. Imponuje ilość ekranowych legend, jakie udało się zebrać na planie, robi wrażenie rozmach, który w niczym nie ustępuje choćby „Szeregowcowi Ryanowi”, a liczbą gagów i ciętych dialogów można by z powodzeniem obdarować kilka innych filmów. Do dziś zresztą nie wiem, jakim cudem udało się Spielbergowi zapanować na tyloma wątkami i chaosem, jaki wylewa się z ekranu i sprawić, by, mimo oczywistej błazenady, tworzyło to razem spójną, logiczną całość, którą ogląda się z zaciekawieniem do samego końca. Mój respekt jest tym większy, że naprawdę trudno przewidzieć, co stanie się w kolejnej scenie, bowiem nie ma tu ograniczeń w żadnej kwestii. Zdecydowanie jedna z najlepszych komedii, jakie widziałem, totalna zgrywa z wojny i chyba, mimo wszystko, mój ulubiony film Stevena. [Mefisto]

„1941″ przez lata odpracowywał z mozołem swoją wartość na kasetach video i w telewizji. Dla potrzeb telewizji i DVD ukazała się wersja reżyserska, zawierająca kilkanaście nieobecnych w wersji kinowej scen, wydłużających film do 146 minut. Dla mnie osobiście to jedna z najlepszych komedii jakie widziałem. Lecz doceniłem „1941″ dopiero po emisji kilkanaście lat temu w TVP1, gdzie listę dialogową genialnie przetłumaczył nieodżałowany Tomasz Beksiński, a całość brawurowo przeczytał Jarosław Łukomski. M.in. właśnie to polskie opracowanie sprawiło, że mogę film Spielberga oglądać dziesiatki razy, nie nudząc się ani chwili.  [Adi, fragment artykułu]

 

Alicja już tu nie mieszka
Alice doesn’t live here anymore
1974, reż. Martin Scorsese, w rolach głównych: Kris Kristofferson, Ellen Burstyn

Skromna, małomiasteczkowa opowieść, z pozoru niczym nie wyróżniająca się od lecących co niedziela dramatów telewizyjnych. Z pozoru, bowiem „Alicja…” to znakomity popis aktorski Ellen Burstyn (nagrodzony zresztą Złotym Rycerzem) i doskonała chemia pomiędzy nią, a resztą barwnego drugiego planu, wliczając w to emanującego spokojem Krisa Kristoffersona i Jodie Foster będącą jeszcze w wieku ‘przedtaksówkarskim’. Zdecydowanie jeden z mniej popularnych filmów wielkiego Scorsese, który z dużym wdziękiem ukazuje tu swą delikatną naturę. [Mefisto]

 

 

American Graffiti
1973, reż. George Lucas, w rolach głównych: Harrison Ford, Richard Dreyfuss, Ron Howard, Paul Le Mat, Charles Martin Smith

„American Graffiti” oraz „Dazed and Confused” to najlepsze filmy opowiadające o ludziach, którzy kończą szkołę średnią i stają na progu dorosłości. Ta jedna szczególna noc staje się okazją do świętowania i przemyśleń na temat tego, co przyniesie jutro. Pomiędzy kolejnymi imprezami, kubkami piwa i pocałunkami kryją się ogromne pokłady nostalgii i niepewności. Wszyscy się uśmiechają, ale nie tak beztrosko jak kiedyś. Chyba najlepszy, a już na pewno najmądrzejszy, film George’a Lucasa. [Fidel]

 

 


Bugsy Malone

1976, reż. Alan Parker, w rolach głównych: Scott Baio, Florrie Dugger, Jodie Foster, John Cassisi

Jak się okazuje, nie trzeba silić się na mało wyszukane kpiny ze słynnych filmowych scen, dialogów i postaci, by udanie sparodiować nabzdyczone niekiedy kino gatunkowe, a przy okazji obśmiać całe Hollywood. Alan Parker napisał scenariusz filmu gangsterskiego, który sam w sobie wygląda jak ze sztancy. Cóż z tego, jeśli głównymi bohaterami uczynił dzieci? Wyszła jedna z najbardziej bezpretensjonalnych, zabawnych i pomysłowych komedii tamtych lat, która nadaje się do oglądania przez wszystkich. Zaś zaczynającemu wówczas karierę Parkerowi należały się wszelkie możliwe reżyserskie laury za zapanowanie nad planem pełnym dwunastolatków. [Jacek Skałecki]

 

 

Cały ten zgiełk
All That Jazz
1979, reż. Bob Fosse, w rolach głównych: Roy Scheider, Jessica Lange

Najlepszy musical w historii kina. Przejmująca wizja umierania – muzyczno-taneczne przejście przez wszystkie jego etapy, aż do tunelu z jasnym światłem i pogodzenia się z nieuchronnością losu. Fosse był geniuszem i wątpię, że ktoś kiedykolwiek w materii filmowego musicalu będzie w stanie choć zbliżyć się do jego poziomu. [Fidel]

 

 

Chłopiec i jego pies
A Boy and His Dog
1975, reż. LQ Jones, w rolach głównych: Don Johnson, Tiger, Jason Robards

Można zarzucać, że film ma dłużyzny. Można narzekać, że przejście z klimatów postapo do klimatów dystopii nie wyszło najlepiej. Można się w końcu roześmiać pod nosem na samą myśl o założeniu wyjściowym (dwudziestoletni prawiczek wędruje przez pustkowia razem z sarkastycznym psem-telepatą). Możecie jojczyć ile chcecie. I don’t care. Ten film posiada najlepsze, NAJLEPSZE zakończenie jakie kiedykolwiek miał jakikolwiek utwór dramatyczny. A że reszta filmu jest po prostu dobra i tyle, to „Chłopiec i jego pies” ląduje na końcu stawki. [Phlogiston]

 

 

Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz
1978, reż. Stanisław Bareja, w rolach głównych: Krzysztof Kowalewski, Stanisław Tym, Bronisław Pawlik, Ewa Wiśniewska, Janusz Gajos

Jeden z tych filmów, które prowokują, jednocześnie nie zniżając się do udzielenia odpowiedzi, na stawiane pytanie. I tak też, niezależnie od ustroju, w jakim przyszło nam żyć, z ekranowych absurdów śmieje się i babcia, i matka, i córka, i wnuczka, i przyrodni kuzyn brata teścia ze strony ojca, a na końcu i tak każdy musi sam się zastanowić nad tym, co zrobi – niekoniecznie w Noc Świętojańską, bo też i trudno od każdego wymagać kwiatu paproci, odpowiedniej wiary albo świni. No chyba, że sami jesteśmy rzeczonymi prosiakami – cóż, taki dodatkowy podtekst groteski polskiego podwórka i wisienka na torcie, która pozwala smakować ten twór o poziom wyżej, niźli zwykłą zgrywę. [Mefisto]

 

Czarny korsarz
Il Corsaro Nero
1976, reż. Segio Sollima, w rolach głównych:Kabir Bedi, Carole André, Mel Ferrer

Cudowna, niezwykle fascynująca opowieść o piratach, morzach i okrętach. Zarówno tytułowy korsarz, jak i jego perfidny przeciwnik, to osobnicy o czarnej duszy, którzy wcześniej czy później trafią do otchłani piekielnych. Kibicujemy jednak korsarzowi, bo choć zostawia ukochaną na pewną śmierć a żądza zemsty doszczętnie go zeżarła jest charyzmatycznym i odważnym bohaterem, jakim każdy mężczyzna chciałby być. Stylowy i ekscytujący klasyk Sergia Sollimy obfitujący w niesamowite przygody i kapitalną muzykę. [Mariusz]

 

 

