Autor: REDAKCJA
opublikowano

NAJLEPSZE HORRORY XXI WIEKU. Top 50

20. miejsce

Sinister

Sinister (2012), reż. Scott Derrickson

Za ciekawy pomysł i klimatyczną oprawę muzyczną. [Paulina Kowalska]

W czasach remake’ów i kontynuacji nieoczekiwanie pojawił się Sinister. Nie obyło się co prawda bez ogranych klisz i schematów, ale powiew świeżości był odczuwalny. No i było dosyć strasznie. [Michał Schielke]

Mroczne i straszne, a do tego Ethan Hawke w świetnej roli. Sceny mordowania dorosłych przez dzieci mogą śnić się po nocach. [Mariusz Michalczyk]

Gdybym miał ocenić Sinister według liczby skoków adrenaliny, byłaby to dosyć wysoka nota, ale Derrickson mógłby się poczuć urażony taką metodą. Bardziej mu zależy na wywołaniu uczucia trwogi niż strachu – od początku widz przeczuwa, że bohater filmu mierzy się z czymś, czego nie jest w stanie ani zrozumieć, ani pokonać, i tak jest do samego końca. Finał nie będzie zaskoczeniem, lecz konsekwentnym i przerażającym następstwem wszystkiego, co do tej pory widzieliśmy. [Krzysztof Walecki, fragment recenzji]

 

 

19. miejsce

Wysyp żywych trupów

Shaun of the Dead (2004), reż. Edgar Wright

Najlepsza parodia filmów grozy w obecnym wieku, gdzie zombie święcą w końcu tak wielkie triumfy na ekranie. [Kacper Kulhawik]

Zdecydowanie pomimo sporej konkurencji (Porąbani – 2010, Zombieland – 2009 i Co robimy w ukryciu – 2014) najlepszy komedio-horror XXI wieku i jeden z najlepszych filmów traktujących o zombie, jakością niedaleko wielkich klasyków.[Przemysław Smolnik]

Edgara Wrighta start wielkiej kariery (rewelacyjnego duetu Pegg/Frost w sumie też), a przede wszystkim znakomity pastisz zombieapokalipsy, bezlitośnie obśmiewający wszelkie klisze i schematy gatunku. Brytyjski humor, autentyczne gore, a przy tym całkiem niegłupi wątek romantyczno-obyczajowy sprawiają, że film podbił serca widzów i krytyków, zdobywając wiele wyróżnień zarówno w kategorii horror, jak i komedia. [Łukasz Koperski]

Choć jest to naprawdę znakomita komedia, twórcy nie skupiają się jedynie na naśmiewaniu się z poszczególnych elementów filmów o zombie. W pewnym momencie pojawia się prawdziwy, horrorowy klimat, a wszystko jest bardziej „na poważnie”, ale to nie zmienia faktu, że film wciąż ogląda się naprawdę świetnie. Oczywiście chwilę powagi autorzy filmu rekompensują fantastycznym, szokującym i zabawnym zakończeniem, które przypomina, że Wysyp… to przede wszystkim mocna komedia gore. Mnóstwo inteligentnego humoru, bardzo dobre aktorstwo, doskonałe pomysły, fantastyczna realizacja oraz niezwykły klimat sprawiają, że ogląda się z wielką przyjemnością. [Karol Baluta, fragment recenzji]

 

18. miejsce

Uciekaj

Get Out (2017), reż. Jordan Peele

Peele nakręcił film, który dużo więcej mówi o kwestiach rasowych niż niejeden film o niewolnictwie. To doskonały przykład kina postgatunkowego, które nie trzyma się utartych szablonów. Uciekaj! świetnie radzi sobie zarówno jako horror (pełen onirycznych, naprawdę niepokojących obrazów), jak i satyra społeczna, wyśmiewająca stereotypy związane z pochodzeniem czy klasowością. Powstało odważne, oparte na dysproporcjach dzieło, w którym strach wywołują nie rzeczy nadprzyrodzone, a przyziemne, z którymi konfrontujemy się na co dzień. [Łukasz Jakubiak]

