Autor: REDAKCJA
opublikowano

NAJLEPSZE HORRORY XXI WIEKU. Top 50

I oto jest – zestawienie 50 najlepszych horrorów XXI wieku (od 2001 do dzisiaj). Wybór, co by o nim nie mówić, pewnie dość kontrowersyjny, bo naprawdę trudno zadowolić wszystkich, którzy oglądają – nałogowo lub okazjonalnie – filmowe straszydła. Mamy jednak nadzieję, że dobrze łączy to, co popularne, z tym, co doceniane przez miłośników gatunku.

Filmów było wiele – o nawiedzonych duchach, lalkach i dziewczynkach; o demonach, diabłach i duchach; o zombiakach, o wampirach, o wilkołakach i o genetycznie i fizycznie zmodyfikowanych potworach; o seryjnych mordercach w konwencji slasherowej, mocno krwawej i dosłownej. Było sporo tytułów w konwencji SF, było kilka komedii i animacji oraz dramatów psychologicznych. Nie można zapomnieć o kinie klasy B, C i Z, które również jest wypełnione cudacznymi przerażaczami.

Oto lista. Dzięki za udział w głosowaniu.

 

50. miejsce

Smakosz

Jeepers Creepers (2002), reż. Victor Salva


Już pierwszą sceną reżyser podsuwa nam myśl, że będziemy mieli do czynienia z filmem niezwykłym. Głównymi bohaterami opowieści czyni bowiem… rodzeństwo. Victor Salva tym celowym zabiegiem, znacząco ograniczającym pole manewru dla kształtowania stosunków między postaciami, daje do zrozumienia, że nie relacje damsko-męskie będą w filmie najważniejsze. Daje tym samym znak widzowi, że w pewien symboliczny sposób odcina się od upowszechnionego Krzykami Wesa Cravena nowego gatunku – horroru młodzieżowego, w którym zasadniczą role odgrywają erotyczne zależności pomiędzy bohaterami. Jednocześnie uwiarygodnia ich silny związek emocjonalny. Przedstawienie głównych postaci dramatu zostaje dopełnione dynamiczną sceną ataku drogowego pirata. Trudno się tutaj nie dopatrzyć niemal dosłownych cytatów z Pojedynku na szosie – pierwszego pełnometrażowego filmu Stevena Spielberga. To kolejny sygnał wysyłany przez reżysera – możemy się spodziewać żonglowania konwencjami i gatunkami. Ten pierwszy wyraźny znak znajdzie wkrótce potwierdzenie w nawiązaniach do innych, klasycznych już pozycji thrillera, filmu drogi i horroru. Pierwsze kilkanaście minut filmu podnosi poziom adrenaliny we krwi widza, zapowiadając pierwszorzędny, emocjonujący thriller. Mimo że reżyser wydaje się stosować ograne chwyty, to jednak odnosi się wrażenie pewnej świeżości podejścia do wyeksploatowanych tematów. [Edward Kelley, fragment recenzji]

 

 

 

49. miejsce

Dog Soldiers

Dog Soldiers (2002), reż. Neil Marshall

Początek krótkiej kariery Neila Marshalla (ale może nowy Hellboy przyniesie jej odrodzenie, kto wie) i mój ulubiony film o wilkołakach. Grupka żołnierzy na brytyjskim zadupiu, pełnia księżyca – no i wiadomo. Niski budżet za bardzo nie przeszkadza, bo wilkołaki prezentują się zupełnie przyzwoicie, do tego galeria fajnych bohaterów (niczym ekipa marines z Obcego – decydującego starcia) i trochę humoru. Czego chcieć więcej?[Łukasz Koperski]

Choć szerokim echem odbił się inny film Neila Marshalla, a mianowicie Zejście z 2005 roku, to większe wrażenie zrobił na mnie jego pełnometrażowy debiut. Dog Soldiers to najlepszy horror o tematyce likantropicznej od czasu Amerykańskiego wilkołaka w Londynie i Skowytu. Nakręcony za niecałe dwa miliony dolarów (!), opowiada historię brytyjskich żołnierzy, którzy podczas manewrów w szkockich lasach natrafiają na stado wilkołaków. Całość przypomina nieco skrzyżowanie Predatora z Martwym złem, ale trzeba przyznać, że film ogląda się z niebywałą wręcz lekkością, głównie dzięki dobrze napisanym dialogom (pełnym ciętego, brytyjskiego humoru), świetnej pracy operatorskiej oraz praktycznym efektom specjalnym, które do tej pory trzymają się naprawdę nieźle (chociażby wilcze głowy, pełne imponującej animatroniki). [Łukasz Jakubiak]