Człowiek, który spadł na Ziemię
The Man Who Fell To Earth
1976, reż. Nicholas Roeg, w rolach głównych: David Bowie, Rip Torn, Candy Clark, Buck Henry

Tylko prawdziwy kosmita może zrozumieć i opisać to dzieło. David Bowie spragniony wody jest chyba najlepszym obcym obcym w historii kina. [Marinhos Stefansky]

Jedyne w swoim rodzaju sf – oniryczne, pełne dwuznaczności, symboliki i chaosu, z którego dość powoli wyłania się czytelna logika. Androgyniczny Bowie niesamowicie magnetyzuje, a Nicolas Roeg po raz kolejny daje dowód na to, że jest jednym z najoryginalniejszych twórców XX wieku.[desjudi]


Człowiek w dziczy
Man in the Wilderness
1971, reż. Richard C. Sarafian, w rolach głównych: Richard Harris, John Huston

Twórca kultowego „Znikającego punktu” wbrew pozorom nie jest twórcą jednego świetnego filmu. Jego drugie flagowe osiągnięcie to survivalowy western „Człowiek w dziczy” z fenomenalną kreacją Richarda Harrisa. Walka o przetrwanie została ukazana bez zarzutu, czuje się na ekranie te trudne warunki jakie panują w dziczy – ten głód, cierpienie i różne nieprzyjemne atrakcje. Człowiek czasem bywa dzikim i nieokrzesanym zwierzęciem – aby przetrwać w głuszy trzeba tylko odnaleźć w sobie tę dzikość. [Mariusz]

 

 

Człowiek z marmuru
1976, reż. Andrzej Wajda, w rolach głównych: Krystyna Janda, Jerzy Radziwiłowicz

Mocny kuksaniec wymierzony w stalinowskie idee, których reminiscencje wciąż były żywe w narodzie polskim. Wzór stachanowca pracujący na 300% normy to wzór obywatela Polski – moralnie wskazany, politycznie hołubiony, oklaskiwany przez naród. Kłopot w tym, że stalinizm – jak i cały komunizm – to piękna fasada, za którą czai się pustka, kłamstwo, przemoc i zniewolenie. To było bardzo widoczne w filmie i to uwierało władzę naszą, oj uwierało… A władza pozwoliła Wajdzie, wspierała Wajdę, a ten sprytnie wbił jej sztylet w plecy. Oczywiście władza próbowała wykpić się tym, że Wajda tylko w stalinizm uderzył, a w ten wówczas uderzać wypadało, niemniej „Człowiek z marmuru” sięga zdecydowanie głębiej, punktuje skuteczniej i rozkłada system na łopatki. Znakomity film (ze znakomitą kontynuacją w postaci „Człowieka z żelaza”). Nie zapomnijmy o wielkich rolach – Jerzy Radziwiłowicz w roli Mateusza Birkuta jest rewelacyjny, ale to Krystyna Janda – w swoim filmowym debiucie! – daje koncert gry aktorskiej. To się nazywa ikona polskiego kina. [desjudi]

 

 

Dajcie Mi Głowę Alfredo Garcii
Bring me the head of Alfredo Garcia
1974, reż. Sam Peckinpah, w rolach głównych: Warren Oates, Robert Webber

Kompromis jest wtedy, gdy dwie strony zgadzają się na coś, czego nie chcą. Peckinpah nigdy nie szedł na kompromisy. Aby się o tym przekonać, wystarczy obejrzeć otwierającą film sekwencję. Jest doprawdy mordercza. Sielankowa sceneria: jeziorko otoczone kwitnąca roślinnością, łabędzie, świergot ptactwa. Na brzegu bajorka siedzi sobie niewiasta w białej sukience, pogrążona w melancholijnym zamyśleniu. Do tejże niewiasty podchodzi służąca. Pochyla się i szepcze jej coś do ucha. Dziewczyna wraca do rzeczywistości, z trudem podnosi się z ziemi. Wysiłek zrozumiały – wszak jest w ósmym miesiącu ciąży. Otrzepawszy sukienkę, ujmuje służącą pod ramię, po czym wspólnie ruszają ku posiadłości położonej na wzniesieniu. Duża meksykańska rezydencja, pokryta warstewką białego tynku. Peckinpah rzadko inwestował w wyrafinowaną symbolikę.

Jak tylko kobieta przekracza próg domostwa, od razu zostaje brutalnie zaciągnięta przed jednoosobowy trybunał. Człowiek po drugiej stronie – lokalny możnowładca – wypytuje o ojca jej dziecka. Jego oczy pałają chęcią odwetu, a słowa wyrażają bezdenną pogardę. Dziewczyna uparcie milczy. Wie, że zdradzając imię ukochanego, wyda na niego wyrok śmierci. Mężczyzna nie wytrzymuje. Przywołuje do siebie dwóch zaufanych ludzi i każe im sprowadzić dziewczynę na kolana. Gdy kobieta klęczy, jeden z przydupasów, na skinienie szefa, łamie jej rękę w łokciu. Odurzona bólem, cała we łzach, dziewczyna wyjawia tajemnicę. Mężczyzna triumfuje – proponuje układ:

I’ll pay a million to whoever brings me the head of Afredo Garcia.

Tak rozpoczyna się jedno z najwspanialszych arcydzieł Sama Peckinpaha. Nawiasem dodam, że człowiekiem, który poddał młodą kobietę torturom łamania, był jej ojciec… Peckinpah nigdy nie miał litości dla widza. To chyba najokrutniejszy z reżyserów. [Mental, fragment wypowiedzi z forum]

 

 

Długi postój na Park Avenue
The Taking of Pelham 1,2,3
1974, reż. Joseph Sargent, w rolach głównych: Walter Matthau, Robert Shaw

One: jeden z tych filmów-legend, który stanowił dla Tarantino inspirację przy tworzeniu „Wściekłych psów”. Two: znakomity, trzymający w napięciu, lecz pełen ironii thriller z pogranicza kryminału, filmu policyjnego i historii detektywistycznej. Three: doskonała gra w kotka i myszkę pomiędzy gangsterami, a stróżami prawa, która potrafi nie raz, nie dwa i nie trzy zaskoczyć, co kompletnie nie udało się kiepskiemu remake’owi sprzed paru lat. Take it! [Mefisto]

 

 

 

Duch roju
El Espiritu de la Cormena
1973, reż. Victor Erice, w rolach głównych: Fernando Fernan Gomez, Teresa Gimpera

Victor Erice używa „Frankensteina” Jamesa Whale’a, aby opowiedzieć nam o dziecięcej fantazji oraz kondycji Hiszpanii za czasów Franco. Kino enigmatyczne, niełatwe i pełne symboli. Niemniej nawet wtedy, gdy nie rozumiemy go do końca, warto poświęcić mu chwilę z racji na to, że Erice stworzył poetycki majstersztyk. [Fidel]

 

 

 

Gorączka sobotniej nocy
Saturday Night Fever
1977, reż. John Badham, w rolach głównych:  John Travolta, Karen Lynn Gorney, Fran Drescher

Jeżeli ktoś powie, że nigdy w życiu nie próbował wykonać flagowego ruchu tanecznego Travolty, nazwę go kłamcą. Mało osób wie, że ten film to dramat o braciach, z których jeden jest księdzem, a drugi pomocnikiem w sklepie. Tak naprawdę w tym filmie liczy się tylko taniec Travolty i muzyka Bee Gees. To wystarczy, żeby wymienić go wśród najważniejszych filmów lat 70, choć niekoniecznie wśród najlepszych. [Marinhos Stefansky]

 

Gracz
The Gambler
1974, reż. Karel Reisz, w rolach głównych: James Caan, James Woods, Paul Sorvino

