Ranking

POKAŻ SWOJE DRUGIE OBLICZE. Debiuty reżyserskie aktorów

Autor: Mariusz Czernic
opublikowano

Ava Gardner powiedziała kiedyś: „W aktorstwie mam tylko jedną zasadę – zawierz reżyserowi, oddaj mu serce i duszę”. Nie wszyscy są jednak tacy ufni wobec reżyserów. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, jakie to trudne i odpowiedzialne zajęcie. Zdarza się, że gdy w ręce aktora trafia frapujący scenariusz, a w umyśle pojawia się koncepcja, jak go zrealizować, to wtedy sam staje za kamerą. Lata spędzone na planach filmowych dały mu odpowiednią wiedzę o rzemiośle, pracy z aktorami i ekipą techniczną. Bywa, że niektórzy w nowym zawodzie odnajdują swoje powołanie, inni tylko potwierdzają swoje przypuszczenia, że jednak aktorstwo jest łatwiejsze i daje więcej satysfakcji. Przygotowałem na dziś zestawienie dziesięciu filmów, które łączy to, że znany aktor zadebiutował jako reżyser. Pominąłem przy tym zbyt oczywiste przykłady, takie jak: Noc myśliwego (1955) Charlesa Laughtona (w naszym serwisie pojawiał się już czterokrotnie: link 1, link 2, link 3, link 4), Swobodny jeździec (1969) Dennisa Hoppera, Zwykli ludzie (1980) Roberta Redforda i Tańczący z wilkami (1990) Kevina Costnera.

Kolejność chronologiczna.

1. Traper z Kentucky (1955), reż. Burt Lancaster

aka The Kentuckian

Burt Lancaster już od początku kariery nie zamierzał być niewolnikiem hollywoodzkich wytwórni. Chciał kontrolować swoją karierę i już dwa lata po aktorskim debiucie współtworzył niezależną kompanię Hecht-Hill-Lancaster (współudziałowcami byli producenci Harold Hecht i James Hill). Aktor bardzo rozważnie wybierał scenariusze i jego metoda przyniosła oczekiwany skutek. Utrzymywał się w branży ponad czterdzieści lat, zaliczając po drodze multum sukcesów i minimalną liczbę porażek. Skusił się także (tylko raz) na reżyserowanie filmu. Wybrał dla siebie scenariusz Alfreda Bertrama Guthriego na podstawie powieści The Gabriel Horn Felixa Holta. Historia o pogoni za marzeniami, szukaniu miejsca w świecie, który staje się coraz bardziej cywilizowany. W miejsce lasów powstają miasta, w miejsce traperów wchodzą przedsiębiorcy, a na dzikich terenach powstają szkoły, w których dzieci przystosowuje się do życia w cywilizowanym społeczeństwie.

Lancaster był wysokim aktorem o dobrej kondycji fizycznej, idealnie nadającym się do męskich gatunków, takich jak western. Jednak w swoim reżyserskim debiucie nie jest bohaterskim kowbojem ratującym damy w opałach. Zagrał tu naiwniaka, który kilkakrotnie wystawia się na pośmiewisko. A gdy podczas pojedynku okładany jest bezlitośnie batem przez debiutującego (!) Waltera Matthaua, nieoczekiwanie pomaga mu dziewczyna. I robi to tak sprytnie, że prawie nikt tego nie zauważa (kapitalna scena). Wątek romansowy jest ściśle związany z motywem podróży do Teksasu, będącego symbolem dobrobytu i szczęścia. Bohater jest rozdarty pomiędzy dwoma kobietami. Obie są tak urocze, że łatwo się w nich zakochać. Ale obie symbolizują zupełnie inne wartości, inny styl życia. Nie mogą więc żyć obok siebie. Wybór, jakiego dokona traper z Kentucky, będzie rzutował na jego dalsze życie, a także na przyszłość jego syna, którym samotnie się opiekuje.

