Ranking

NIEZAPOMNIANE FILMOWE PROLOGI

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

W greckim dramacie prolog często stanowił o sukcesie całej historii, nierzadko stanowiąc dla niej nie tyle wstęp, co swoistą przedmowę – przedstawienie widowni, z czym będzie miała do czynienia, i jednocześnie wabik dla jej zainteresowań. Kiepski prolog był zatem w stanie kompletnie pogrzebać sztukę, a rewelacyjny bez problemu wpłynąć na jej sukces.

Dziś to zaledwie część narracji, acz nie mniej ważna co w czasach starożytnych – zwłaszcza dla kina. Przydługie otwarcie może wszak spowodować, że z ekranu zacznie wychodzić nuda, a z sali publika. Nie bez kozery sam Alfred Hitchcock radził zaczynać film od trzęsienia ziemi i potem stopniowo podwyższać napięcie. Z tego samego powodu producenci często odrzucają scenariusze, które nie mają im nic do zaoferowania przez pierwsze piętnaście stron, a czasem nawet kończą je czytać po dziesięciu.

Należy jednak też pamiętać, że filmowy prolog można rozumieć różnie. Czasem jest to nieduża scenka, która z reguły poprzedza napisy – innym razem potrafi zająć jedną trzecią całego metrażu. Raz bywa zwykłym żartem twórców, którego głównym zadaniem jest przykucie uwagi odbiorcy, a kiedy indziej to zaiste kluczowa część filmu, bez którego ten wydawałby się niekompletny, pusty. I choć pełno jest osób, które potrafią wbić się na seans na długo po jego rozpoczęciu, to nawet one nie powinny negować znaczenia dobrego otwarcia, w którym bywa zawarta nie tylko cała magia, ale także i clou danej produkcji. Poniżej subiektywnie wyselekcjonowana, zgodna z alfabetem dwudziestka przykładów niezapomnianych wstępów do krainy snów, do których jeszcze niżej możecie dopisać własne.

007: Quantum of Solace

prolog_quantum

Jak nie wyjdziesz, to powiem M.

Na dobrą sprawę wszystkie prologi w służbie Jej Królewskiej Mości trzymają solidny poziom i zawsze dobrze je się ogląda, niekiedy nawet lepiej niż poszczególne odsłony serii. Co więcej, przez lata stały się one jednym z najbardziej charakterystycznych jej elementów. Bez względu więc na to, którą część wybierzemy, szansa, że trafimy dobrze, jest wyjątkowo duża. Niemniej na tle wszystkich dwudziestu czterech tytułów (a nawet dwudziestu pięciu, jeśli liczyć jeden nieoficjalny), to właśnie Kwantumy solacji wypadają najlepiej. Pościg drabów za Bondem przez plenery słonecznej Italii jest niezwykle widowiskowy i plastyczny, a przy tym poraża dynamiką i stanowi audiowizualny cymes. W dodatku jest to niejaki ewenement w historii 007, gdyż nie tylko znakomicie wprowadza w daną odsłonę, ale i stanowi solidne zwieńczenie wcześniejszej części. Aż chce się powtarzać.

 

2001: Odyseja kosmiczna

prolog_2001

W pół do monolitu

Czym byłoby kino bez Stanleya Kubricka, a poniższa lista bez jego Odysei? Prolog 2001 to bez cienia przesady małe arcydzieło i jedno z najważniejszych „otwarć” w całej historii ruchomego obrazu. Dziesięciominutowa sekwencja tocząca się pośród przodków homo sapiens jest kwintesencją czystej wizualizacji, pozbawionej dialogów oraz innych „wyjaśnień” rozgrywających się na ekranie wydarzeń. To solidna opowieść sama w sobie, a nie tylko część fantastycznej rozprawki reżysera – nie zawsze rozumianej, często przekombinowanej z punktu widzenia statystycznego widza. Tym większa ironia w fakcie, że pierwotnie wcale nie był to prolog tego filmu. Kubrick planował rozpocząć go bardziej naukowym preludium, pełnym gadających głów, jednak ze względów czasowych ostatecznie go wyciął. Transkrypcję tychże wypowiedzi można znaleźć w książce o wszystko mówiącym tytule: Are We Alone?: The Stanley Kubrick Extraterrestrial Intelligence Interviews.