James Caan w szczytowej formie. Filmowe arcydzieło, o którym mało kto już pamięta z brawurową rolą główną. Jedyny obraz, który oddaje problem hazardu realistycznie i robi to ze wspaniałą dramaturgią. Możemy poczuć niemal na własnej skórze emocje, które towarzyszą bohaterowi. Jest to swoiste zamknięcie trylogii, współtworzonej wraz z Cincinnati Kidem i Hustlerem. [Marinhos Stefansky]

 

 

 

Harold & Maude
1971, reż. Hal Ashby, w rolach głównych: Ruth Gordon, Bud Cort

Bezkompromisowe kino o miłości młodego chłopaka i kobiety, która życie ma już za sobą. Harold uczy się jak żyć a Maude chwyta się drugiej młodości. Dlatego też kino lat 70-tych było najlepsze – nie bano się poruszać kontrowersyjnych czy trudnych tematów. Wyobrażacie sobie, żeby taki film powstał w naszych czasach? [Jeremy]

 

 

 

 

Hydrozagadka
1970, reż. Andrzej Kondratiuk, w rolach głównych: Józef Nowak, Zdzisław Maklakiewicz, Roman Kłosowski, Ewa Szykulska, Franciszek Pieczka

Nie przepadam za polskimi komediami z okresu PRLu. Lubię „Seksmisję” (za wizję świata), ale takie kultowe świętości jak „Rejs” czy „Miś” nie robią na mnie wrażenia. Są zbyt zanurzone w tej ludowej rzeczywistości, której nie mogę rozumieć. „Hydrozagadka” też po części taka jest, ale bardziej dyskutuje ona z (i parodiuje ją) amerykańską wizją superbohatera ratującego świat i hollywodzkimi filmami niż z PRLem. To do mnie przemawia. Poza tym film jest tak przecudownie absurdalny, szalony, oryginalny (aż dziw, że powstał w Polsce) i co ważne, śmieszny, że musiał się znaleźć na mojej liście. [patyczak]

 

Jak działa jamniczek
1971, reż. Julian Józef Antonisz

Tutaj taki drobny joker z mojej strony, bo naprawdę nie wierzę, żeby ktoś na to zagłosował z wyjątkiem mnie (3 osoby – przyp. red.). Ale co mi tam – „Jak działa jamniczek” to polska surrealistyczna animacja w najlepszym wydaniu. Kiedyś w Polsce powstawało mnóstwo takich chorych kreskówek, sam pamiętam, że często oglądałem je szczeniakiem będąc, gdy leciały na jakiejś TV Polonii czy gdzieś. I do dzisiaj chyba odcisnęły na mnie małe „piętno”. [materatzowy]

Ze względu na fakt, że wykorzystana technologia non-camera obecnie jest wymarła a o samym Antoniszu nikt już nie pamięta. Salut! No i ten skrypt z offu:) [Dakkon]

 

Jak rozpętałem II Wojnę Światową
1970, reż. Tadeusz Chmielewski, w rolach głównych: Marian Kociniak, Wirgiliusz Gryń, Elżbieta Starostecka, Emil Karewicz

Zdecydowanie jedna z najlepszych, nie tylko polskich, komedii wszechczasów. A nawet, biorąc pod uwagę jej osobliwy podział, trzy świetne komedie w jednym! Doskonała rola Mariana Kociniaka, który swojską, typowo cwaniakowatą rolą zjada na śniadanie wszystkich Kurtzów i Corleonów tej dekady, choć i poza nim film ten aż błyszczy od doskonałych kreacji wielkich polskiego kina. Świetny humor, cięte dialogi, które już dawno weszły do mowy potocznej i ani jednej, błędnej nuty w tym niespełna czterogodzinnym fresku – przewijającym się przez całą, ogarniętą wojną Europę, niczym Lawrence przez pustynię – sprawia, że jest to rzecz nie do zapomnienia. Zresztą TVP, jak i inne rodzime stacje telewizyjne, regularnie pilnuje, byśmy pamiętali – lecz w przeciwieństwie do kilku innych, pojawiających się nieprzerwanie w ramówce kultowych komedii Rzeczypospolitej Ludowej, ta jedna nie ma prawa się znudzić i opatrzyć. Być może dlatego, że z sercem prawi o czymś tak prozaicznym, jak powrót do domu – a tam zawsze najlepiej… [Mefisto]

 

Jeremiah Johnson
1972, rez. Sidney Pollack, w rolach głównych: Robert Redford, Will Geer

W roku 1972 western znajdował się już w schyłkowym okresie, ale Sydney Pollack, który z westernami nie miał wcześniej do czynienia jako reżyser, stworzył bardzo świeży i pasjonujący film o niełatwym życiu w górskich ostępach. Gdy Dziki Zachód stawał się miejscem bardziej cywilizowanym jedynie wielkie amerykańskie góry mogły zapewnić prawdziwym facetom masę emocji, a także absolutną wolność i niezależność, których nie zazna się w cywilizowanym świecie. [Mariusz]

 

 

Keoma
1976, reż. Enzo Castellari, w rolach głównych: Franco Nero, William Berger

„Keoma” to jeden z najbardziej poetyckich i metaforycznych westernów, jakie Włosi kiedykolwiek nakręcili. Castellari jest reżyserem bezkompromisowym – każdy element jego filmu składa się na fascynującą, bezwzględną wizję Dzikiego Zachodu jako miejsca pełnego nikczemności, okrucieństwa i szeroko pojętego zła. Finałowa – symboliczna i pełna patosu – scena, w której rodzi się nowe, nieskażone podłością życie, w każdym innym filmie wyglądałaby pretensjonalnie, ale w „Keomie” powoduje, że ciary same przechodzą po plecach.[Motoduf, fragment artykułu]

 

 

Kult
The Wicker Man
1973, reż. Robyn Hardy, w rolach głównych: Edward Woodward, Britt Ekland, Christopher Lee

Jest to rodzaj filmu, z którym nie mamy możliwości obcować na co dzień. Niewiele powstało w historii tak zapadających w pamięć obrazów, wzbogaconych o wpadającą w ucho warstwę dźwiękową. Niewiele powstało filmów tak przewrotnych i zwiastujących tak oryginalne zakończenie jak „The Wicker Man”. Film, który krytyk Cinefantastique określił mianem: „Obywatel Kane horroru” (…) Oniryczna praca kamery stwarza wrażenie świata odrealnionego. W połączeniu z religijnym symbolizmem, obecnym niemal w każdej scenie filmu, nadaje mu aurę mistyki. Sceny, takie jak kobieta w zrujnowanym kościele karmiąca niemowlę i trzymająca w prawej dłoni jajko, mieszkańcy ubierający zwierzęce maski, nocna orgia, pochód o zachodzie słońca, czy wreszcie paląca się kukła Wicker Mana (wiklinowego człowieka) budują świat, w którym metafizyka spotyka się z rzeczywistością. [Dziadek, fragment recenzji]

 

Lenny
1974, reż. Bob Fosse, w rolach głównych: Dustin Hoffman, Valerie Perrine

Jeśli ktoś sądzi, że to Martin Scorsese swoim „Wściekłym bykiem” wyznaczył nową jakość w filmowych biografiach, to powinien uważniej przyjrzeć się skromnemu filmowi Boba Fosse’a. Twórcy koncentrują się na niewielkim, najbardziej dramatycznym, wycinku życia swojego bohatera i nie mają dla niego raczej taryfy ulgowej, ich główną dewizą jest obiektywizm. Widzowie poddani są trudnej próbie, stosunek do Lenny’ego jest bowiem – za sprawą kolejnych wydarzeń na ekranie – czymś bardzo zmiennym. Tę samą huśtawkę nastrojów czujemy, oglądając właśnie „Wściekłego byka” czy „Człowieka z księżyca”. Wartością samą w sobie jest zaś rola Dustina Hoffmana, nie wiedzieć czemu pominięta przy przyznawaniu najważniejszych nagród. [Jacek Skałecki]

