Ranking

Nie tylko MARTWICA MÓZGU. Filmy spuszczone ze smyczy, czyli dzikie oblicze horroru

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Większość z nas widziała Martwicę mózgu czy Martwe zło lub przynajmniej słyszała o tych tytułach. Wiele osób kojarzy też Toksycznego mściciela z legendarnej wytwórni Troma, twardo trzymającej się swej linii programowej kręcenia tylko i wyłączenie filmów w złym guście. Takie tytuły nie zdobywają Złotej Palmy i stałego miejsca w repertuarze telewizji, ale trafiają do serca pewnych widzów.

Tych, którzy chcą, żeby film był jak cios w brzuch, a jednocześnie bawił. Tych, których nudzi Taniec z gwiazdami i telewizja śniadaniowa. Poza wspomnianymi tytułami świat filmu wypuścił znacznie więcej dzikich, nieokrzesanych, popapranych horrorów. Dziś zajmiemy się właśnie nimi. Pomijamy jednak twory całkowicie amatorskie lub półamatorskie, w których twórcze zdolności nie są w stanie zapewnić widzowi żadnej satysfakcji. „Niestrawny” i „żenujący” nie jest dla nas synonimem „oryginalnego” i „odjechanego”. Nie zajmujemy się też filmami, które nie mają do zaoferowania niczego więcej poza wyśrubowanym poziomem makabry. Nie zagłębiamy się w żadne przyciężkawe specjały typu torture porn czy pinku eiga. Skupimy się na obrazach, które nawet jeśli są tanie i obskurne, to zdobywają nas pokładami energii, szalonych pomysłów, wariacką realizacją czy niecodzienną estetyką.

Towarzystwo. Crème de la crème

Brian Yuzna – scenarzysta Kochanie, zmniejszyłem nasze dzieciaki i twórca Narzeczonej re-animatora – zadebiutował w Towarzystwie jako reżyser. Film opowiada o Billym, wyobcowanym siedemnastolatku, który pochodzi z doskonale sytuowanej rodziny (żyją w Beverly Hills, w willi nad oceanem) i nie może pozbyć się wrażenia, że coś jest nie tak z jego najbliższymi. Jego prywatne śledztwo ujawni prawdę oślizgłą, lepką i cuchnącą. Oto okazja, by przekonać się, co bogaci ludzie – posiadacze basenów, Ferrari, śnieżnobiałych zębów i licznych koneksji – robią wieczorami.

Society nie jest żadnym arcydziełem, ale też nie próbuje nim być. To prosty film z Billym Warlockiem – późniejszą gwiazdą Słonecznego patrolu – zanurzony w klimacie lat osiemdziesiątych. A jednocześnie mamy tu do czynienia z prawdziwą błyskotką. Zwłaszcza końcowe partie obrazu mają w sobie moc. Ludzki gulasz, przemieszany ze sobą podczas szalonego rytuału, gadający odbyt, pożeranie i rozpuszczanie gorzej sytuowanej ofiary – to tylko drobna część atrakcji. Mamy tu orgię efektów specjalnych, przywodzącą na myśl Coś Johna Carpentera czy niektóre tytuły Davida Cronenberga. Ten ostatni pewnie zawsze marzył o czymś tak spektakularnie obrzydliwym, ale bał się pójść na całość, żeby nie skończyć w klasie B. Szczerze mówiąc, gdyby lurowate Mapy gwiazd miały taką końcówkę, piałbym z zachwytu. Yuzna nie ma  hamulców. Oto sceny bardzo dosłowne i bardzo metaforyczne zarazem. No i, na szczęście, w bardzo w złym tonie. Dzika satyra, thriller, kino młodzieżowe i strzykający śluzem body horror z czytelnym przesłaniem. Nietypowa, smakowita rzecz.

Wiklinowy koszyk. Dziecko klasy B

Klasyk i kult, ale znacznie mniej znany niż Martwica mózgu czy Martwe zło. Duane i Belial to bracia syjamscy, którzy zostali operacyjnie rozdzieleni. Ich celem jest zemsta na lekarzach odpowiedzialnych za zabieg. Duane przewozi Beliala w tytułowym koszyku. Ten drugi jest mały, zdeformowany i pozbawiony nóg. Oglądamy ich perypetie podczas pobytu w jednym z nowojorskich hoteli. Oto kino groszowe. Efekt pracy zapaleńców, którzy zaparli się, że stworzą niezwykłą historię. Film nikogo nie przestraszy, ale pewien urok rzuca. Jest tanio i obskurnie. Aktorstwo w typie „jakoś to będzie” pasuje tu jak ulał. Belial rozczula – zarówno jako kukła, jak i animacja poklatkowa. Kontrast pomiędzy tandetnym wykonaniem a całkiem poruszającą historią (toksyczna relacja braci i ich dążenie do zemsty na lekarzach; romans  Duane’a z poznaną kobietą) daje w efekcie niezwykły, trudny do zapomnienia seans. Scena operacyjnej separacji kosi. Reżyser stworzył jeszcze dwie części Wiklinowego koszyka – sprawniej zrealizowane, ale już bez chropawego posmaku.

