Ranking

POWROTY PO LATACH. Najlepsze i najbardziej rozczarowujące produkcje

Autor: Filip Pęziński
opublikowano

Kontynuacje filmów uznanych (czy po prostu dobrze zarabiających) to rzecz znana i występująca w kinie bez względu na epokę i szerokość geograficzną. Twórcy potrafią w poszukiwaniu poklasku lub łatwego zarobku zarżnąć nawet najlepszą historię, z drugiej strony w kontynuacjach rozwinąć oryginalną fabułę, poszerzyć świat przedstawiony  i wznieść się na prawdziwe wyżyny sztuki filmowej. Specyficznym sequelem pozostaje ten, który powstaje po istotnie dłuższej przerwie…

Coraz częściej sięga się po kultowe obrazy, serie i po wielu latach, nierzadko dekadach, dopisuje się ich bohaterom dalsze losy. Fani zarzucają  takim pomysłom próbę sprzedania zbyt długo odgrzewanego kotleta i bazowanie na tanim sentymentalizmie. Prawda jest jednak taka, że bez względu na intencje projekt, jak każdy inny, może zakończyć się nie tylko porażką, ale i realnym sukcesem.

Dziś, po trzydziestu pięciu latach przerwy, na ekranach podziwiać (miejmy nadzieję, że „podziwiać” okaże się adekwatnym słowem) będziemy mogli świat znany z Łowcy androidów, a ja z tej okazji zapraszam was do zapoznania się z dotychczas najlepszymi, ale i najbardziej rozczarowującymi powrotami po latach. Początkowo chciałem przestawić te po prostu najgorsze, ale czy naprawdę muszę pisać, że nie warto sięgać po drugą część Wirującego seksu czy Nagiego instynktu? Z powrotami do świata znanego z ukochanych filmów łączą się wielkie emocje, więc uznałem, że lepiej skupić się na filmach niekoniecznie najgorszych, ale najbardziej rozczarowujących.

Najbardziej rozczarowujące

Miejsce 5. Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć

Polska popkultura, chociaż bogata i ciekawa, nie funkcjonuje w sposób podobny do wzorca zza oceanu. Twórcy rzadko i niechętnie sięgają po kultowe produkcje, aby wycisnąć z nich ostatnie soki – Czterej pancerni i pies dalej czekają na remake, przygoda z kontynuacją Kapitana Żbika zakończyła się po jednym numerze, a Stawka większa niż życie liczyła tylko osiemnaście odcinków, a przecież mogła sto osiemnaście. Z dalszymi losami Hansa Klossa zatęsknili w końcu scenarzyści oryginału, którzy w 2010 zaczęli pracę nad scenariuszem kinowej kontynuacji, która ostatecznie przepisana została przez samego Władysława Pasikowskiego, a nakręcona przez Patryka Vegę.

Kuriozalny scenariusz, pokraczny podział między oryginalną a nową obsadą i nieporadna realizacja sprawiły, że film okazał się istną męczarnią.

Czekałem na ten film. Mam miłe wspomnienia związane z oryginalnym serialem, którego poznałem w dzieciństwie podczas wspólnych seansów z ojcem. Do dziś uważam, że historia Hansa Klossa to znakomita odpowiedź na zachodniego Jamesa Bonda, a zwiastun Stawki większej niż śmierć obiecywał niezobowiązującą, kampową rozrywkę w duchu tańszej wersji Indiany Jonesa. Niestety kuriozalny scenariusz, pokraczny podział między oryginalną a nową obsadą i nieporadna realizacja sprawiły, że film okazał się istną męczarnią. Szkoda mi tylko naprawdę dobrze dobranego do roli tytułowej Tomasza Kota i przekonującego Piotra Adamczyka. No i Marta Żmuda-Trzebiatowska była urocza, chociaż pozbawiona jakiegokolwiek talentu aktorskiego.

Miejsce 4. Hannibal

Milczenie owiec to film kultowy i chyba – obok Psychozy Alfreda Hitchcocka i Siedem Davida Finchera – najważniejszy zachodni film o seryjnym mordercy. Dreszczowiec Jonathana Demme’a zachwycił i wciąż zachwyca widzów i krytyków, zebrał w 1992 roku oscarowego pokera (najlepszy film, najlepszy scenariusz adaptowany, najlepsza reżyseria, najlepsza aktorka pierwszoplanowa, najlepszy aktor pierwszoplanowy), a Hannibal Lecter w interpretacji Anthony’ego Hopkinsa to rola dziś ikoniczna.

Nie pomogła całkiem udana pierwsza połowa, sprawna reżyseria Scotta i przerażający Gary Oldman w roli antagonisty.

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych autor książkowego Milczenia owiec Thomas Harris postanowił napisać kontynuację pod niezbyt oryginalnym tytułem – Hannibal. W 2001 roku premierę miała ekranizacja, którą wyreżyserował sam Ridley Scott. W tym momencie muszę przyznać się do pewnego grzechu – uważam interpretację Hopkinsa za przesadnie przerysowaną, w tej roli wolę Briana Coxa (Czerwony smok Michaela Manna) i moim zdaniem to Jodie Foster w doskonały sposób niesie na swoich barkach film Demme’a. W kontynuacji zabrakło Foster, a na pierwszy plan wyszedł tytułowy Hannibal. Dodać do tego kiepski, silący się na szokowanie widza scenariusz, a nie pomogła całkiem udana pierwsza połowa, sprawna reżyseria Scotta i przerażający Gary Oldman w roli antagonisty. Nie warto było wracać do tej rzeki.