 

Mroczny przedmiot pożądania
Cet Obscur Objet du Désir
1977, reż. Luis Bunuel, w rolach głównych: Fernando Rey, Carole Bouquet, Ángela Molina 

Tylko Luis Buñuel mógł wpaść na tak karkołomny pomysł. W głównej roli hiszpański mistrz surrealizmu obsadził dwie aktorki, które „wymieniają się” , co scenę. Zabieg ten nie ma żadnego uzasadnienia fabularnego – coś pięknego. Oczywiście, „Mroczny przedmiot pożądania” byłby świetnym również bez tego typu karkołomnych roszad. Buñuel w najwyższej formie! [Piotr Han]

Luis Buñuel był według mnie jednym z największych reżyserów w historii kina, a „Mroczny przedmiot pożądania” jest jego w pełni świadomym pożegnaniem z dziesiątą muzą. Hiszpan wielokrotnie wspominał o tym, że jedną z jego ulubionych fantazji jest ta, w której na rynku, na wielkim stosie, płoną taśmy ze wszystkimi jego filmami. W „Psie andaluzyjskim” (debiut z roku 1929) Simone Mareuil ogląda album z reprodukcjami dzieł sztuki, gdy wyrzuca go z rąk książka otwarta jest na stronie z „Koronczarką” Vermeera. Pół wieku później, w finale „Mrocznego przedmiotu pożądania”, Buñuel odtwarza kompozycję z dzieła holenderskiego mistrza, tym samym spinając swoje kinematograficzne życie klamrą. Chwilę później świat wybucha i wszystko ginie w płomieniach. W takim stylu żegnają się jedynie najwięksi. [Fidel]

 

Nakarmić kruki
Cria Cuervos
1975, reż. Carlos Saura, w rolach głównych: Ana Torrent, Geraldine Chaplin, Mónica Randall, Héctor Alterio, Florinda Chico, Mirta Miller

Film Saury często odczytuje się jako alegorię Hiszpanii doby Franco. W poszczególnych postaciach krytycy dopatrują się personifikacji kraju Generała, starego ładu oraz państwa, które na konflikcie dwóch pozostałych porządków stara się stworzyć własną tożsamość. Prawdopodobnie jest w tej diagnozie wiele prawdy, niemniej „Nakarmić kruki” to przede wszystkim przejmująca opowieść o psychice skrzywdzonego dziecka, które usiłuje poradzić sobie z nieprzyjazną rzeczywistością. Jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy, film Carlosa Saury. [Fidel]

Recenzja Dejny

 

Nashville
1975, reż. Robert Altman, w rolach głównych:  Ned Beatty, Ronee Blakley, Keith Carradine, Geraldine Chaplin, Henry Gibson, Michael Murphy, Lily Tomlin

„Nashville” to dzieło skończone. I wcale nie rzucam tu słów na wiatr. Altman miał ponad cztery godziny nakręconego materiału, a mimo to nie odczuwa się jakby czegoś miało zabraknąć w wersji ostatecznej. To tylko utwierdza w przekonaniu jakim był geniuszem. To zdecydowanie najlepszy i najważniejszy film w całej jego jakże bogatej filmografii i jeden z najważniejszych w ogóle. [Aaron, fragment artykułu]

 

Nickelodeon
1976, reż. Peter Bogdanovich, w rolach głównych:  Ryan O’Neal, Burt Reynolds, Tatum O’Neal

Trudno o lepszy film, który jednocześnie oddaje hołd kinu i jego początkom oraz stanowi świetną rozrywkę i ciekawą opowieść samą w sobie – a tym jest właśnie „Nickelodeon”. I tak, przez dwie godziny obserwujemy zarówno zabawne perypetie całej gamy oryginalnych postaci, jak i otrzymujemy historię kina w pigułce (acz oczywiście lekko przejaskrawioną), do tego zapodaną w bardzo przystępny sposób. I choć jest to zdecydowanie typowa komedia awanturnicza, to nie zabrakło w niej także miejsca na mnóstwo nostalgii, pełnokrwistej przygody oraz nieco dramatu (względnie obrazu niedoli przeciętnego filmowca ;). To także prawdziwy popis całej – dosłownie – bandy aktorów, z magnetyzującą swą naturalnością Jane Hitchcock na czele. To w końcu bogaty zestaw, w wielu przypadkach ogranych, lecz wciąż śmiesznych gagów i dowcipów, mnóstwa ciętych dialogów, potoku nieprzerwanej akcji oraz wielu zaskakujących sytuacji. Generalnie jest tu niemal wszystko to, z czego zasłynęło kino i czego się odeń wciąż oczekuje. [Mefisto]

 

Nieme kino
Silent Movie
1976, reż. Mel Brooks, w rolach głównych: Mel Brooks, Marty Feldman, Dom de Luise

Bodaj najmniej znany, a co za tym idzie także najmniej ceniony film Mela Brooksa, który, jak sam tytuł wskazuje, tym razem wziął na tapetę kino nieme. Jak wyszło? Najtrafniej byłoby to przemilczeć, wszak nie bez kozery umieszczam ten tytuł w moim TOP 30 (sorry, Frankenstein), jednakże warto jakoś zareklamować ten wybór. Na szczęście „Silent Movie” reklamuje się samo, chociażby wielkimi nazwiskami, jakie udało się zebrać na planie, a które bez problemów bawią się swoim wizerunkiem. Zapewniam zresztą, że choć film jest niemy, to wzbudza wystarczająco głośny śmiech, by móc usłyszeć go nawet w kosmosie. [Mefisto]

 

 

Nie lubię poniedziałku
1971, reż. Tadeusz Chmielewski, w rolach głównych: Jerzy Turek, Bohdan Łazuka, Halina Kowalska, Bogusz Bilewski, Mieczysław Czechowicz

Wbrew tytułowi jest to film, którego trudno nie polubić. Na pierwszy rzut oka nic wielkiego – ot, zbiór niepowiązanych ze sobą scenek z życia różnorakich osób. W dodatku scenek w większości bardziej uroczych, niźli autentycznie zabawnych, po których zmuszeni jesteśmy podnieść się z podłogi. Z czasem jednak humor coraz bardziej bawi, intryga się zazębia, a poszczególne postaci/wydarzenia wpływają na kolejne i uzupełniają się wzajemnie, tworząc wspólnie fascynującą i pełną zaskoczeń wędrówkę po pięknie wyglądającej Warszawie (zwłaszcza z dzisiejszej perspektywy). Z całą pewnością nie jest to najlepsza polska komedia, ale bezsprzecznie posiada niezaprzeczalny urok i to coś, co sprawia, że wraca się do niej z nieskrywaną przyjemnością. [Mefisto]

 

Nie będę cie kochać
1973, reż. Janusz Nesfeter, w rolach głównych: Tadeusz Janczar, Grażyna Michalska, Henryka Dobosz

To mój ulubiony film w filmografii Nesfetera. To produkcja z lat, w których dzieci jeszcze potrafiły grać w polskich filmach. Nasfeter miał chyba jakiś specjalny dar i wiedział, jak prowadzić je na planie. Film o „niepatologicznym” alkoholizmie, o uczuciach dorastającej dziewczyny, jej miłości do ojca, pięknie pokazany, w tle lasy i jeziora. Fantastyczna Grażyna Michalska w głównej roli Anki. [Aliensoo]

 

 

 

 

Nie ma mocnych
1974, reż. Sylwester Chęciński, w rolach głównych: Władysław Hańcza, Wacław Kowalski