Ależ to jest genialna rzeźnia! Nic dodać, nic ująć. Komandosi, wilkołaki, testosteron, walka na śmierć i życie. Z absolutnie rewelacyjnym dodatkiem czarnego jak smoła humoru. Bezpretensjonalne kino stworzone ewidentnie z miłości do tego rodzaju makabry. [Szymon Pewiński]

 

48. miejsce

Upiorna noc Halloween

Trick ‚r Treat (2007), reż. Michael Dougherty

Upiorna noc Halloween stanowi świetny przykład wykorzystania znajomych motywów do stworzenia nie antologii z potworami i zjawami, lecz wspólnego świata zamieszkiwanego przez różnego rodzaju upiory. Dlatego też tradycyjny podział na nowele jest tu zastąpiony przeskakiwaniem z jednej historii do drugiej, zwłaszcza że miejsce i czas akcji są dla wszystkich wspólne – tytułowe Halloween w małym miasteczku w Ohio. A tam dyrektor szkoły, który skrywa mroczną tajemnicę, dziewczyna w kostiumie Czerwonego Kapturka, stary odludek walczący z dziwnym chłopczykiem w masce oraz widmo wypadku szkolnego autobusu sprzed trzydziestu lat. [Krzysztof Walecki, fragment zestawienia najlepszych horrorów nowelowych]

Obok hasła Halloween w encyklopedii powinien widnieć kadr z tego filmu. Krwawy, zabawny, strrraszny, zaskakujący, tajemniczy, pełen dyń… Halloweenowy w każdym calu! W obsadzie m.in. Anna Paquin i Brian Cox. „Cukierek albo psikus” nabiera tu całkiem nowego znaczenia… [Rafał Donica, fragment artykułu o nieoczywistych wyborach filmowych na Halloween]

47. miejsce

Opowieść o dwóch siostrach

A Tale of Two Sisters (2003), reż. Jee-woon Kim

Najlepszy azjatycki film grozy ostatnich lat, kupuje klimatem od samego początku. [Mateusz Jasiński]

Film oparty na południowokoreańskim podaniu ludowym, przenoszonym na ekran wielokrotnie. Wersja z 2003 roku to fantastyczny horror – stylowy, niepokojący, wysmakowany wizualnie, przywodzący na myśl szekspirowską tragedię. Istotą są tutaj skażone, brutalne i zimne relacje między ludźmi – krzywdy, które potrafimy sobie wzajemnie wyrządzić, są bowiem bardziej przerażające niż jakakolwiek istota z innego wymiaru przemykająca po korytarzach. Opowieść o dwóch siostrach pokazuje w niezwykle sugestywny sposób nakręcającą się spiralę szaleństwa, której praźródłem są niemożliwe do udźwignięcia wyrzuty sumienia. [Karolina Chymkowska]

 

46. miejsce

Dark Water

Honogurai mizu no soko kara (2002), reż. Hideo Nakata

Dobry horror to nie tylko strach, mocne sceny i zabiegi wprowadzające widza w odpowiedni stan, nastrój, ale także samo wykonanie filmu – aktorstwo, muzyka, dźwięk czy scenografia. Autorem muzyki jest Kenji Kawai, który stworzył na potrzeby Dark Water muzykę bardzo mroczną i bardzo złowrogą. W filmie występuje także mnóstwo ciekawych i zaskakujących motywów, powiązań, a także wplecione są retrospekcje – dzięki nim jeszcze bardziej można się wczuć w całą fabułę. [Adam Łudzeń, fragment recenzji]