Rozegrany w urokliwej scenerii western jest bardzo udaną próbą sprawdzenia się Lancastera w nowej roli. Losy samotnej jednostki, która z trudem przystosowuje się do zmieniających warunków, ogląda się z dużą satysfakcją. Prosty i niewykształcony protagonista budzi sympatię, a jego przeprawa przez życie pokazana jest w sposób bezpretensjonalny. Może nieco zbyt naiwnie, ale bez nachalnego patosu i sentymentalizmu. Udało się to osiągnąć błyskotliwym scenariuszem, ale i warstwą muzyczną (występują tu partie śpiewane, lecz nie ma ich tak wiele, by zaliczyć film do musicali). Pod koniec, mimowolnie, pojawia się łezka w oku. Na uwagę zasługuje ilustracja muzyczna Bernarda Herrmanna i sceny plenerowe filmowane przez Ernesta Laszlo. Dobra obsada (m.in. John McIntire, John Carradine), lekkość narracji oraz kilka znakomicie nakręconych scen (np. finał) pozwalają zaliczyć tę produkcję do w pełni udanych reżyserskich debiutów.

2. Korsarz (1958), reż. Anthony Quinn

aka The Buccaneer

Anthony Quinn zmarnował okazję na stworzenie efektownych scen batalistycznych.

Remake filmu Cecila B. DeMille’a z 1938 pod takim samym tytułem i adaptacja powieści Lyle’a Saxona pt. Lafitte the Pirate, wydanej w roku 1930. Pewnie sam DeMille miałby ochotę ulepszyć tę historię, filmując w kolorze przygody Lafitte’a, ale wykończony realizacją Dziesięciu przykazań (1956) wolał przekazać ten film innym. Jego wpływ jest jednak widoczny, gdyż ekipa filmu o Mojżeszu wzięła udział także w tej produkcji: Henry Wilcoxon (producent), Jesse L. Lasky (scenariusz), Loyal Griggs (kierownik ekipy zdjęciowej), Elmer Bernstein (kompozytor), aktorzy Yul Brynner i Charlton Heston. Ci sami są również scenografowie, projektanci kostiumów, dekoratorzy wnętrz i specjaliści od efektów wizualnych. Reżyserią zajął się… zięć DeMille’a, Anthony Quinn, który zagrał jednego z piratów w pierwowzorze z 1938. Ostatecznie DeMille był niezadowolony z wysiłków swoich protegowanych (Wilcoxona i Quinna), chciał poprawiać film, ale uniemożliwiła mu to choroba, na którą zmarł półtora miesiąca po premierze.

Jest to historia pirata, który ze względu na swoją profesję nie posiada ojczyzny, lecz chciałby zostać Amerykaninem. Zakazuje więc swoim ludziom atakowania amerykańskich okrętów, a gdy Brytyjczycy proponują mu sojusz, on odmawia, licząc na udział w walce pod gwiaździstym sztandarem. Niezdyscyplinowany piracki oddział niszczony jest nie tylko przez najazdy z zewnątrz, ale i wewnętrzne konflikty. Gdy zbuntowani przeciw kapitanowi piraci obrabowują i zatapiają amerykański okręt zwany Koryntczykiem, przyszłość Lafitte’a przybiera postać szubienicy, a nie radosnych chwil na farmie w Luizjanie z ukochaną kobietą u boku.

Pod paroma względami film jest lepszy od poprzednika. Inaczej poprowadzono wątek jedynego ocalałego z Koryntczyka, co wpłynęło bardzo pozytywnie na jakość spektaklu. Usunięto bowiem najbardziej karykaturalną postać z pierwowzoru, dodając tym samym więcej wiarygodności. Wprowadzenie postaci Bonnie Brown (znakomita Claire Bloom) okazało się strzałem w dziesiątkę. Niestety, Anthony Quinn zmarnował okazję na stworzenie efektownych scen batalistycznych, a rozegrana we mgle bitwa o Nowy Orlean nie wzbudza dużych emocji. Obie strony konfliktu filmowane są z jednego kąta, co sugeruje, że użyto tylko jednej kamery. Scena traci przez to walor widowiskowy (operator Loyal Griggs się nie popisał). Wiele jednak można wybaczyć, gdyż dobry scenariusz, kapitalna obsada, a także scenografia, kostiumy i muzyka utrzymują widza w przekonaniu o dużej wartości rozrywkowej. Można zapomnieć o realizacyjnych niedoróbkach, gdyż ogląda się z niekłamaną przyjemnością.

Ostatnio dodane