Film, który mogę oglądać non stop i zawsze bawi tak samo dobrze. Nieśmiertelni Hańcza i Kowalski jako Kargul i Pawlak, masa genialnych scen z pastowanym świniakiem w lesie, śliczna Anna Dymna i lekkość tej produkcji sprawiają, że do środkowej części trylogii Chęcińskiego wracam bardzo chętnie. [Arahan]

 

 

 

Nie torturuj kaczuszki
Non Si Servizia Un Paperino
1972, reż. Lucio Fulci, w rolach głównych: Florinda Bolkan, Barbara Bouchet, Tomas Milian

Już sama fabuła jest przerażająca, bo czy jest coś straszniejszego niż seria morderstw dokonywanych na dzieciach? Dlatego akcja filmu nie musiała toczyć się w nocy, by wykreować odpowiednią atmosferę, skoro już fabuła zawiera w sobie cechy szokującego, niemoralnego spektaklu. Reżyser, obok interesującej zagadki kryminalnej, prezentuje szereg postaci, które są na tyle nierozważne by popełnić morderstwo. Kryminalne tło posłużyło Fulciemu do zaprezentowania wnikliwego i krytycznego w wymowie portretu małomiasteczkowej społeczności. Poza tym jest to świetny kryminał, w którym obok zaskakującego zakończenia występują tzw. „czerwone śledzie”, czyli fragmenty skutecznie odwracające uwagę widza od głównej intrygi. [Mariusz]

 

Niewolnica miłości
Раба любви
1975 reż. Nikita Michałkow, w rolach głównych: Jelena Solowei, Rodion Nachapetow

Komediodramat Nikity Michałkowa w nieszablonowy sposób podejmuje temat wojny domowej w Rosji. Główną bohaterką reżyser uczynił gwiazdę niemego kina, co stało się pretekstem do ukazania kontrastu między brutalną rzeczywistością a filmową fikcją. Film cechuje się specyficznym klimatem, jaki mógł wykreować prawdziwy artysta, nie zaś zwykły filmowiec. Z pewnością film wiele zyskał dzięki wspaniałej kreacji Jeleny Sołowiej, której nie sposób zapomnieć – aktorka doskonale pokazała niefrasobliwość i niedojrzałość swojej postaci, a przy tym nie irytuje swoją dziecinną postawą, jest ujmująca jak mało kto.[Mariusz]

 

O jeden most za daleko
A Bridge Too Far
1977, reż. Richard Attenborough, w rolach głównych: Sean Connery, Gene Hackman, Laurence Olivier, Liv Ullman, Ryan O’Neal, Edward Fox, Anthony Hopkins, Robert Redford, Michael Caine

Rozmach. To słowo w pewien sposób określa ten film. Zebrano chyba najbardziej imponującą listę aktorów w historii, wpakowano ich w historię jednej z najbardziej spektakularnych misji II Wojny Światowej, odtworzonej z całym inwentarzem. Dziesiątki pojazdów, setki statystów w prawdziwych mundurach, wszytko bez komputerowej grafiki – realne i niemal namacalne. [Sonny Crockett]

Film wojenny, jakich dziś juz nie ma. Duchowy następca Najdłuższego dnia. Wspaniałe jest to, że działania wojenny pokazane są z wielu punktów widzenia. No i Gene Hackman krzyczący „śnur” :)[Jeremy]

Ostatni seans filmowy
The Last Picture Show
1971, reż. Peter Bogdanovich, w rolach głównych: Jeff Bridges, Timothy Bottoms, Cybill Shepherd, Ellen Burstyn, Ben Johnson, Cloris Leachman,  Clu Gulager

Najbardziej uderzające w „Ostatnim seansie filmowym” jest to, jak bardzo uniwersalny i aktualny film Peter Bogdanovich nakręcił. Wydawać by się mogło, że czarno białe kino opowiadające o Ameryce lat 50-tych w nieefektowny sposób i pozbawione wręcz fabuły jest skazane na niepowodzenie, nawet w 1971 roku, w momencie powstania „Mechanicznej pomarańczy” Stanley Kubricka oraz „Francuskiego łącznika” William Friedkina. [Crash, fragment artykułu]

 

Ostatni z wielkich
The Last Tycoon
1976, reż. Elia Kazan, w rolach głównych: Robert de Niro, Tony Curtis, Robert Mitchum, Jeanne Moreau, Jack Nicholson

Tytuł warunkuje w pewien sposób film, bo to film-pożegnanie i cała jego atmosfera niemal o tym krzyczy. Ostatni film w karierze jednego z najbardziej uznanych reżyserów w historii, Eli Kazana. Jest to też pożegnanie tzw. złotych lat Hollywood, czego przedstawicielami są w filmie postaci grane przez Roberta Mitchuma i Tony Curtisa. Film wydaje się niezbyt znany ale to błąd, bo to wielkie kino a rola Roberta De Niro jest jedną z jego najlepszych. [Sonny Crockett]

 

 

Płonące siodła
Blazing Saddles
1974, reż. Mel Brooks, w rolach głównych: Gene Wilder, Mel Brooks, Madeline Kahn

Znakomita parodia westernu, szczególnie tego spod znaku błyszczącej gwiazdy Johna Wayne’a – Mel Brooks nie miał bowiem zamiaru dyskutować z Sergio Leone, który dekonstruował western, podobnie jak Brooks, ale wiadomo, w krwawy i poważny sposób. „Płonące siodła” są natomiast znakomitą zabawą w przeróżne gagi odwołujące się do całej masy klasyków westernu – to parodia pełną gębą, zrobiona z pomysłem, klasą i lekkością. Nawet jeśli chwilami głupkowato, to nigdy poniżej pewnego poziomu. Klasyk komedii! [desjudi]

 

 

Pod wulkanem
La Soufrière – Warten auf eine unausweichliche Katastrophe
1977, reż. Werner Herzog

Jeden z najlepszych krótkich metrażów Wernera Herzoga. Reżyser wybiera się z kamerą na wyspę, na której lada chwila ma dojść do erupcji wulkanu. Wszyscy ludzie dobrowolnie poddali się ewakuacji. Na wyspie pozostał jedynie jeden mężczyzna, który zadecydował, że nie będzie uciekał. Herzog dociera do niego z kamerą oraz mikrofonem. Rozmowa dwóch mężczyzn pozostaje w pamięci już na zawsze. [Fidel]

 

Premiera
Opening Night
1977, reż. John Cassavetes, w rolach głównych: Gena Rowlands, Peter Bogdanovich

Kino bardzo osobiste, w którym duet Rowlands-Cassavetes opowiada o żmudnym kreowaniu roli aktorskiej. Aktorstwo to nie tylko zakładanie masek i dawanie widzom rozrywki. Aby zagrać w teatrze (lub na ekranie) wiarygodną postać nie wystarczy wypowiedzieć swoich kwestii – należy tak pokierować swoją postacią, by przekazać jakąś prawdę, która dotrze do widzów i pozostanie z nimi na długo. Ambitne i refleksyjne kino, które coś przekazuje i aby je w pełni docenić należy się zaangażować i użyć szarych komórek. [Mariusz]

 

 

Przełomy Missouri
The Missouri Breaks
1976, reż. Arthur Penn, w rolach głównych: Marlon Brando, Jack Nicholson

Antywestern, w którym naprzeciw siebie stają dwaj wielcy aktorzy. Jack Nicholson i Marlon Brando – pierwszy jako nędzny koniokrad, drugi jako plugawy łowca nagród. Film należy obejrzeć przede wszystkim dla tej dwójki. Warto wspomnieć również o samej historii – z pozoru banalnej, ale w nietypowy sposób łamiącej konwenanse klasycznego westernu. [Doveling]