To, co przewija się przez cały seans Dark Water, to przede wszystkim refleksja dotycząca samotności, nie tylko lęk samotnego umierania, ale i groza, jaką przynosi ze sobą porzucenie i zapomnienie. W gruncie rzeczy bowiem czy to nie jest największa z naszych życiowych potrzeb – mieć kogoś, kto zapewniłby nam poczucie pewności i bezpieczeństwa? [Karolina Chymkowska]

 

45. miejsce

Zombieland

Zombieland (2009), reż. Ruben Fleischer

Film rozpoczyna się iście hitchcockowskim trzęsieniem ziemi. Oto w prologu oglądamy świat po zombie-apokalipsie, gdzie niedobitki ludzkości przystosowały się do współistnienia z żywymi trupami obok. Prolog niesamowicie zaostrzył mi apetyt na dalszą część filmu. W dodatku po prologu nadeszła czołówka, która dosłownie zwaliła mnie z nóg: ujęcia plujących krwią zombie, uciekających ludzi, płonących ludzi itd. pokazane zostały w slow-motion z taką wizualną maestrią, że zacząłem się bać, czy aby twórcy w pierwszych minutach filmu nie stawiają sobie poprzeczki zbyt wysoko i czy starczy im pary na resztę filmu. I wreszcie trzecia rzecz, za którą Zombielandowi należy się pochwała, czyli interaktywne napisy towarzyszące nam przez cały film. [Rafał Donica, fragment recenzji]

 

44. miejsce

Zombie Express

Train to Busan (2016), reż. Sang-ho Yeon

Dowód na to, że można nakręcić inteligentny i trzymający w napięciu film o zombie, w którym umarlaki gryzą ludzi w kołnierzyki ubrań – i to zupełnie wystarcza. [Dawid Konieczka]

Dawno w horrorze nie było tak świeżego spojrzenia na zombie movies. [Paulina Kowalska]

To naprawdę niezły horror na wysokim biegu, napędzany atmosferą ciągłego zagrożenia – nie zostanie w głowie na lata, ma niedociągnięcia, ale w czasie seansu sprawia wiele radości. [Radosław Pisula, fragment recenzji]

 

43. miejsce

Dom 1000 trupów

House of 1000 Corpses (2003), reż. Rob Zombie

Największą grozę budzi uświadomienie sobie faktu, że korzenie tego filmu nie tkwią wyłącznie w celuloidowej fikcji, i że to, co łatwo na pierwszy rzut oka zaklasyfikować jako chorą, kompletnie odjechaną wizję świadczącą o poważnym zachwianiu równowagi umysłowej reżysera, ma w rzeczywistości solidne oparcie w faktach. Niestety. Nie ma w filmie Roba Zombie niczego, co nie zostałoby kiedyś wymyślone przez jakiś inny, faktycznie chory umysł. Jedyne, co zrobił reżyser, to zebrał masę oderwanych elementów w jedno, w formie jednej nasyconej pigułki, dodając surrealistyczną oprawę rodem z koszmaru sennego. Z tych pojedynczych elementów wyłania się coś na kształt syntezy – historii słynnych zbrodni zebranych w całość. [Karolina Chymkowska, fragment artykułu]

 

42. miejsce

Wrota do piekieł

Drag Me to Hell (2009), reż. Sam Raimi

Przyzwalamy, by Raimi mydlił nam oczy, dublując swoje własne gagi tak samo często jak schematyczne „jump-scenes”, które nieodmiennie następują po sugestywnych, narastających dźwiękach muzyki. Nie mamy nic przeciwko temu, że grozy więcej uświadczymy w byle horrorze, a na ekran gapimy tylko po to, by sprawdzić, czy cała historia skończy się tak przewidywalnym finałem, jaki zakładaliśmy. Dajemy twórcy Martwego zła tak duży kredyt zaufania, że nie przekłada się on na pokładane w jego najnowszym filmie nadzieje, lecz mimo wszystko – nie mamy za złe tego, że Sam Raimi nieco nas oszukał, dostarczając produkt lekko wtórny. Wszak to jego prezent dla fanów, więc kręcenie nosem jest nie na miejscu, przecież Wrota do piekieł to kilkadziesiąt minut czystej zabawy konwencją, zabawy z nami, zabawy z Christine, zabawy z zębami starej Ganushowej. Innymi słowy: czysta radość tworzenia i równie niezmącona przyjemność z oglądania. [Bartosz Czartoryski, fragment recenzji]