Niektórzy nazywają ten film arcydziełem, inni zabawnym remakiem Zgadnij, kto przyjdzie na obiad. Nie potrafię tego filmu brać na serio jako „głosu w sprawie wciąż dyskryminowanych czarnoskórych”. Nie przeszkadza to jednak w doskonałej zabawie, jaką oferuje Uciekaj! [Szymon Pewiński]

Pierwsza połowa Uciekaj! całą swoją – zarówno komediową, jak i horrorową – siłę bierze z dwuznaczności. Peele rozumie przy tym doskonale, że oba gatunki to właściwie dwie strony tej samej monety, w obu chodzi wszak o to, by najpierw sprawić, że widz przyjmie jakieś założenie, zmylić trop i na koniec zaskoczyć niespodziewaną puentą, która wywoła śmiech lub strach. O talencie reżysera świadczy jednak fakt, że horroru i komedii nie wykorzystuje naprzemiennie – oba gatunki idą w Uciekaj! pod rękę, a poszczególne sceny oscylują gdzieś między nowoczesną cringe comedy z satyrycznym zacięciem a retro horrorem hołdującym ekranizacjom prozy Iry Levina. [Grzegorz Fortuna, fragment recenzji]

 

17. miejsce

Shutter – widmo

ชัตเตอร์ กดติดวิญญาณ (2004), reż. Banjong Pisanthanakun, Parkpoom Wongpoom

Azjatycki symbol horroru – dziewczyna z czarnymi włosami opadającymi na twarz – nigdy nie był tak przerażający. Do tego porządna intryga i zakończenie, które odbiera spokojny sen. [Michał Bochenek]

Najlepszy straszak z Azji. Ciężko po tym filmie patrzy się na smugi na zdjęciach. [Dariusz Zieliński]

Klasyk azjatyckich straszaków, najbardziej znany horror (a chyba nawet i w ogóle film) z Tajlandii i przykład na to, jak dwóch młodych filmowców bez wielkich pieniędzy, bez jakiegoś super oryginalnego scenariusza (nie pierwszy to ani nie ostatni film o skośnookiej zjawie) może podbić świat reżyserskim talentem i pomysłowością na różnorakie efektowne i efektywne straszenie. [Łukasz Koperski]

Co jest nowością w Shutterze, to z pewnością niesamowite i niezwykle ponure zakończenie oraz tematyka tajemniczych fotografii, na których można dostrzec przejawy życia po śmierci, w postaci rozmyć, zamazań czy wreszcie kształtu twarzy… twarzy, której na zdjęciu być nie powinno. Już trailer filmu znakomicie wprowadzał w klimat, gdy oglądaliśmy kilka zwyczajnych zdjęć, po czym zostały one pokazane ponownie, z zakreślonymi na czerwono twarzami duchów, które cichcem wlazły pod obiektyw aparatu. Shutter jest idealnie skrojonym filmem grozy, w kadrze nigdy nie znajduje się więcej przedmiotów czy aktorów niż potrzeba, zdjęcia są wykonane z wielką dbałością, charakteryzacja na piątkę z plusem albo i szóstkę z minusem. [Rafał Donica, fragment recenzji]

 

16. miejsce

Sierociniec

El Orfanato (2007), reż. Juan Antonio Bayona

Kolejny wielki hiszpański horror, który niesamowicie angażuje widza emocjonalnie, przykuwa nietuzinkową fabułą i dobija swoją niesamowita atmosferą. [Przemysław Smolnik]