 

 

 

Promienni chłopcy
Sunshine Boys
1976, reż. Herbert Ross, w rolach głównych: Walter Matthau, George Burns, Richard Benjamin

Walter Matthau ze Złotym Globem, George Burns z Oscarem – i wszyscy zadowoleni. A najbardziej zadowoleni powinni być widzowie, bo dostali film z ostrymi jak brzytwa dialogami, których nie sposób zrecenzować inaczej niż salwami śmiechu. Szkoda, że ta przezabawna komedia jest u nas nawet mniej znana niż jej przeciętny remake z Woodym Allenem. Film Rossa to nie tylko beczka śmiechu, ale i piękna opowieść o przyjaźni. Warto obejrzeć kilkakrotnie, bo chichocząc lub rechocząc z jednego zdania z listy dialogowej, niemal na pewno przeoczymy następne – równie zabawne. [Jacek Skałecki]

 

 

Rituals
1977, reż. Peter Carter, w rolach głównych: Hall Holbrook, Lawrence Dane

Kolejny film z kategorii „niesłusznie zapomniany klasyk”. Wkurzało was w różnych teen-slasherach, że morderca po prostu wyskakuje z zza drzewa i macha maczetą jak cepem? Tutaj przez większość seansu oprawcy czają się w gęstwinie. I nie ograniczają się do wyglądania zza drzew; na różne sposoby uprzykrzają życie ofiarom. A to ukradną buty, a to wrzucą gniazdo os do namiotu, a to rozsypią szkło na dnie rzeki… Możecie chichotać pod nosem, ale jedno musicie przyznać – po takich działaniach „przydatność bojowa” ofiar drastycznie spada – a zmęczonych i poranionych łatwiej upolować. I żeby nie było nieporozumień – nie liczcie na wyżelowanych modeli i nastoletnie cycatki, to nie teen-slasher. Nieszczęśnikami, którzy wejdą w drogę zwyrodnialcom są stateczni, nie wyróżniający się z tłumu lekarze. Jeśli lubisz „Deliverance”, to „Rituals” też polubisz. [Phlogiston]

 

 

The Shout
1978, reż. Jerzy Skolimowski, w rolach głównych: Alan Bates, Susannah York, John Hurt

Jeden z najmniej oczywistych filmów Jerzego Skolimowskiego. Opowieść o mężczyźnie, który posiadł umiejętność zabijania krzykiem. Niecodzienny pomysł staje się przyczynkiem do stworzenia filmu, w którym nieustannie wyczuwa się niemożliwe do rozładowania napięcie. W „Krzyku” czuć realną grozę, choć do dziś nie wiem z czego to wynika. [Fidel]

 

 

 

Siedem czarnych Nut
Sette Note in Nero
1977, reż. Lucio Fulci, w rolach głównych: Jennifer O’Neill, Gianni Garko, Marc Porel.

Wzorowy kryminał, w którym dochodzenie do prawdy naszpikowane jest zakrętami, mającymi widzów wprowadzić w błąd po to by zaskoczyć rozwiązaniem zagadki. Ten film to logiczna łamigłówka, którą można rozwikłać śledząc i analizując wydarzenia. Nie można go oglądać po „łebkach” co chwilę zerkając w gazetę lub telefon komórkowy. Gdy nocny seans nie jest niczym przerywany to thriller ten mocno wciąga i nurtuje ciekawą intrygą oraz zachwyca pełną niepokoju atmosferą. [Mariusz]

Recenzja filmu

 

Sprawa Kramerów
Kramer vs Kramer
1979, reż. Robert Benton, w rolach głównych: Dustin Hoffman, Meryl Streep, Jane Alexander

Pewnego dnia kobieta – żona i matka – opuszcza mieszkanie. Po prostu – wyprowadza się, zostawia wszystko za sobą, nie mając nadziei na nic lepszego, ale bez udawania, że teraz jest jej dobrze. Mężczyzna – ojciec, mąż, pracoholik – zostaje sam. W życiu zawodowym radzi sobie świetnie, za to życie rodzinne go przerasta. Oboje starają się nie pogubić w tym, co dzisiaj zastają. Bywa różnie. 1979 to rok, w którym „Sprawa Kramerów” zgarnęła najważniejsze nagrody – 9 nominacji do Oscara zamieniło się w 5 statuetek, w tym za najlepszy film, reżyserię, scenariusz. Meryl Streep i Dustin Hoffman również zostali nagrodzeni i dają tu taki popis aktorstwa dramatycznego, że nic, tylko siedzieć, patrzeć, podziwiać. Wielkie kino, choć trochę zapomniane, co jest trochę dziwne patrząc na to, ile i jakich nagród spłynęło na twórców. [desjudi]

 

 

Strach na wróble
The Scarecrow
1973, reż. Jerry Shatzberg, w rolach głównych: Al Pacino, Gene Hackman

Genialny, nieco zapomniany film Schatzberga, z Pacino i Hackmanem w rolach dwóch życiowych nieudaczników, borykających się z codziennością w poszukiwaniu swojego miejsca i lepszego jutra. [Łukasz Opaliński]



 

 

 

 

Syndykat zbrodni
The Parallax View
1974, reż. Alan J. Pakula, w rolach głównych: Warren Beatty, Hume Cronym, William Daniels

Śmiało mogę nazwać ten film prekursorem fincherowskiej „Gry” – ta sama atmosfera zaszczucia, odgórnej manipulacji, poczucie udziału w zabawie, której nie można wygrać. Wszystko to znakomicie wyreżyserowane i trzymające w napięciu do samego końca. 15-minutowy finał w sali gimnastycznej i Beatty biegnący do drzwi… Te sceny siedzą w pamięci jeszcze długo po seansie. [Nawrocki]

 

 

 

Śmierć prezydenta
1977, reż. Jerzy Kawalerowicz, w rolach głównych: Zdzisław Mrożewski, Marek Walczewski

Jedna z najbardziej ponurych kart w historii polskiej demokracji w niemal paradokumentalnym widowisku Jerzego Kawalerowicza przeraża bardziej niż wiele autentycznych źródeł historycznych. Gdyby zdanie „na ten film powinny iść szkoły” tak okrutnie się w Polsce nie zdewaluowało przez ostatnich kilkanaście lat, właśnie taką rekomendację należałoby wystawić „Śmierci prezydenta”. [Jacek Skałecki]

 

 

 

Święta góra
The Holy Mountain
reż. Alejandro Jodorowsky, w rolach głównych: Alejandro Jodorowsky

Apogeum twórczego szału Alejandra Jodorowskiego i jeden z najbardziej szalonych filmów w historii kina. W tym filmie jest dosłownie wszystko – krucjaty, sekrety nieśmiertelności, oświeceni mędrcy, światowi potentaci finansjery, szaleńcy, filozofowie i mężczyźni, którzy zamiast sutków posiadają wymiotujące mlekiem głowy gepardów. Dlaczego to film lepszy od kultowego „Kreta”? Bo Jodorowski nie żałuje w nim humoru i totalnie wyrywa się wszelkim ramom gatunkowym, które ograniczały jego poprzedni film. „Święta góra” to rzecz jedyna w swoim rodzaju i niemożliwa do podrobienia. Nie trzeba brać LSD, wystarczą dwie godziny z Jodorowskim. [Fidel]

 

Tajemnica Andromedy
The Andromeda Strain
1971, reż. Robert Wise, w rolach głownych: Arthur Hill, James Olson, Kate Reid, David Wayne