Sam Raimi, po nakręceniu trylogii Spider-Mana, postanowił wrócić do tego, co wychodziło mu najlepiej, czyli horroru komediowego. Wrota do piekieł przypominają Martwe zło 2, ale nie znaczy to wcale, że film jest odtwórczy czy mało zaskakujący. Reżyser stworzył interesujący fundament fabularny (oparty na cygańskiej klątwie), po mistrzowsku wytłaczając z niego nie tylko elementy grozy, ale też humoru (głównie slapsticku). Najlepszym tego przykładem jest starcie głównej bohaterki (granej przez Alison Lohman) z demoniczną Cyganką. Czy wspomniałem, że cała scena dzieje się w samochodzie, a jedną z broni staje się zszywacz biurowy? Istny majstersztyk. [Łukasz Jakubiak]

 

 

41. miejsce

Berberian Sound Studio

Berberian Sound Studio (2012), reż. Peter Strickland

 

Bardzo klimatyczny film, którego istotą jest narastające poczucie osaczenia, odrealnienia i dźwięk sam w sobie. Toby Jones wciela się w rolę technika, który przyjeżdża do Włoch, by wziąć udział w kręceniu filmu, jak sądzi – o koniach. Szybko się jednak przekonuje, że w rzeczywistości chodzi o klasyczne giallo, chociaż reżyser uparcie temu zaprzecza. Im dalej w las, tym więcej napięcia i okrucieństwa pojawia się w relacjach między pracownikami na planie, eskaluje przemoc psychiczna, a główny bohater zaczyna wątpić w równowagę własnego umysłu, czując się coraz bardziej oderwany od świata rzeczywistego. Równie istotną rolę pełni wspomniany już wyżej dźwięk, pełnoprawny protagonista, rozumiany zarówno jak efekty dźwiękowe, jak i specyficzna melodia języka włoskiego. [Karolina Chymkowska]

 

40. miejsce

Kręgosłup diabła

El espinazo del diablo (2001), reż. Guillermo del Toro

Kręgosłup diabła to bez wątpienia jeden z najlepszych filmów w dorobku reżysera. Jest doskonałym przykładem kolażu kina grozy i dramatu. W zasadzie więcej w nim tego drugiego elementu, zaś paranormalna otoczka jest tylko dodatkiem do historii Carlita. Film ma niesamowity, nieco oniryczny klimat. Przypomina senny koszmar, w którym poruszamy się razem z bohaterami, starając się odnaleźć wszystkie kawałki układanki. Nastrój zagrożenia i tajemnicy potęgują zdjęcia spalonego słońcem hiszpańskiego odludzia oraz muzyka Javiera Navarrete. Czuć także osobisty ton tej opowieści, bowiem del Toro napisał scenariusz po śmierci wuja, który rzekomo nawiedził go jako duch. [Szymon Pajdak, fragment biografii Guillermo del Toro]

Hiszpański dreszczowiec niepozbawiony alegorycznych treści i artystycznej duszy. Schemat ghost story wykorzystano po to, by opowiedzieć o wojnie, desperackich próbach przetrwania i o tym, że gdy dorośli bawią się w wojnę, to najbardziej cierpią dzieci. Umieszczenie akcji w sierocińcu stojącym gdzieś samotnie, daleko od miejskiego zgiełku, wzmogło poczucie grozy i osamotnienia. Film utrzymany jest w gotyckim klimacie. Zawiera cechy antywojennego dramatu i opowiada o cierpieniach spowodowanych samotnością, przemocą, wszechobecną śmiercią, brakiem bezpieczeństwa i spokoju. [Mariusz Czernic]

 

39. miejsce

Antychryst

Antichrist (2009), reż. Lars von Trier

Psychoza, schizofrenia, paradokument, horror, thriller. Lars von Trier bardzo przyłożył się do tego niełatwego w odbiorze dzieła. Jest bardzo mocno i bardzo onirycznie. Dwoje aktorów doprowadzonych na skraj szaleństwa i piękne zdjęcia. [Filip Filewski]