Evil Ed. Kiedy tniesz filmy, filmy tną ciebie

Komediowy horror zrobiony przez fanów gatunku, na którym najlepiej bawić będą się fani gatunku. Mamy tu bowiem mały festiwal cytatów, odniesień i mrugania okiem. Ed pracuje jako edytor – wycina brutalne sceny z filmów. Kiedy zostaje przeniesiony do biura zajmującego się horrorami (poprzedni pracownik wysadził się w nim granatem), jego równowaga psychiczna zostanie zachwiana, a bohater znajdzie się w świecie halucynacji i ciągłego napięcia. Evil Ed to szwedzka wizja popadania w szaleństwo – mało bergmanowska, za to pałająca miłością do Martwego zła. Film jest tani, przaśny i ma swój specyficzny klimat popapranej kreskówki. Całość opiera się na ciągłym déjà vu, bowiem większość scen i motywów z Evil Ed gdzieś już widzieliśmy. Kamera lubi dzikie najazdy na twarze, aktorzy krzyczą i odchodzą od zmysłów, gruba kreska obrysowuje każdy element świata przedstawionego. Na uwagę zasługuje Jim Friedman jako nieszczęsny Ed – aktor jest odpowiednio ekspresyjny i komiksowy. Nie będzie to seans waszego życia, ale jeśli horror jest waszym ulubionym gatunkiem, a ironiczne zacięcie wam nie przeszkadza – zapraszam przed ekrany.

Revenge of the Billy the Kid. Groza w kompoście nurzana

Brytyjski obraz przynosi nam mnóstwo fekalnego humoru, burackich żartów i nonszalanckie podejście do spraw fizyczności – wszelkie wydzieliny, parchy i cielesne niespodzianki są tu paliwem napędzającym obraz. Film Jima Grooma niemalże cuchnie i radośnie szczerzy do nas spróchniałe zęby. Historia dotyczy wieśniaka, który w chwili słabości zapładnia kozę, co skutkuje narodzinami dziwnego stwora, łączącego cechy obu gatunków. Mężczyzna postanawia  pozbyć się balastu, ale istota uchodzi z życiem. Wkrótce powróci, by dokonać zemsty na wieśniaku i jego rodzinie. Podobno reżyser sprzedał dom, żeby móc nakręcić tę opowieść. Dysponował też niewielkim budżetem, co przełożyło się na surrealistyczny, chropawy klimat. Cóż, nie stworzył arcydzieła, ale z pewnością czuć, że film przenika entuzjazm. Revenge of the Billy the Kid za nic ma polityczną poprawność, więc spodziewajcie się… wszystkiego. Błoto, gnój, banda walijskich wieśniaków i mnóstwo obrzydliwych scen. Jest niesmacznie, ale o to właśnie chodziło, a poza tym – dzięki niezłemu aktorstwu – rzecz może wciągnąć i (jednak!) rozbawić. Ale uwaga! Reżyser nieraz sprawdzi, czy aby nie zasypiacie i czy macie mocne żołądki.

