Ranking

POTWORY W LUDZKIEJ SKÓRZE. Przerażające i zdeprawowane postaci w filmie

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

Kilka miesięcy temu pisałem o postaciach, którym kibicujemy, choć są zdemoralizowane i dopuszczają się okropnych czynów. W prawdziwym życiu najpewniej nie chcielibyśmy mieć z nimi nic wspólnego, ale na wielkim ekranie obserwujemy ich z lubością i zaangażowaniem. Tym razem chciałbym opisać kilku osobników, którzy mnie autentycznie przerazili albo przepełnili obrzydzeniem. To mocno subiektywna lista – nie wybierałem najważniejszych postaci kinematografii, a te, które wywarły na mnie największe negatywne wrażenie. Postanowiłem też przyjąć parę kryteriów przy wyłanianiu (anty)bohaterów mojego tekstu – musieli to być ludzie, których czyny nie mają żadnego paranormalnego wyjaśnienia. Żadnych elementów fantasy, żadnych klątw i opętań. Tutaj przerażający ma być ludzki umysł i emocje, które motywują człowieka do tak odrażających czynów. Po namyśle postanowiłem też odrzucić postaci takie jak Hannibal, któremu cały czas kibicowałem pomimo tego, że jest potworem, a zamiast strachu czułem podziw. Poniższa dziesiątka to prawdziwe potwory w ludzkiej skórze. Zapraszam do zapoznania się z tą sympatyczną gromadką i zostawieniem w komentarzach waszych propozycji!

(Tekst zawiera duże spoilery ze Zwierząt nocyDjangoSiedemLady M.GościaZaginionej dziewczynyDetektywa – jeśli chodzi o ostatnie, to odradzam nawet patrzeć na imię i zdjęcie postaci, z tego względu zamieściłem ten punkt na końcu drugiej i zarazem ostatniej strony.)

Zwierzęta nocy – Ray Marcus

Fakt, że Ray najprawdopodobniej jest wyłącznie wytworem literackim i produktem wyobraźni Edwarda, nie ujmuje jego demoniczności w żadnym stopniu. Młody mężczyzna, podobnie jak cała rzeczywistość powieści, w której jest antagonistą, ma w sobie o wiele więcej surowego realizmu niż syntetyczny świat głównej bohaterki filmu. To uosobienie czystego zła i zarazem reprezentacja ogromnego żalu, jaki Edward ma wobec swojej byłej partnerki. Gwałci i morduje żonę oraz córkę książkowego alter ego pisarza, symbolizuje cierpienie, którego zaznał jego twórca. Znamienne jest również to, że refleksja dotycząca znaczenia postaci Raya w moim przypadku była zepchnięta na drugi plan przez przerażenie, jakie wzbudzały we mnie jego czyny. Zwierzęca agresja i tortury psychologiczne nie wydawały się też ani trochę odrealnione czy przeszarżowane. To po prostu zepsuta do cna jednostka, których nie brakuje w naszym świecie.

Django – Calvin Candie

Dystyngowany, elegancki i zamożny przedstawiciel wyższych klas o nazwisku cieszącym się renomą. Taki może się wydawać Candy i za takiego jest uważany na południu Stanów Zjednoczonych XIX wieku. W rzeczywistości to ignorant, pozer (każe zwracać się do siebie per monsieur, ale nie zna francuskiego i dba o to, by nikt tej niewiedzy publicznie nie obnażał) i bezduszny okrutnik. Zarabiający na handlu czarnymi niewolnikami i organizowaniu bestialskich walk między nimi, stanowi dziś relikt słusznie minionych czasów. Pozornie opanowany, dość łatwo traci kontrolę nad sobą i jest przekonany o prawidłowości swoich czynów. Prawdopodobnie to ostatnie czyni go tak strasznym – fakt, że autentycznie widzi słuszność w rzuceniu na pożarcie psom niewolnika próbującego uciec od barbarzyńskich walk, do których był zmuszany. Fantastyczny Leonardo DiCaprio wykreował postać fascynującą, ale i niezaprzeczalnie odrażającą. Trudno nie czuć przepełniającej satysfakcji, kiedy jego żywot niespodziewanie kończy zdegustowany doktor Schultz.

Siedem John Doe

Wiele rzeczy składa się na szokujący obraz mordercy z arcydzieła kryminału Davida Finchera. Po pierwsze, nie widzimy go przez większość filmu. Możemy dokładnie przyjrzeć się jego nieludzkim zbrodniom, próbować go zrozumieć, kiedy trafiamy z Millsem i Somersetem do jego mieszkania, widzimy też, jak zamaskowany ucieka przed bohaterami – ani razu jednak nie możemy zobaczyć, jak wygląda, ani dowiedzieć się, kim właściwie jest. Później okazuje się, że pojawił się wcześniej na miejscu własnej zbrodni jako fotograf prasowy, co dodatkowo przeraża poprzez świadomość, jak blisko ścigających go detektywów może być morderca i nie zostać przy tym wykryty. Wytrącające z równowagi jest również jego zachowanie – to on przychodzi na komisariat policji i przyznaje się do winy. Całkowicie opanowany, wręcz pogodny, a do tego pokryty (nie tylko swoją, jak się później okazuje) krwią. Jego spokój zostaje zaburzony dopiero kiedy protagoniści podważają wyznawaną przez niego wizję zepsutego i zdemoralizowanego społeczeństwa. Wreszcie prawdopodobnie najbardziej wstrząsająca okazuje się jego ostatnia zbrodnia – zamordowanie ciężarnej żony Millsa i wysłanie jej głowy w pudełku na miejsce ostatecznej konfrontacji. Ta kończy się jego śmiercią i moralnym zwycięstwem, gdyż zabójstwo popełnione w gniewie przez Millsa było ostatnim elementem planu, którego zwieńczenie przyjął z jeżącym włos na karku spokojem.

Lady M. – Katherine

Choć historia Katherine zaczyna się niezwykle sztampowo i zapowiada kolejny kostiumowy romans kobiety z wyższych sfer z prostym mężczyzną, szybko okazuje się, że to zmyłka. Młoda kobieta ma jak najbardziej słuszne podstawy do buntu. Wydana za mąż wbrew własnej woli dusi się w boleśnie patriarchalnym świecie okrutnych i aroganckich arystokratów. Katherine nie zamierza jednak ulegać bezdusznemu mężowi ani jego ojcu – swoją bezczelnością i śmiałością wprawia ich w zupełne osłupienie. Na tym etapie filmu trudno jej nie kibicować, tak samo zresztą kiedy rzuca się w wir namiętnego seksu ze stajennym, który wynagradza jej bezużytecznego w łóżku (i poza nim) męża. W pewnym momencie pojawiają się  jednak pęknięcia. Widząc w teściu zagrożenie dla swojego stylu życia, Katherine bez większego namysłu postanawia go otruć. Stopniowo dochodzi do nas, że ta kobieta nie pragnie miłości i ciepła, a władzy i zaspokojenia swoich żądz. W tym celu doprowadza również do śmierci męża, zabija małe dziecko i całą winę zrzuca na targanego wyrzutami sumienia stajennego i znienawidzoną służkę. Po trupach do celu – i to bez ani jednej łzy żalu na pięknej, pełnej niewinności twarzy.

To nie jest kraj dla starych ludzi – Anton Chigurh

Anton to niezwykle złożona, fascynująca postać, która całkowicie wytrąca widza z równowagi. Można ją rozpatrywać na rozmaite sposoby i z pewnością nie wyczerpię teraz tego tematu. Na najbardziej podstawowym poziomie to zabójca, któremu zlecono odzyskanie z miejsca nieudanej wymiany walizki pełnej pieniędzy. Wspomniana walizka zostaje jednak znaleziona przez protagonistę filmu, co rozpoczyna długie polowanie i ciąg często bardzo krwawych wydarzeń. Anton staje się uosobieniem nieubłaganie zbliżającego się fatum, przed którym nie ma żadnej ucieczki. Analizując jego postać, można się w niej dopatrzyć reprezentacji nihilizmu, ale podczas seansu pozostaje on wzbudzającą postrach (wyglądem i zachowaniem) enigmą. Anton nie zna lęku ani litości, a ludzi uważa za bydło (oprócz jego wypowiedzi wskazuje na to także fakt, że do zabijania używa między innymi broni, którą wykańcza się bydło). Swoje ofiary morduje bez mrugnięcia okiem, nierzadko podejmując wcześniej z nimi psychologiczną grę. Kiedy nie uważa, że zabójstwo jest niezbędne, pozwala im wybrać rzut monetą jako potencjalną szansę na ujście z życiem. Javier Bardem całkowicie zasłużył na Oscara i masę innych nagród za tę rolę, udało mu się bowiem stworzyć prawdziwego potwora, który nieśpiesznym krokiem zawsze trafi do swojego celu.

Ostatnio dodane