 

Bękarty wojny

A Jew? Here!

A Jew? Here!

Quentin Tarantino kocha dialogi, a my kochamy je konsumować. Brzmi dziwnie, ale mało który reżyser może pochwalić się podobnym polotem w serwowaniu publice niekończących się rozmów o niczym. W Bękartach… już w samym prologu dochodzi do apogeum tej formy wyrazu. QT nie pierwszy (i zapewne nie ostatni) raz rozpoczyna tak swój film, niemniej to właśnie w jego – jak sam reżyser podkreśla pod koniec filmu – arcydziele trudno oderwać wzrok od ekranu, a pozornie sielankowa, błaha pogadanka pod przykrywką ankiety społecznościowej szybko przeradza się w mały horror, którego rezultat, poprzedzony gęstniejącą z minuty na minutę atmosferą nieuniknionego, dosłownie staje w gardle tak bohaterom, jak i odbiorcy. Mocna rzecz. I jakże filmowa.

 

Chłopcy z ferajny

No i gdzie ten Mac?

No i gdzie ten Mac?

Ikoniczny film Martina Scorsesego rozpoczyna się w bodaj najbardziej kameralny z całej stawki sposób. Ot, trzech szemranych typów o popularnych twarzach Roberta De Niro, Joe Pesciego i Raya Liotty jedzie sobie spokojnie autem przez mrok. Do czasu, gdy ze swoistego letargu wyrywa ich podejrzany stukot dobywający się gdzieś z tyłu… Gdy zjeżdżają na pobocze, w czerwonej poświacie świateł stopu szybko wychodzi na jaw nie tylko źródło odgłosu, co przerażające clou ich nocnej eskapady. A także, a może przede wszystkim, bezwzględny styl filmu, przypieczętowany nie tylko tak zwanym mięsem, którego reżyser nam nie żałuje, co wypowiedzianą za moment nieco (celowo) beznamiętnie przez Liottę kwestią: „Odkąd pamiętam, zawsze chciałem być gangsterem…”. I jesteśmy kupieni.

 

Full Metal Jacket

Here’s Leonard!

Here’s Leonard!

Małe arcydzieło, które stanowi idealny przykład na to, że prolog nie musi być wcale ograniczony czasowo. Ten tutaj zajmuje niemalże połowę z blisko dwugodzinnego widowiska. I dla wielu jest jego najatrakcyjniejszą częścią. Bezlitosne, brutalne szkolenie wojskowe, na które wręcz skazani zostają bohaterowie przed wylotem do Wietnamu, jest z jednej strony przedsionkiem do piekła, które przechodzą już w obcym kraju, jak i wojną samą w sobie – konfliktem charakterów, ideologii, starciem jednostki i systemu. To niezwykły popis ekspresji R. Lee Ermeya jako pełnego nienawiści sierżanta Hartmana (rola, której nigdy nie zdołał przeskoczyć) oraz przerażająca przemiana pociesznego, otyłego Vincenta D’Onofrio (znakomity występ!) w bezduszną, tępą maszynę do zabijania, z którą lepiej nie zadzierać. Elektryzujące.

Gangi Nowego Jorku

A mogliśmy załatwić to latem...

A mogliśmy załatwić to latem…

Ponownie Scorsese – tym razem z zacięciem historycznym, ukazującym dosłownie ręce, które zbudowały Amerykę. A zbudowały ją na własnej krwi, o czym przekonuje nas porywający wstęp do filmu. Wstęp, który ukazuje nam nie tylko ówczesne struktury społeczno-kulturowe, co w bliskim najlepszych dokumentów BBC stylu zagląda do najgłębszych zakamarków jaskini lwa. Lwa, który pod postacią martwego królika toczy za moment istną batalię na przeszywającym zimnie. Pośród zgliszcz starych domostw i kamiennych murów (bynajmniej nie) opuszczonych fabryk dokonuje się walka o skromny kawałek ziemi z równie niebezpiecznym przeciwnikiem w gentlemańskim przebraniu. I wszystko to ukazane w iście hipnotyzującej, niekiedy bliskiej teledyskowej narracji formie podszytej współczesnym brzmieniem muzyki. Ostre niczym widoczna w tymże prologu brzytwa.

 

Hot Fuzz – ostre psy

O aniołku mowa.

O aniołku mowa

Edgar Wright to obecnie mistrz wizualnej komedii – twórca potrafiący szybko przekazać za pomocą obrazu multum istotnych informacji, nie zanudzając przy tym widza. Krótko, treściwie i jakże trafnie – tak można podsumować początek Hot Fuzz, wstęp do którego jest także intrygującym oraz piekielnie śmiesznym przedstawieniem głównego bohatera: sierżanta Mikołaja Anioła. Połączenie dynamicznego montażu, chwytliwej ścieżki dźwiękowej, dosadnej serii zwięzłych dialogów, niemalże ripost oraz zapodanej z offu ze śmiertelną powagą narracji i równie pokerowej twarzy Simona Pegga, który dosłownie rozsadza ekran, to gotowy przepis na poprawę humoru w każdej możliwej sytuacji. I chyba najlepsze otwarcie ze wszystkich filmów Wrighta.

 

Indiana Jones i ostatnia krucjata

Pryk!

Pryk!

Zgoda, wszystkie prologi przygód dzielnego archeologa – nawet tej niechlubnej z pieskami preriowymi – są co najmniej intrygujące. Lecz to właśnie swoista retrospekcja w części trzeciej, gdzie wraz z Indianą przeżywamy jedną z jego pierwszych „misji” ratowania starożytnych artefaktów, wyróżnia się w tej serii. Świetny jest River Phoenix jako młodsze wcielenie Jonesa Juniora. Znakomita jak zawsze muzyka Johna Williamsa, która towarzyszy wcale nie głupiej, a przy tym zapodanej z wielkim wyczuciem i smakiem potyczce nieopierzonego skauta z Tomb Raiderami swoich czasów. Świetna rozrywka, jak i jeden z najlepszych fragmentów całej sagi. I do tego geneza wielu charakterystycznych elementów danego bohatera i jego świata. Czegóż chcieć więcej?

 

Kod dostępu

Feministki miałyby używanie.

Feministki miałyby używanie

I przykład prologu, wokół którego praktycznie obraca się cała fabuła. Ba! Swordfish – bo tak brzmi tytuł oryginalny – właśnie dzięki znakomitemu otwarciu (oraz piersiom Halle Berry) był swego czasu na ustach wszystkich kinomanów. Z dzisiejszej perspektywy troszkę się te pierwsze minuty zestarzały, szczególnie pod względem technicznym. Choć trzeba przyznać, że dramatycznie to dalej cymes. I w dodatku jak ładnie wyważony. Wpierw John Travolta serwuje nam monolog o filmach, który można odczytać jako swoisty przytyk do Hollywood (co ciekawe, teraz jest on jeszcze bardziej aktualny!). Dopiero po chwili statycznej, acz ciekawej wymiany zdań twórcy odsłaniają przed nami karty i faktyczny zamysł sceny – niezwykle dynamicznej, pomysłowej i dramatycznej sekwencji z zakładnikami. A to wszystko tuż po zamachach 9/11 (w Polsce film wszedł na ekrany w listopadzie 2001 roku)! Trzeba znać.

 

Król Lew

Jeszcze nie wie, że czeka go sequel, spin-off i remake.

Jeszcze nie wie, że czekają go sequel, spin-off i remake

Bodaj jedno z najbardziej niezapomnianych kinowych przeżyć – zwłaszcza z perspektywy małoletniego widza. Oto bez żadnego ostrzeżenia uderza w nas jednocześnie wschodzące słońce afrykańskie, jak i potężna muzyka Hansa Zimmera utkana z pieśni i elementów kultury Czarnego Lądu. Potem w zachwycie obserwujemy przepięknie narysowane, ale jakże żywe, naturalne wycinki z życia tamtejszej flory i fauny. Zwierzęta powoli zbierają się wokół Lwiej Skały, a niezrozumiałe, wykonywane w dzikim szale okrzyki przeradzają się w piosenkę o Kręgu życia. Wszystko zwieńczone ikonicznym, pełnym dostojeństwa, ale i podszytym smakiem zwycięstwa rytualnym gestem podniesienia ku górze przyszłego władcy sawanny. Magia i moc nie do zapomnienia!

Ostatnio dodane