Miejsce 3. Sin City 2: Damulka warta grzechu

Część pierwsza Sin City – Miasta grzechów była rewelacyjnym, świeżym kinem neo-noir, które wciągało, fascynowało, bawiło, a w niesamowitej stronie wizualnej nadało nowy sens idei ekranizacji komiksu i wciąż stanowi z jeden z najciekawszych zabiegów stylistycznych w historii kina. Chociaż materiał na kontynuacje (tak, liczba mnoga) był gotowy i czekał zamknięty w tomach powieści graficznej Franka Millera, to na sequel musieliśmy czekać prawie dziesięć lat.

Robert Rodriguez i Frank Miller wpadli, z nieznanych mi przyczyn, na pomysł, żeby odejść od dokładnej ekranizacji historii Millera, ale stworzyć istnego, filmowego Frankensteina – tytułowa historia pozostała wierną ekranizacją komiksu z  1994 roku, dwie kolejne Miller napisał specjalnie do filmu (chociaż istnieje też wersja wydarzeń, według której jedna była po prostu nieopublikowanym komiksem).

Jeśli oglądać, to tylko dla idealnie czującej się w powierzonej jej roli Evy Green i kolejnych, zmysłowych tańców Jessiki Alby.

Jak można się domyślić, właśnie Damulka warta grzechu jest elementem filmu, który zwyczajnie się broni i mimo braku Clive’a Owena, który powinien powrócić do roli, oferuje odrobinę udanego Sin City, dwie pozostałe niosą jednak całość na dno i stanowią idealny przykład, że współczesny Miller niestety nie umie już pisać. Jeśli oglądać, to tylko dla idealnie czującej się w powierzonej jej roli Evy Green i  kolejnych, zmysłowych tańców Jessiki Alby.

Miejsce 2. Prometeusz

W momencie, kiedy najlepsza seria science fiction w historii kina została zarżnięta przez niepotrzebnego, pokracznego Obcego: Przebudzenie i dwie części Obcego kontra Predatora, triumfalny powrót do franczyzy ogłosił sam Ridley Scott, autor kultowego oryginału z 1979 roku.

Prometeusz miał być pierwszym rozdziałem głównej serii, która zakończona została piętnaście lat wcześniej, a jednocześnie uciekać od koncepcji prostego prequela, stawiając z boku postać ksenomorfa, a eksplorując inne zakątki tego świata. Doskonałe zwiastuny, doborowa obsada i postać reżysera, który wracał do świata po trzydziestu trzech latach przerwy, obiecywały znakomity, powodujący opad szczęki film, który miał przywrócić serii zgubioną po drodze klasę.

Prometeusz zachwycił stroną wizualną, ale nie oferował nic więcej.

Nic bardziej mylnego. Prometeusz zachwycił stroną wizualną, ale nie oferował nic więcej. Scenariusz jest katastrofalny, pełen dziur i niedorzecznych rozwiązań. Historia stoi w rozkroku między prequelem Ósmego pasażera Nostromo, a próbą uzyskania świeżego produktu.

Dziś się z filmem Scotta już pogodziłem, potrafię odnaleźć w nim plusy, ale w dniu premiery wyszedłem z kina zdruzgotany.

Miejsce 1. Gwiezdne wojny – część I: Mroczne widmo

George Lucas to marketingowy geniusz. Trylogię prequeli Gwiezdnych wojen zapowiedział już w latach osiemdziesiątych, kiedy na początku Imperium kontratakuje umieścił informację, że oto oglądamy piątą część sagi. Na powrót do ukochanego świata fani musieli czekać szesnaście lat, kiedy to 1999 roku na ekrany kin wszedł pierwszy rozdział historii – Mroczne widmo.

Nie chcę być źle zrozumiany. Lubię ten film. Głównie dlatego, że obejrzałem go jako siedmiolatek i łączy mnie z nim potężny ładunek sentymentalny, ale też ze względu najlepszą ze wszystkich prequeli realizację, znakomitą muzykę, sympatyczną obsadę i bliski oryginałom klimat, który Lucas całkowicie zatracił w Ataku klonów i Zemście Sithów.

Film bywa nużący, brakuje mu miejscami jakiekolwiek dynamizmu, lekkości i przygodowości poprzedników.

Nie zmienia to faktu, że film bywa nużący, brakuje mu miejscami jakiegokolwiek dynamizmu, lekkości i przygodowości poprzedników, dialogi są kiepskie, aktorzy (mimo mojej sympatii!) zostawieni przez reżysera samym sobie. Grzechem głównym na zawsze jednak pozostanie wprowadzenie do kanonu midichlorianów, które z mistycznej i spajającej wszechświat Mocy czynią pseudonaukowy bełkot. Słowem – film stanowi ogromne rozczarowanie.

Warto tu przytoczyć historię grupy fanów, którzy przez kilka miesięcy (!) czekali w kolejce na premierowy seans Mrocznego widma. Po seansie do tej słynnej już grupki kolejkowiczów podbiegli dziennikarze, pytając o opinie na temat filmu. Świadkowie relacjonują to wydarzenie i słowa jednego z fanów – „jak kanapka z gównem – wykrzyknął i zniknął nadąsany w mroku nocy”.

Ostatnio dodane