Zniszczenie mózgu. Nie jest źle czuć się dobrze

Kolejne w tym zestawieniu dzieło Franka Henenlottera. Aylmer to niebieski pasożyt z ostrymi ząbkami. Ma może ze trzydzieści centymetrów i jakimś cudem umie mówić. Kiedy spotyka Briana, dwudziestolatka, będzie to początek wyjątkowo dziwacznej znajomości. Aylmer potrafi wytworzyć w swym ciele substancję narkotyczną i będzie ją podawał chłopakowi. W zamian zażąda ludzkich mózgów, stanowiących podstawę jego diety. Reżyser filmu dał światu wcześniej Wiklinowy koszyk, o którym pisaliśmy wyżej, a całkiem niedawno Twardy pociąg – opowieść o wielkim penisie i kobiecie z siedmioma łechtaczkami. Zniszczenie mózgu to komediowy horror. Frank Henenlotter przygotował dla nas moc atrakcji: sceny wstrzykiwania narkotyku do wnętrza głowy, halucynacje, liczne zbrodnie oraz pulsujące mózgi w spaghetti. Do tego wyraźny klimat lat osiemdziesiątych. Efekty specjalne są dość tanie, ale mają w sobie to coś. I chociaż ciężko traktować serio opowieść o pokracznym mistrzu manipulacji wyglądającym jak awangardowa szczotka do toalety, to jednak film niesie pewną dawkę grozy i niepokoju. Ciemne wnętrza i mroczna muzyka też robią swoje. Poza tym obraz uzależnienia, jaki prezentuje Zniszczenie mózgu, jest całkiem sugestywny. Tak mógłby wyglądać film Davida Cronenberga, gdyby ten reżyser chciał z siebie pożartować. Ale jest to obraz Henenlottera, i to całkiem niezły.

Intruz. Cięcia na nocnej zmianie

Pracownicy marketu pracują na nocną zmianę. Muszą ometkować towar, a rano zostaną zwolnieni. Nagle w budynku pojawia się ktoś obcy i zaczyna zabijać. Intruz ma niezłą obsadę. W filmie wystąpił gwiazdor Martwego zła, Bruce Campbell, a także reżyser tego filmu, Sam Raimi (oraz jego brat Ted, również znany z wielu horrorów). W epizodzie błysnął współscenarzysta Pulp Fiction, Lawrence Bender. Za to reżyser obrazu, Scott Spiegel, napisał wcześniej scenariusz do Martwego zła 2. Istnieje więc podejrzenie, że na planie panowała rodzinna atmosfera. Za to na ekranie dostaliśmy soczysty kawałek slashera.

Fabuła jest prosta, co tylko ułatwia smakowanie tego ciasteczka z posoką. Market okazał się świetną scenerią dla morderczej rozgrywki; nagrywano zresztą w prawdziwym sklepie. Bogactwo przedmiotów, maszyn i urządzeń zapewnia nam urozmaiconą eksterminację. Napięcie i mroczny klimat  utrzymują się do końca. Mamy tu mnóstwo dziwnych ujęć, na przykład z perspektywy śmieci na podłodze czy telefonu. Operator i reżyser zrobili wiele, żebyśmy się nie nudzili. Jest brutalnie, dosadnie  i z wykopem. Film zrobiono za stosunkowo niewielkie pieniądze, ale jest nakręcony bardzo sprawnie i wciąga po uszy. Intruz nie należy do pozycji tak niszowych, jak tytuły omawiane powyżej, ale w Polsce jest tytułem nieznanym szerszej publiczności. Zdecydowanie warto pochylić się nad tą szkarłatną perłą.

Dude Bro Party Massacre III. Wysokie stężenie retro

Na koniec jedyny współczesny film w tym zestawieniu. Wyobraźcie sobie, że można wyciągnąć ekstrakt z mózgu amerykańskiego licealisty – sportsmena w typie lidera – imprezowicza. Wyobraźcie sobie również, że wyciągamy esencję z filmów typu Piątek 13, a także slasherów niższej klasy, utaplanych w tandecie. Pomyślcie, co by było, gdybyśmy połączyli te dwa składniki. Historia opowiada o studencie, który zapisuje się do bractwa, chcąc poznać prawdę o śmierci brata, i trafia w sam środek tornada przemocy i zniszczenia.

Dude Bro  to pean na cześć horrorów – samoświadomy i pełen energii. Ten obraz wręcz tryska miłością do slasherów. Wystawia pomnik wszystkim głupawym amerykańskim nastolatkom pchającym się pod maczety, noże i siekiery wszelkim Michaelom Myersom i Jasonom. Przywraca blask zamaskowanym zabójcom. Krew leje się strumieniami, a schematy wyłażą zewsząd jak żywe trupy. Każda scena, każdy kadr jest przegięciem mającym na celu podkreślić jankeski rodowód filmu – z typowymi dla slasherów imprezami, napaleniem i narwaniem. W tym obrazie zabija wszystko, nawet kostka Rubika. Stylistycznie mamy tu powrót do klimatów z VHS. Dude bro nagrano obskurnie, upstrzono zanieczyszczeniami. Zdjęcia podrabiają „zajechaną taśmę”. Jest to dzieło spójne, przestylizowane i dziko rozpędzone. Jeśli myśleliście, że Krzyk był szczytem postmodernizmu w świecie slasherów, musicie zobaczyć Dude Bro.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane