Ranking

STRACH MA ZAMKNIĘTE OCZY. Horrory, na których przysypiam

Autor: Szymon Skowroński
opublikowano

Jednym z założeń twórcy horroru jest doprowadzenie widza do stanu, w którym nie może zasnąć po seansie. Ostatecznie jednak dobrze jest, gdy odbiorca obejrzy cały film opatulony kocem, drżąc z przerażenia. Nieźle, gdy kilka razy trochę się zaniepokoi lub przestraszy. Kiepsko, gdy widza film w ogóle nie obejdzie – obejrzy go raczej z obowiązku albo niechęci do nieukończenia zaczętego seansu. Najgorzej jednak jest wtedy, kiedy widz zaśnie w trakcie horroru.

Przez ostatnie dwadzieścia lat z przeżytych trzydziestu nie zdarzyła mi się pusta noc po horrorze. Z dzieciństwa mgliście pamiętam przerażenie E.T. (naprawdę, atmosfera tego filmu dla sześcioletniego mnie była po prostu zbyt gęsta) i garścią innych rzeczy, ale chyba najbliższy rasowemu horrorowi było W mgnieniu oka z Rutgerem Hauerem. Fanem gatunku – ale bardzo specyficznym fanem – stałem się dopiero jakiś rok temu. Nadrabiam zaległe klasyki i oceniam je przez pryzmat soczewki własnego oka. Jeśli jest ona przykryta powieką – to znaczy, że horror był nijaki. Jeśli pozostawała odsłonięta przez większość seansu – zaliczam film na plus. A tutaj podaję horrory, na których przysnąłem. (Wszystkie filmy dokończyłem.)

Koszmar z ulicy Wiązów

Przespała najlepszy moment!

Koszmar przenika tu do rzeczywistości, ale ta rzeczywistość jest koszmarnie sztuczna.

Numer jeden na liście – film, którego fenomenu nie potrafię w żaden sposób zrozumieć. Może nigdy nie miałem porządnego koszmaru, może jestem pozbawiony wrażliwości, a może wszyscy wokół za bardzo przeżywają postać Freddy’ego Kruegera. Zdaję sobie sprawę, że Wes Craven uznawany jest za mistrza horroru, który dwukrotnie zmienił oblicze tego gatunku – w tym pierwszy raz właśnie za pomocą Koszmaru. Ba, uwielbiam jego kolejny „przełom”, czyli Krzyk, genialnie punktujący schematy tego typu kina, jednocześnie będąc niemal szablonowym przykładem tego, czego jest pastiszem. Cenię również techniczną wprawę Cravena i wizualną wyobraźnię, która w Koszmarze powołała do ekranowego życia kilkanaście świetnie wykonanych ujęć. Razi mnie jednak sztuczność, która chwilami bije z ekranu – i nie tylko ta dotycząca rekwizytów czy inscenizacji (jak przedostatnie ujęcie dmuchanej lalki wciąganej przez drzwi), ale sztuczność… prawdziwości. Koszmar przenika tu do rzeczywistości, ale ta rzeczywistość jest koszmarnie nieprawdziwa. Skrótowe rozwiązania narracyjne, sztucznie brzmiące dialogi, sztuczne emocje, bohaterowie. W rezultacie w połowie seansu film uśpił moją czujność, bo nie brałem na poważnie niczego, co dzieje się na ekranie. Przymknąłem oko raz i drugi, a na sequele lub powtórkę nie mam na razie ochoty.

Zanim się obudzę

Czy ja śnię? A nie, zaraz, ja gram w horrorze.

Do dziś, kiedy nie mogę zasnąć, myślę o filmie Flanagana – pomaga.

Tytuł – idealny! Przespałem chyba dwadzieścia minut, a film oglądałem w ramach nocy horrorów w bydgoskim Cafe Kino. Atmosfera więc nie była bynajmniej senna. Ale film już tak. Jacob Tremblay, którego nie trawię za ten film i inny, nędzny horror – Osaczoną, jest tutaj ucieleśnieniem wszystkiego, co drażni mnie w dziecięcych rolach. Słodki, niewinny chłopiec z wielkimi, mokrymi oczami i cieniutkim głosikiem. No jakże mu nie współczuć? Jakże go nie kochać? Gwoździem do trumny, w której spoczywa warstwa emocjonalna tego filmu, jest Kate Bosworth, która jest chyba najgorszą aktorką współczesnego Hollywood. No może Katherine Heigl jest gorsza. Mike Flanagan, skądinąd świetny fachowiec od dreszczowców, popełnił tutaj największy grzech – taśmę filmową pomazał plamami nudy. Wszyscy się snują po lokacjach, wszyscy płaczą, wszyscy cierpią. Muzyka sugeruje, kiedy dzieje się coś złego, a kiedy można odetchnąć, bo inne elementy składowe narracji nie są w stanie. Zanim „przyciąłem komara”, ciągle miałem wrażenie, że z filmu wycięto jakieś istotne sceny i wątki, bo nie mogłem poskładać tej historii w całość. Ostatecznie udało mi się coś zrozumieć, ale nadal mam wrażenie, że wewnątrz tego wieje nuda i świeci pustka. Tak jakby wszystko działo się w zwolnionym tempie, żeby dobić do tych wymaganych dziewięćdziesięciu minut. Do dziś, kiedy nie mogę zasnąć, myślę o filmie Flanagana – pomaga.

Amerykański wilkołak w Londynie

Mówiłem wyraźnie – nie budzić mnie przed jedenastą!

Griffin Dunne. Charakteryzacja. Efekty specjalne. To było dobre! Ale od momentu, w którym główny bohater trafia do szpitala, obok niego powinien położyć się scenarzysta i reżyser tego dzieła. Wątek romantyczny jest tak naciągany, że aż pęka cienka guma łącząca racjonalność z niedowierzaniem. Prawdziwy „horror” zaczyna się tu na jakieś dwadzieścia minut przed końcem. Wcześniej ciągle chodzą, gadają. Ekspozycja na poziomie opowiadania gimnazjalisty. Wilk jest dziki, wilk jest zły! Wilk ma bardzo ostre kły! Czy coś w tym rodzaju. Aha, ten film jest także komedią. Nie to, żeby było w nim cokolwiek śmiesznego, ale w sumie ta przynależność gatunkowa pozwala mu wybronić rażące idiotyzmy. Mniej więcej w połowie zacząłem sprawdzać, kiedy się skończy. Tu akurat nie zasnąłem, ale siedziałem zgarbiony, oparty na dłoniach, wyczekując końca. A gdy ten nadszedł, nie marzyłem już o niczym innym poza drzemką.

Ostatnio dodane