Możliwe, że „The Andromeda Strain” to jeden z ważniejszych filmów SF w historii, a z pewnością, jeden z ważniejszych filmów tego gatunku, powstałych w latach 70. Ważny z tego względu, że potrafi niezwykle wiarygodnie oddać perspektywę kosmicznego zagrożenia. Nie bawi się w uproszczenia, nie wygładza przekazu, przeraża stopniem prawdopodobieństwa. Pobudza do uderzenia się w pierś oraz ponownego zadania sobie pytania- do czego tak naprawdę potrzebna jest nam wiedza o tym, czy jesteśmy sami w kosmosie? [Piwon, fragment recenzji]

 

 

Ucho
1970, reż. Karel Kachyna, w rolach głównych: Ivan Paluch, Jaroslav Brzobohaty

Film Karela Kachyňy jest w Polsce właściwie nie znany, a szkoda, bo jest to jedna z najbardziej przekonywujących wizji zniewolenia przez system, jakie powstały w dawnym bloku wschodnim. To stojąca na progu surrealistycznego koszmaru opowieść o strachu przed każdym szmerem i każdą wskazówką, która może doprowadzić do zdemaskowania i zamknięcia w komunistycznym więzieniu. Film niezwykle sugestywny i oskarżycielski w swej wymowie, do dziś błyskotliwy i w swej krytyce ostry jak brzytwa. [Fidel]

 

 


Waleria i tydzień cudów

Valerie a Týden Divů
1970, reż. Jaromir Jires, w rolach głównych:  Jaroslava Schallerová, Jan Klusák, Josef Abrhám

Pomijając szalone wizje Jodorowskiego i Arrabala, Czechosłowacja jest chyba jedynym miejscem, w którym z taką fantazją reaktywowano filmowy surrealizm, a „Waleria i tydzień cudów” Jireša jest na to najlepszym dowodem. Wizualnie olśniewająca i drapieżna fantazja na temat budzącej się seksualności to popis ogromnej wyobraźni i wrażliwości twórców. Film, mimo upływu lat, do dziś napawa niepokojem, czaruje i wywołuje kontrowersje, a o to w dzisiejszych czasach niełatwo. [Fidel]

Widmo wolności
Le Fantome de la Liberte
1974, reż. Luis Bunuel, w rolach głównych: Adriana Asti, Adolfo Celi

Apogeum ironicznej złośliwości Buñuela i prawdopodobnie najlepsza ekranizacja Gombrowicza, mimo tego, że film nie jest oparty o żaden z jego tekstów. Burzliwe lata sześćdziesiąte oraz siedemdziesiąte przyniosły wiele protestów, które walczyły o rewolucję światopoglądową. Ludzie zażądali wolności, zniesienia obowiązujących zasad. Buñuel spełnia ich postulaty aż nazbyt skrupulatnie. Tworzy świat na opak i uzmysławia, że rezygnacja z jednej „gęby” niechybnie powołuje do życia kolejną. Nic dziwnego, że w jednej ze scen filmu młody mężczyzna niesiony ferworem wywracania zasad na nice krzyczy – „Niech żyją kajdany”, bowiem kultura to kajdany, ale co pozostałoby nam po jej odrzuceniu? [Fidel]

 

Wniebowzięci

1973, reż. Andrzej Kondratiuk, w rolach głównych: Jan Himilsbach, Zdzisław Maklakiewicz 

Najlepsza polska komedia, dowód na to, że można stworzyć prześmieszny film, bez uciekania się do obleśnych dowcipów i dużego budżetu. Maklakiewicz i Himilsbach w rolach życia. Prawdziwa szczera przyjaźń, która udowadnia, że nie wiele rzeczy ma prawdziwą wartość. Film zasługuje na kult. A dialog: -Jak się czujesz? -Dobrze, a ty? -Ja też Dobrze. Na zawsze pozostaje w pamięci.[Marinhos Stefansky]

 

 

Woodstock
1970, reż. Michael Wadleigh

Michael Wadleigh zrobił to, co zrobić należało. Zabrał kamerę i wszedł na teren legendarnego festiwalu, aby zarejestrować koncerty i oddać głos ludziom. Chwała mu za to, że jego dokument nie jest montowany wedle żadnego oszukańczego klucza, który miałby zmienić go w paszkwil lub manifest. Jego „Woodstock” to filmowy powiew wolności i młodzieńczego wigoru. Rzecz szalenie uczciwa, wzruszająca i muzycznie rzucająca na kolana – „With a Little Help from My Friends”! [Fidel]

 

Wśród nocnej ciszy
1978, reż. Tadeusz Chmielewski, w rolach głównych: Jerzy Bończak, Halina Kowalska, Teresa Lipowska, Henryk Bista

Polscy reżyserzy pewnych gatunków po prostu nie tykają. Rasowe science-fiction mieliśmy ostatnio chyba jeszcze za komuny, polskie fantasy to równie częsty widok co biały kruk lub dwugłowe cielę, a poważne sensacje trafiają się raz na millenium. Z porównywalną częstotliwością nasi filmowcy zabierają się za motyw seryjnego mordercy. A szkoda, bo raz wyszła nam Polakom prawdziwa perełka. Akcja filmu toczy się w przedwojennym, skąpanym w śniegu miasteczku (w tej roli Bydgoszcz), gdzie tuż przed świętami zaczął grasować morderca małych blond chłopców. Przy każdej ofierze zostawia obrazek z czarnym kotkiem. Śledztwo prowadzi komisarz Herman, który zapowiada, że złapie i zaprowadzi na szafot mordercę, „kimkolwiek on by nie był”. Komisarz Herman wychowuje samotnie dorastającego syna i jeśli można być pewnym czegoś o komisarzu, to tego, że NIE jest amatorem bezstresowego wychowania. Zimny wychów to dla młodego Wiktora codzienność. Chłopaka ciągnie do wielkiego świata, razem z przyjacielem planuje zaciągnąć się na statek i zostawić miasteczko daleko w tyle. Co będzie dalej – nie zdradzę. To co podoba mi się, że mówi tak niewiele, sugerując bardzo dużo, co nieźle działa na wyobraźnię. Wreszcie ktoś w tym kraju wziął sobie do serca zasadę show – „don’t tell”. Film funduje nam też masę kapitalnych obserwacji, mini-scenek, które nadają klimatu i budują wiarygodność świata przedstawionego. Przykład? Komisarz przynosi szefowi policji zdjęcie z wojska głównego podejrzanego. Szef na to: „Tylko nie dawajcie tego do prasy. Podejrzany w mundurze, co ludzie sobie pomyślą”. Po tych słowach byłem w 100% kupiony. Aktorstwo stoi na wysokim poziomie, na pierwszym planie kompletnie anonimowi dla mnie Tomasz Zaliwski (komisarz) oraz Piotr Łysak (jego syn). Na drugim planie zaś m.in. Jerzy Bończak i Henryk Bista. [Phlogiston]

To jeden z tych niedocenionych i zarówno mało znanych filmów. Polski thriller raczej kuluje a ten obraz jest tego zaprzeczeniem. Ciekawa intryga, świetne role i magiczna Bydgoszcz imitująca nadmorskie miasteczko. [Witold Wojciechowski]

 

Zabriskie Point
reż. Michelangelo Antonioni, w rolach głównych: Daria Halprin, Mark Frechette, Rod Taylor, Harrison Ford, Paul Fix, Kathleen Cleaver

Czyli Antonioniego rozprawa z kontestacją. Wśród skał i piasków doliny śmierci błąkają się młodzi ludzie, którzy jeszcze niedawno skandowali na ulicach. Rewolta nie była jednak gotowa, porządku – nawet najbardziej opresyjnego – nie da zastąpić się jedynie pustymi sloganami. Nie można wiecznie błąkać się po pustyni, nawet z muzyką Pink Floydów w tle, bo prędzej czy później umrze się z pragnienia. Doskonała, choć gorzka filmowa metafora niedojrzałości kontestacji lat sześćdziesiątych. Całkowicie nie rozumiem dlaczego krytyka oraz publiczność zmieszała ten film z błotem. [Fidel]

 

Zagadka Kaspara Hausera
Jeder für sich und Gott gegen alle
1974, reż. Werner Herzog, w rolach głównych: Bruno S., Walter Ladengast

W każdym ze swoich filmów Herzog stara się zbliżyć do człowieka i odpowiedzi na to, czym właściwie jest człowieczeństwo. Kaspar Hauser to postać ikoniczna dla jego kina. Człowiek znikąd, wrastający w kulturę jako dorosła osoba. Nie należy on do żadnego porządku, czuje się Obcym zarówno wśród kultury, jak i natury roztaczającej się poza jej granicami. Na bazie tej dychotomii rodzi się ludzka tożsamość. Człowiek, skazany na samotność, wciąż szuka, niejednokrotnie aż do utraty zmysłów. Każdy z nas jest Kasparem Hauserem. [Fidel]

 

 

Zawód: Reporter
Professione: reporter / The Passanger
1975, reż. Michelangelo Antonioni, w rolach głównych: Jack Nicholson, Maria Schneider, Steven Berkoff

„Zawód: Reporter” przeszedł do historii kina głównie ze względu na swój hipnotyzujący epilog. Siedmiominutowe ujęcie finałowe to materiał, na którym połamał sobie zęby niejeden krytyk oraz filozof. Nie mam jednoznacznej odpowiedzi na to, o czym opowiada Antonioni, ale to właśnie tajemnica, zawieszenie odpowiedzi, było domeną jego największych filmów. „Zawód: Reporter” z całą pewnością do nich należy. [Fidel]

 

Złoto dla zuchwałych
Kelly’s Heroes
1970, reż. Brian G. Hutton, w rolach głównych: Clint Eastwood, Telly Savalas, Donald Sutherland, Don Rickles

Skok na bank, w którym ukryto niemieckie złoto? Z Eastwoodem, Savalasem i Sutherlandem zawsze! Świetne kino przygodowe z masą dobrego humoru i II wojną światową w tle, a do tego fantastyczna, wpadająca w ucho muzyka. [Arahan]

 

 

 

 

Zwierciadło
Зеркало
1974, reż. Andriej Tarkowski, w rolach głównych: Ałła Demidova, Larisa Tarkowskaja, Oleg Jankowski

Rodzinny dom, rosyjska dacza skryta pomiędzy zielenią traw i drzew, to epicentrum świata Andrieja Tarkowskiego. Zmuszony do opuszczenia Rosji, reżyser tęsknił za nią całe życie. To ona pojawia się w finale oddalonego o dziesiątki lat świetlnych Solaris, stanowi jeden z najsilniejszych symboli „Ofiarowania”, dominuje wspomnienia autora w „Czasie podróży”. „Zwierciadło” jest kinowym powrotem do jej wnętrza. Tajemnicze, pełne skrajnych emocji i szalenie osobiste kino, które – jak się wydaje – jest po części cichym trenem samego reżysera. Requiem dla wspomnień, oczyszczeniem. [Fidel]

Opowieść o dzieciństwie reżysera, w szczególności o matce, z pogranicza jawy i snu, z wielkimi wydarzeniami historycznymi w tle przemieszanymi z prozą życia, teraźniejszością i marzeniami. [Łukasz Opaliński]

 

Żelazny krzyż
The Cross of Iron
1977, reż. Sam Peckinpah, w rolach głównych: James Coburn, Maximilian Schell, James Mason, David Warner’

Twórca „Ucieczki gangstera” sprawdza swoje siły w kinie wojennym i choć jego upodobanie do alkoholu, narkotyków i innych używek nie osłabło udało mu się nakręcić świetny film. Obok typowej dla kina wojennego batalistyki Peckinpah przedstawia pełen napięcia konflikt pomiędzy dwoma niemieckimi żołnierzami. W przedstawionej tu historii i w pojedynczych fragmentach widoczny jest absurd działań wojennych. O co toczy się walka, po co ginie tak wielu ludzi? Dla jakichś żelaznych krzyży? Czy może są inne cele? [Mariusz]

„Żelazny krzyż”(1977) – dla Orsona Wellesa „najlepszy film antywojenny w historii kina” należy również do najbardziej kontrowersyjnych w twórczości reżysera „Dzikiej bandy”. Ten epicki fresk opisujący działania małego oddziału Wehrmahtu dowodzonego przez sierżanta Steinera (James Coburn), prowadzącego rozpoznanie na tyłach Armii Czerwonej w czasie walk na Froncie Wschodnim w 1943 roku, zrealizowany został w Europie na podstawie autentycznych pamiętników Williego Heinricha pt. „Das Geduldige Fleisch” („Oporne mięso”) – weterana operacji Barbarossa. Realizujący zdjęcia do „Żelaznego krzyża” Peckinpah (podczas kręcenia scen frontowych reżyser miał zwyczaj przywdziewać mundur Wehrmachtu), pisał w liście do Pauliny Kael, że trudno zachować mu antywojenny wydźwięk całego filmu, przy tak wspaniałych sekwencjach bitewnych starć, jakie udało mu się wykreować 13. I tę rozterkę widać w „Żelaznym krzyżu” – z jednej strony atakują widza fotogeniczne obrazy zbrojnych starć, widowiskowy balet śmierci z malowniczo wylatującymi z karabinów łuskami po nabojach, z drugiej wstrząsa tragikomiczna scena w szpitalu, w której odbierający medal niemiecki żołnierz – pozbawiony przez wojnę obu rąk – niespodziewanie podaje nogę odznaczającemu weteranów generałowi. Oglądając film Peckinpaha kolejny raz, widać bardzo wyraźnie, że w tym pomieszaniu patosu, widowiskowości, okrucieństwa i wizualnego piękna udało się reżyserowi pokazać chory fenomen wojny – jak ujął to lakonicznie James Jones, autor „Cienkiej czerwonej linii” – „najbardziej podłego i najbardziej wzniosłego z ludzkich przedsięwzięć”. [Piotr Kletowski, fragment filmografii Peckinpaha]

 

 

 

Rafał Oświeciński

Rafał Oświeciński

REDNACZ at FILM.ORG.PL
Celuloidowy fetyszysta.
Kino istnieje nie tylko dla rozrywki. Powinno budzić emocje. Powinno szokować ibulwersować. Powinno bez skrupułów zmuszać mózg i serce do wytężonej pracy. Dlatego wolę nieudane eksperymenty od udanych średniaków tworzonych od linijki.
Rafał Oświeciński






  • ronald_neame

    a gdzie „Tragedia Posejdona” ja sie pytam

  • samwise

    Wielu tytułów brakuje ale… to niemożliwe żeby umieścić 300 tytułów. Ja bym dał „Śmierć w Wenecji”.

  • janko

    Dziwię się że zabrakło jednego z lepszych filmów o Wietnamie ze świetnym Jonem Voightem: Powrót do domu (Coming home)

  • kocur

    zajebiste zestawienie, dzieki KMF!

  • materatzowy

    brakuje „shafta”. bardzo.

  • Alanwake

    A „Wojownicy”??

  • anthony1000

    Koniecznie „Klute”, bez tego ani rusz.

  • wojtasss

    nie widzę nic z DeFunesem choć on miał też dobre filmy w latach 60

  • Pingback: Najlepsze filmy lat 70. – miejsca 75-51 | Film.org.pl()






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Czarno na białym - W kleszczach lęku

Następny tekst

#40 Szklana pułapka 5



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE