Autor: REDAKCJA
opublikowano

NAJLEPSZE HORRORY XXI WIEKU. Top 50

30. miejsce

1408

1408 (2007), reż. Mikael Håfström

Opowiadanie 1408 to sztandarowy przykład na sposób, w jaki King kreuje swoją niesamowitą i niepokojącą rzeczywistość. W pokoju straszą nas rzeczy na pozór błahe – obrazy, nienaturalne światła, mrożące krew w żyłach odgłosy – takie, których nie potrafimy jednoznacznie zidentyfikować. Cały horror mieści się w głowie głównego bohatera, wydaje się być projekcją jego odmawiającego posłuszeństwa umysłu. Autor potęguje efekty dzięki charakterystycznym wybiegom w przyszłość, manewrom zdradzającym nam dalsze losy głównej postaci, oczywiście w stopniu niewystarczającym do jednoznacznej interpretacji końca opowiadania. Film w dużym stopniu przenosi irracjonalne wydarzenia na poziom urojeń umysłu sarkastycznego i niedowierzającego w świat paranormalny pisarza. [Filip Jalowski, fragment recenzji]

Film kameralny, rozgrywający się przez większość czasu na ograniczonej przestrzeni pokoju hotelowego, a więc spoczywający w stu procentach na barkach Johna Cusacka, który radzi sobie zresztą z gracją. Każdy, kto trafia do numeru 1408, konfrontuje się z własnymi emocjami i wpada w błędne koło, stając twarzą w twarz z poczuciem winy, rozgoryczeniem, wstydem, żałobą, zdradą, lękiem, gniewem… ze wszystkim, z czym żyje na co dzień, nie potrafiąc sobie z tym poradzić i pójść dalej. Niemożność poradzenia sobie z takimi uczuciami przyjmuje fizyczną formę, piekło umysłu manifestuje się dosłownie. Siłą filmu jest przede wszystkim oddziaływanie na wyobraźnię – co by nas spotkało, gdybyśmy byli na miejscu Mike’a? Z czym musielibyśmy się zmierzyć? [Karolina Chymkowska, ekranizacje według Stephena Kinga]

 

 

29. miejsce

Grindhouse: Planet Terror

Grindhouse: Planet Terror (2007), reż. Robert Rodriguez

Przewrotny twór, jak wszystkie rzeczy, w których maczał palce Quentin Tarantino, w horrorowej konwencji sprawdził się znakomicie. [Kacper Kulhawik]

Nie znam genezy słowa „jazzy”, opisującego coś, co się ogólnie podoba, jednak mogę powiedzieć, dlaczego coś jest „rodri”. A dokładniej: nie „coś”, lecz wyczekiwany od dawna Planet Terror. Określenie to film zawdzięcza Robertowi Rodriguezowi, który tworząc swoją połówkę Grindhouse, potraktował ją jak zabawkę za kilkanaście milionów dolarów. Określił jej przeznaczenie (rozrywka!), formę (kicz do potęgi) i grupę docelową (duże dzieci), a następnie wydał miliony, by stworzyć wrażenie, że kosztowała kilka tysięcy. Gdyby takiego zabiegu dopuścił się ktoś inny niż Rodriguez, Tarantino czy Paul Verhoeven, można byłoby wnioskować o opiekę psychiatryczną dla oczywistego szaleńca. Jednak Robert, człowiek z kiczem zamiast krwi, od czasów El Mariachi zmienia każdą bzdurę w festiwal. [Michał Puczyński, fragment recenzji]

 

 

28. miejsce

Naznaczony

Insidious (2010), reż. James Wan

Mimo zapożyczeń film okazuje się nietypową ghost story z bardzo gęstą atmosferą, wykreowaną bez pomocy hektolitrów krwi i efektów komputerowych. Przy zaskakująco niskim budżecie (półtora miliona dolarów) udało się zrealizować wciągające, ponure i nastrojowe kino grozy z dobrym aktorstwem (w obsadzie m.in. niedoceniana Rose Byrne). Lepsze niż Poltergeist (1982), z którego czerpie pomysły. [Mariusz Czernic]

Naznaczony to film oparty w głównej mierze na warstwie dźwiękowej, która jest jego najjaśniejszym i najbardziej charakterystycznym elementem. Na wysokim poziomie stoi też realizacja w sferze obrazu. Większość ujęć powstała przy użyciu steadycamu, co urealnia ekranowe wydarzenia i sprawia, że czujemy się bliżej bohaterów. Pochwalić należy też sprawny montaż, charakteryzację i wszystkich aktorów. [Rafał Donica, fragment recenzji]

 

 

27. miejsce

Bone Tomahawk

Bone Tomahawk (2015), reż. S. Craig Zahler

Nadzwyczaj orzeźwiające połączenie westernu i horroru. Na duży plus kapitalna obsada i dowcipny nawias, w jaki wzięta jest cała historia. [Mateusz Jasiński]

Jest to western niezwykły. Ma w sobie zrozumienie bohaterów jak u Johna Forda, ascetyzm charakterystyczny dla prozy Cormaca McCarthy’ego oraz brutalność rodem z włoskich horrorów o kanibalach. A przy okazji nie można odmówić Bone Tomahawk liryzmu. Bierze się on przede wszystkim ze zrozumienia swoich bohaterów i epoki, w której przyszło im żyć, czyli czegoś, na co wielu współczesnych twórców w ogóle nie zwraca uwagi. [Krzysztof Walecki, fragment recenzji]

 

 

 

 

26. miejsce

Co robimy w ukryciu

What We Do In The Shadows (2014), reż. Taika Waititi

Niesztampowy film o wampirach. Największy atut: paradokumentalna forma. [Tomasz Józefowski]

Pastisz filmów typu found footage. Jednak pastisz zrobiony ze smakiem. Trochę dramatu, horroru, komedii. Szermierka klimatami wyszła twórcom przekonywająco. [Filip Filewski]

Widz podczas seansu Co robimy w ukryciu śledzi bohaterów podczas conocnych czynności: od imprezowania w klubie przez organizowanie pożywienia (najlepiej dziewic), na prozaicznej kwestii zmywania naczyń skończywszy. Twórcy wykazali się sporą spostrzegawczością, ponieważ nawiązuje do znanych motywów w sposób bardzo twórczy. Wampiry – będące reliktami poprzednich epok – na różne sposoby (i z różnym skutkiem) próbują przyswoić sobie współczesne zwyczaje i zachowania. Sceny wyjaśniające, jak radzą sobie z doborem garderoby (nie mając odbicia w lustrze) lub przedstawienie relacji ze społecznością wilkołaków, ogląda się bardzo dobrze. Widz otrzymuje za każdym razem dawkę niewymuszonego humoru. [Jan Dąbrowski, fragment recenzji]

 

 

25. miejsce

Silent Hill

Silent Hill (2006), reż. Christophe Gans

Za najlepszą do tej pory ekranizację gry, film dopieszczony wizualnie, niezwykle spójny ze światem gry, do tego autentycznie straszny i przygnębiający. W roli głównej przekonuje Sean Bean. [Mariusz Michalczyk]

To, co stanowi o sile filmu Gansa, to wierne oddanie klimatu gry. Silent Hill tworzy przerażające uniwersum – Japończycy są w tym znakomici – pełne niesamowitych potworów, osadzone w plastycznej scenografii, okraszone niepokojącą muzyką Akiry Yamaoki. Jest jedyną grą, w którą nigdy nie grałam, ale mogłam obserwować godzinami, czekając w napięciu na zwiastujący kłopoty, przejmujący dźwięk syren. Film dostarcza widzowi tych samych emocji. Kiedy Rose trafia do pokrytego popiołami miasteczka, zanurzonego w głębokiej mgle, nie wie jeszcze, co ją czeka. Widz, który zna tytuł, oczekuje na typowe objawy – farba na ścianach zaczyna się łuszczyć, wszystko zalewa się rdzawą krwią, z zakątków wypełzają ohydne stwory – spętany drutem kolczastym człowiek, demoniczne pielęgniarki i On: Piramidogłowy. W charakterystycznym czarnym nakryciu głowy, z potężnym ostrzem w ręku przemierza swój świat w towarzystwie tysięcy pełzających stworzeń. Niesamowite uczucie, zobaczyć go na wielkim ekranie. [Agnieszka Stasiowska, fragment recenzji]

 

 

24. miejsce

Obecność 2

Conjuring 2 (2016), reż. James Wan

Więcej tego samego i w sumie dość przewidywalny scenariusz, ale za optymistyczny przekaz i sceny z zakonnicą pięć punktów ode mnie. Horrory Jamesa Wana powoli są robione od metra, ale jakoś zawsze czuję ciarki w kinie. [Mariusz Michalczyk]

Nakręcić dobry horror, który jest klasycznym straszakiem, to jedno, ale nakręcić to samo drugi raz – to niemalże pachnie samobójstwem i pogrążyłoby niejedną karierę. To stwierdzenie nie działa w przypadku Jamesa Wana. Facet za psie pieniądze nakręcił drugą część klasycznego horroru, na którym spazmatycznie podskakiwałem w fotelu, mimo że wiedziałem, co się stanie. Widać w każdym kadrze, że pokazywanie kolejnych rekwizytów czy budowanie napięcia sprawia Wanowi najzwyczajniej frajdę, a i aktorzy mu w tym wydatnie pomagają. Wiedziałem, że jak Wilson śpiewa Elvisa, to że to swój chłop. [Maks Pełczyński]

Reżyser inwestuje niesamowicie dużo czasu w zapoznanie się z bohaterami, ich środowiskiem oraz atmosferą panującą w domach Hodgsonów i Warrenów. Podobnie jak w przypadku pierwowzoru dba o to, aby przygotować grunt dla przerażających przyszłych wydarzeń, lecz tym razem chodzi nie tylko o nawiązanie więzi z postaciami dramatu. W pewnym momencie filmu bohaterowie zaczynają kwestionować rzekome opętanie Janet, wcześniej zaś praca Eda i Lorraine staje się tematem publicznej krytyki. [Krzysztof Walecki, fragment recenzji]

 

 

23. miejsce

Paranormal Activity

Paranormal Activity (2007), reż. Oren Peli

W potencjalnym realizmie, statycznych ujęciach rejestrowanych okiem pozbawionej emocji kamery, strachu przed czymś, czego właściwie nie ma (w końcu nie możemy tego dotknąć, poczuć, zobaczyć) tkwi ogromna siła Paranormal Activity. Filmu, który przenosi dokumentalizowane horrory o jeden krok dalej, pokazując, że tego typu kino nie musi polegać jedynie na krzyku, łzach i bezsensownej ucieczce ku uciesze podnieconego tłumu. Paranormal Activity pokazuje, że prawdziwy horror może spotkać nas we własnym domu, a może już spotyka, ale śpimy i z rana tłumaczymy go przeciągiem lub innym logicznym i uniwersalnym wyjaśnieniem „na wszystko”. [Filip Jalowski, fragment recenzji]

 

 

 

 

22. miejsce

Zło we mnie

The Blackcoat’s Daughter (2015), reż. Oz Perkins

Jeden z najciekawszych horrorów od lat – ciekawa konstrukcja fabularna i dziwny, przerażający klimat. Coś wisi w powietrzu, cały czas czujemy, że coś jest nie tak. Opętanie w innym wydaniu. [Michał Schielke]

Cudownie diabelski klimat filmu nakręconego przez syna samego Normana Batesa. I to jak nakręconego! [Łukasz Opaliński]

Nie jest to film łatwy w oglądaniu. Nie jest to film łatwy w rozumieniu. Ale wynagradza z nawiązką cały włożony w niego wysiłek. Szatan nigdy jeszcze nie był tak kuszący. [Michał Bochenek]

Zło we mnie najbardziej przypadnie do gustu nie tym widzom, którzy bardziej niż treścią zadowolą się klimatem, lecz fascynatom mrocznej strony ludzkiej natury; tym, którzy odnajdą się w samym opisie sytuacji, pozbawionym odpowiedzi na pozornie najważniejsze pytanie – dlaczego. Ostatnie ujęcie filmu wcale nie sugeruje, że dobrnęliśmy do końca, a wręcz przeciwnie. Że spełnienie w złu jest równie iluzoryczne, co próba bycia dobrym przy każdej nadarzającej się okazji. Ilustracje obu tych postaw wybrzmiewają u Perkinsa jak gorzki żart. Strasznie ponury to film, choć za to jedno trudno go krytykować. [Krzysztof Walecki, fragment recenzji]

 

21. miejsce

Mięso

Raw (2017), reż. Julia Ducournau

Mięso nie tylko doskonale wpisuje się w trend postgatunkowego kina grozy, ale jest też imponującym debiutem reżyserskim Julii Ducournau. Film można streścić jako metaforyczną opowieść o dojrzewaniu i seksualnej inicjacji, wpisującą się w konwencję kanibalistycznego horroru. Poza tym Mięso wygląda i brzmi rewelacyjnie, a sam motyw przemiany introwertycznej wegetarianki w gustującą w ludzkim mięsie femme fatale jest iście odjechany. Ale na szczęście zamiast taniego slashera reżyserka zaserwowała nam bardzo stylowe kino artystyczne. [Łukasz Jakubiak]

Horror kanibalistyczny o dojrzewającej seksualności. Niezwykle świeży, miejscami bardzo zabawny. Wspaniały debiut Julii Ducournau, tylko czekać na kolejne jej filmy. [Mateusz Jasiński]

Tyle gadania o mdlejących podczas seansu widzach, obrzydzenia, jakie wywołuje ten film… Nie mam zbyt mocnego żołądka, ale Mięso jakoś zniosłem i… świetnie się bawiłem. Bywa obrzydliwie, ale przede wszystkim jest niezwykle ciekawie, bo razem z główną bohaterką chcemy odkrywać kolejne fragmenty tej rodzinnej układanki. Mniam, mniam. [Szymon Pewiński]

Podobno podczas niektórych seansów ludzie opuszczali sale kinowe, nie mogąc znieść widoku rozszarpywanych i przeżuwanych ciał. O ile nie były to projekcje przeznaczone dla uczniów szkół podstawowych, trudno uwierzyć w te doniesienia. Ducournau na pewno chciała szokować i prowokować, ale na współczesnym widzu trudno zrobić wrażenie porównywalne z tym, jakie w 1973 roku wywarł Egzorcysta. Bezkrytyczne pochwały i swoisty hype, jaki powstał wokół Mięsa, są nieco na wyrost, a najpoważniejszy zarzut to brak odpowiedniego nastroju, który pozwoliłby myśleć o tym filmie jak o horrorze; bliżej mu do dramatu psychologicznego utrzymanego w duchu Wstrętu Romana Polańskiego. Nic was tutaj nie wystraszy, ale z drugiej strony to bez porównania lepsze od kolejnej kompilacji żałosnych jump scare’ów. Warto obejrzeć debiut francuskiej reżyserki, ale nie warto oczekiwać po nim rewolucji. [Jarosław Kowal, fragment recenzji]

 

Ostatnio dodane