Nieprzeciętny klimat, zaskakujące rozwiązania fabularne i nietypowi bohaterowie są emblematami hiszpańskiego kina grozy. Znudzeni szpetnymi twarzami azjatyckich niewiast plądrujących połączenia elektroniczne, zmęczeni kiepskimi lekcjami anatomii w wykonaniu Rotha i jego naśladowców, zmęczeni kolejnymi wcieleniami horrorowych herosów z przyjemnością przenosimy się do miejsca, w którym świat duchowy i świat doczesny przenikają się w sposób przemyślany, subtelny. Z dreszczykiem emocji obserwujemy poczynania zdesperowanej matki, którą nawiedza postać z twarzą zasłoniętą lnianym płótnem, na którym z kolei wymalowany jest nieadekwatny do sytuacji, a tym samym przerażający uśmiech. Z powodzeniem dajemy porwać się jej prywatnemu dochodzeniu na temat zniknięcia synka, co więcej, sami staramy się odgadnąć jego zagadkę, ale nic z tego. Scenariusz ucieka od utartych szablonów w takim stopniu, że odnalezienie rozwiązania wcześniej, niż postanowił scenarzysta, jest właściwie niemożliwe. [Filip Jalowski, fragment recenzji]

Kolejny dowód, że horror to gatunek bardzo wdzięczny, bo mogący stanowić trampolinę dla dużej kariery. Tym był niewątpliwie Sierociniec dla J.A. Bayony, ale, co ważniejsze z punktu widzenia widza, okazał się być właściwie kwintesencją hiszpańskiego kina grozy (rok wcześniejszy Labirynt fauna traktuję bardziej jako mroczne fantasy), łączącego w sobie efektywne straszenie, niegłupi scenariusz, mocny element dramatyczny i świetną stronę techniczną (znakomite zdjęcia i muzyka). [Łukasz Koperski]

 

15. miejsce

Babadook

The Babadook (2014), reż. Jennifer Kent

Pełnometrażowy debiut Jennifer Kent można rozpatrywać na wielu płaszczyznach. To wspaniały hołd dla klasyków kina grozy, tworzący zwartą i niezwykle osobliwą całość. Wielu miłośników gatunku zauważy tu echa Wstrętu Romana Polańskiego, Lśnienia Stanleya Kubricka czy Koszmaru z ulicy Wiązów Wesa Cravena – nie są to jednak przypadkowo wykorzystane inspiracje, bowiem taka forma doskonale sprawdza się w treści, jaką chcą przekazać twórcy. Tytułowy Babadook – najpierw pojawiający się w książeczce, potem na jawie – jest personifikacją ludzkich lęków. Metafora ukazana w filmie w tym przypadku tylko pozornie wydaje się banalna. Reżyserka etapowo ukazuje walkę bohaterów z osobistą tragedią, skupia się zarówno na ujęciu osobistym, jak i środowiskowym, a swoje rozważania zamyka w symbolicznym finale. Generalnie trudno jest pisać o tym filmie bez zdradzania wielu istotnych niuansów, więc – jeśli jeszcze nie oglądaliście – zachęcam do zmierzenia się z Babadookiem. [Łukasz Jakubiak]

Kolejne zaskoczenie od debiutanta. Bardzo podobnie jak w przypadku Czarownicy: Bajki… znów mamy do czynienia z debiutem, i kolejny raz z historią, która daje się interpretować na kilka sposobów. Babadook istnieje czy jest wytworem chorej wyobraźni? A może to „tylko” personifikacja demonów z naszej głowy? Nie wiadomo, co gorsze. [Szymon Pewiński]

Dzieło ciekawe i niebanalne, które niewątpliwie docenią (nierozpieszczani ostatnimi czasy przez filmowców) widzowie preferujący horrory posiadające klimat grozy, głębię czy interesującą historię, a nie zasadzające się na potokach krwi i epatowaniu obrzydlistwem. [Wojciech Wieczorek]

Główny przedstawiciel nowych horrorów, które mają aspiracje do bycia czymś więcej niż filmem grozy. [Kacper Kulhawik]

Pomimo całego psychologicznego bagażu oraz atmosfery opresji debiut Kent nie jest pozbawiony dyskretnego poczucia humoru oraz ukłonu w stronę horrorowej klasyki. Początkowe sceny, jeszcze przed pojawieniem się Babadooka, ukazują codzienność bohaterów, w której oglądanie szaf i zaglądanie pod łóżko, aby przekonać się, że potwora nie ma, stanowi rytuał. Pojawienie się ludzi z opieki społecznej nie jest tak dramatyczne, jak można by oczekiwać, może dlatego, że matka i syn nie kryją się z tym, jacy są naprawdę. Nawet oglądane w telewizji przez Amelię Czarne święto Maria Bavy staje się żartem – z jednej strony umowna charakteryzacja postaci może bawić, z drugiej bohaterka filmu Kent z łatwością odnajdzie na ekranie telewizora podobieństwa do swojej sytuacji. [Krzysztof Walecki, fragment recenzji]

 

14. miejsce

Egzorcyzmy Emily Rose

The Exorcism of Emily Rose (2005), reż. Scott Derrickson

Choć minęło już 12 lat od premiery Egzorcyzmów…, to wciąż jest on najstraszniejszym i najbardziej realistycznym horrorem o opętaniu w historii kina (i tak, chwilami nawet lepszym od Egzorcysty). Derrickson zgrabnie wkomponował elementy grozy do dramatu sądowego, dzięki czemu film jest bardzo rytmiczny – kolejne fakty odsłaniające przyczyny śmierci Emily (znakomita Jennifer Carpenter) stają się coraz mniej jednoznaczne, nabierając bardziej paranormalnego ujęcia. Reżyser Sinister z ogromną wprawą dawkuje napięcie, a wraz z kolejnymi retrospekcjami wprowadza coraz więcej grozy, która osiąga swój punkt kulminacyjny w scenie finałowego egzorcyzmu. Warto też wspomnieć, że scenariusz został zainspirowany prawdziwą historią niemieckiej studentki, Anneliese Michel, która w 1976 roku zmarła wskutek opętania. [Łukasz Jakubiak]

Uważam Egzorcystę za najlepszy horror wszech czasów. Fascynuje mnie zderzenie katolicyzmu z siłami, w które ta religia (również) nakazuje wierzyć. Egzorcyzmy Emily Rose są oparte na autentycznych wydarzeniach z życia Anneliese Michel. Może nie jest to najlepszy horror pod słońcem, ale we mnie wywołuje pewien bliżej nieokreślony niepokój. A gdy posłucha się taśm z egzorcyzmów Anneliese… [Szymon Pewiński]

 

13. miejsce

[Rec]

[Rec] (2007), reż. Jaume Balagueró, Paco Plaza

Zbierając wszystkie elementy horroru, warsztatu do budżetu nie było bardziej klimatycznego i wyciśniętego z wszystkich soków horroru w XXI wieku. [Kacper Kulhawik]

Najlepszy horror found footage, jaki powstał, maksymalnie przerażający i wycieńczająco intensywny. [Przemysław Smolnik]

Film umiejętnie wykorzystuje stylistykę found footage, znaną choćby z Blair Witch Project, nadając jej wyjątkowo dynamiczny, przepełniony adrenaliną charakter. REC, poprzez wpuszczenie dużej dozy świeżości w oklepane schematy, ciekawe połączenie podgatunkowych stylistyk, okazał się dużym sukcesem komercyjnym i artystycznym, zapoczątkowując ogólnoświatową modę na hiszpańskie horrory. [Jakub Piwoński]

 

12. miejsce

Dom w głębi lasu

Cabin in the Woods (2012), reż. Drew Goddard

To jest po prostu jazda bez trzymanki. Film, który nie zostawia suchej nitki na żadnym istniejącym podgatunku kina grozy. Mamy więc zgrywę z motywu „zamknięci w leśnym domku”, klasycznego slashera, jak i kina apokaliptycznego – a całość potraktowana oczywiście z ogromną dawką humoru, z którego słynie Joss Whedon, scenarzysta Domu…, a przy okazji też twórca dwóch części Avengers. Produkcja zarówno dla kinofilów, jak i osób szukających dobrej rozrywki. [Łukasz Jakubiak]

Niby nie do końca horror, bo dużo tu śmiechu i akcji, ale doskonale wykorzystuje gatunkowy sztafaż i tworzy eklektyczne kino grozy na pograniczu horroru, komedii i SF. [Dawid Myśliwiec]

Wyjątkowo udana dekonstrukcja reguł gatunku, niepozbawiona humoru i grozy + hołd dla horroru samego w sobie. [Dawid Konieczka]

Dom w głębi lasu nie straszy ani przez moment, nie o to jednak jego twórcom chodziło. Szalone, znakomite pomysły zostały okraszone czarnym jak noc humorem, a nad całością unosi się duch zjadliwej satyry. Cytaty ze słynnych filmów grozy chadzają tu niemal stadnie, ale myliłby się ten, kto sądzi, że radość podczas seansu czerpie się tylko z wynajdywania poukrywanych odniesień. Goddard i Joss Whedon (pełniący rolę producenta i współscenarzysty) nie opierają swojego filmu na puszczaniu oka do widza, nawiązania są tu w pewnym sensie jedynie produktem ubocznym doskonale przemyślanej fabuły. To w genialnym pomyśle wyjściowym, nie w intertekstualnych zagrywkach, kryje się cała frajda płynąca z seansu Domu w głębi lasu, a kolejne wolty fabularne przekonują, że mamy do czynienia z horrorem pod każdym względem wyjątkowym. [Grzegorz Fortuna, fragment recenzji]

 

11. miejsce

Zejście

The Descent (2005), reż. Neil Marshall

Ostrzegam, że jest to film tylko i wyłącznie dla widzów o mocnych nerwach. Przez ponad godzinę akcja rozgrywa się w niemal kompletnych ciemnościach, ledwo rozświetlanych przez latarki i rzucane czasem ogniste flary. Ciasne, ciemne korytarze tworzą klaustrofobiczną atmosferę, a to wszystko potęguje narastający z minuty na minutę suspens. Miejscami miałem lekkie skojarzenia z Blair Witch Project, kiedy jedna z bohaterek w kompletnym mroku filmuje ustawioną na podczerwień kamerą VHS makabryczne sceny, jakie rozgrywają się tuż przed nią. Mimo iż jest parę odniesień do znanych horrorów (wspomniane już Blair Witch Project czy Teksańska masakra piłą mechaniczną), to Marshallowi udało się nakręcić oryginalny, zaskakujący i przerażający film grozy. Do tego bardzo krwawy, co jednak absolutnie nie wpływa niekorzystnie na atmosferę zagrożenia. Krew nie tryska zabawnie hektolitrami, jak to często w kinie gore bywa. Tu mamy sceny krwawe, ale niezwykle realistyczne. [Michał Klimaszewski, fragment recenzji]

Generalnie nie przepadam za takimi rzeźniami. Kreatury odgryzające kolejne członki, żywiące się ludzkim mięsem. Ale nic nie poradzę, że w niewytłumaczalny dla mnie sposób Zejście to fun nie z tej (pod)ziemi. [Szymon Pewiński]

Wystawienie grupki ludzi na wyjątkowo ekstremalną sytuację to jeden z klasycznych horrorowych schematów, w których trudno jeszcze czymś zaskoczyć. Neilowi Marshallowi się to jednak udało. Oto posłał do boju grupkę kobiet, ale nie byle jakich, bo Sarah, Juno i reszta ekstremalne wyzwania wręcz kochają, choć tym razem przyjdzie walczyć o życia i ich przyjaźń zostanie wystawiona na ciężką próbę. Swoje robi klaustrofobiczny klimat znakomicie filmowanych przez Sama McCurdy’ego jaskiń, dramaturgię i napięcie buduje niepokojąca muzyka Davida Julyana, a cała reszta to już talent Marshalla do straszenia na przeróżne sposoby, od subtelnych, przez jump scare’ów, aż po umazanie (dosłownie) bohaterek w hektolitrach krwi i flaków. Właściwie horror kompletny. [Łukasz Koperski]

 

Ostatnio dodane