Lars von Trier po raz kolejny zrobił film na przekór, jednocześnie prowokując i rozbijając w proch oczekiwania widzów – głównie tych, który wcześniej się z nim nie zetknęli. Wywołuje on przeciwstawne emocje, przez co trudno stwierdzić, czy obejrzeliśmy film dobry czy zły. O kategorii „podobania się” nie ma nawet co wspominać. Chyba jedynym sposobem oddania jakiejś sprawiedliwości jest ocenianie go jako przeżycie, doświadczenie. A w tym znaczeniu bez dwóch zdań było ono naprawdę mocne. [Karol Kućmierz, fragment recenzji]

 

38. miejsce

Najście

À l’intérieur (2007), reż. Alexandre Bustillo, Julien Maury

Brutalny survival. Ale nie taki znowu zwykły. Rozgrywający się na przestrzeni praktycznie jednego mieszkania, w którym walczą dwie kobiety, w tym jedna w ciąży. Jaki jest tego powód? Dlaczego? Na te wszystkie pytania dostajemy brutalne odpowiedzi, które prowadzą do wyśmienicie spuentowanego, krwawego finału. Przy Beatrice Dalle Hannibal Lecter, Freddy Krueger czy wszystkie inne czarne charaktery wyglądają jak Ghandi. Ciary. [Maks Pełczyński]

Młoda kobieta w ciąży, przeddzień porodu, sama w domu, ciemna noc i… tytułowe najście w postaci tajemniczej kobiety. Nie będę zdradzał, co dzieje się dalej, powiem tylko, że krew leje się hektolitrami, a scena z udziałem nożyczek i brzucha należy do najmocniejszych w historii horroru. Przerażające, bardzo krwawe kino produkcji francuskiej. [Rafał Donica, fragment zestawienia]

Prawdziwie francuska jatka – jazda bez trzymanki. [Dariusz Zieliński]

 

37. miejsce

Czarny łabędź

Black Swan (2010), reż. Darren Aronofsky

Swoisty remake Wstrętu, osadzony w środowisku tancerek baletowych i doprawiony szczyptą Lyncha. Schizowa wizja, która chwyciła mnie za gardło i nie chciała puścić. Aronofsky ma od dziś u mnie wielki „szacun” za to, że dał mi wrażenie obcowania z czymś doskonałym i idealnym. [Artur Langer]

Aronofsky pisze kolejną kronikę ludzkiej obsesji, która poprzez swoją destrukcję tworzy. Snuje opowieść o dążącej do perfekcji baletnicy. Historia ta zdobyła uznanie fanów reżysera i filmowego światka, otrzymując 21 nagród i aż 66 różnych nominacji. Szaleństwo to główny temat podejmowany przez reżysera w jego twórczości. Nina Mayers, młoda baletnica, grana świetnie przez Natalie Portman, chce być lepsza od innych. Chce być idealna. Owładnięta swoją manią, która ostatecznie ją zgubi, popada w coraz bardziej mroczne zakamarki psychiki. [Robert Skowroński, fragment recenzji]

 

36. miejsce

Pontypool

Pontypool (2008), reż. Bruce McDonald

Ten kanadyjski obraz to najlepszy dowód na to, że wciąż jeszcze liczy się pomysł na to, jak zaintrygować widza ciekawą i nietypową historią. Pod fasadą zwyczajnego horroru kryje się prawdziwa perła stworzona do fascynującej lektury pomiędzy wierszami. Dzieło, które można by określić jako bardzo teatralne, ponieważ wszystkie emocje, cały klimat i dramaturgia budowane są niemal wyłącznie przez dialogi i grę aktorską. Dodając do tego wspomnianą już ograniczoną przestrzeń, mistrzowsko dozowane napięcie, odpowiednią dawkę makabry oraz wysmakowaną typowo postmodernistyczną karkołomną zmianę konwencji z mocnym nieprzewidywalnym zakończeniem, otrzymujemy coś, co ma wszelkie cechy, by na długi czas pozostać w naszej pamięci. Jako fan horroru życzyłbym sobie więcej takich filmów. [Wojciech Wieczorek]

Najbardziej zaskakujące w Pontypool jest to, że wywód ten jest poprowadzony jak po sznurku, wyjątkowo logicznie i przekonująco. Być może wynika to z natury samego reżysera, który, podobnie jak bohater swojego filmu, ma się za buntownika, idącego własną drogą nonkonformistę, nie biorącego żadnych jeńców. Na przekór kinowemu medium Kanadyjczyk zawierza w jakże niefilmowy (a zwłaszcza niehorrorowy) środek wyrazu, jakim jest słowo, służące nie tylko do zobrazowania sytuacji, oddając jej makabrę i gorączkowość w sposób wyjątkowo sugestywny, ale też będące źródłem niebezpieczeństwa. W swojej przewrotności bowiem Pontypool posuwa się do uczynienia z mowy głównego zagrożenia, co w przypadku prowadzącego audycję radiową bohatera stanowi poważny problem – w jaki sposób poinformować ludzi o szerzącej się epidemii, gdy ta przenoszona jest właśnie w formie werbalnej? [Krzysztof Walecki, fragment recenzji]

 

35. miejsce

Świt żywych trupów

Dawn of the Dead (2004), reż. Zack Snyder

 

Świt żywych trupów w reżyserii Zacka Snydera jest bez wątpienia godnym następcą oryginału George’a A. Romero. Film ogląda się z zainteresowaniem, w kilku momentach można nieźle podskoczyć w fotelu ze strachu, a strona techniczna nie budzi żadnych zastrzeżeń. Świt żywych trupów to niezłe kino, nieprzynoszące ujmy klasycznym żywym trupom dziadka Romero. Na koniec dodam, że dla wielbicieli filmów o tematyce żywych trupów znajdzie się w filmie fajne mrugnięcie okiem, w postaci epizodycznej roli Toma Saviniego – ale na pewno wypatrzycie go sami, oglądając film Snydera – co szczerze polecam! [Rafał Donica, fragment recenzji]

 

 

 

 

 

 

34. miejsce

Droga śmierci

Dead End (2003), reż. Jean-Baptiste Andrea, Fabrice Canepa

Film, który udowadnia, że nie potrzeba dużego budżetu do stworzenia dobrego horroru. [Maciej Ramus]

Film nierówny, miejscami niepotrzebnie popada w groteskę, ale ogólnie ogląda się go dobrze z uwagi na klaustrofobiczne wrażenie zamknięcia w pułapce, z której nie ma wyjścia. Już na samym początku filmu, kiedy rodzina – mąż, żona, nastoletni syn i córka, studentka psychologii wraz z chłopakiem – wyruszają samochodem w drogę na świąteczną kolację, widać, że nie jest między nimi najlepiej. Są tajemnice, są konflikty, jest podskórne napięcie. Im bardziej sytuacja staje się kryzysowa, tym mocniej te negatywne uczucia dochodzą do głosu, a rodzinna jedność i solidarność okazują się ułudą. Chociaż rozwiązanie nie jest trudno przewidzieć, a od czasu premiery zdążyło się przeobrazić w anegdotę i element żartów towarzyskich, to wciąż dobry, zrealizowany oszczędnymi środkami horror. [Karolina Chymkowska]

 

 

33. miejsce

Autopsja Jane Doe

The Autopsy of Jane Doe (2016), reż. André Øvredal

Kolejny powiew świeżości. Teatr trzech aktorów. [Dariusz Zieliński]

Atmosfera to jedna z najważniejszych składowych dobrego horroru, a tutaj jest jej pod dostatkiem. Kostnica to niemal naturalne środowisko dla tego gatunku filmowego, a wąskie korytarze prosektorium w Autopsji… to prawdziwy siódmy krąg piekieł. [Dawid Myśliwiec]

Niezwykle efektywny to horror, stawiający na coś, co zazwyczaj jest ostatnią deską ratunku dla twórców tego gatunku. Stephen King zrobił kiedyś rozróżnienie na trzy rodzaje emocji, jakie należy wywołać u odbiorcy dzieła grozy, szeregując lęk i trudny do sprecyzowania niepokój jako te najszlachetniejsze, później krótkotrwały strach, realizowany za pomocą pospolitych środków, a na samym końcu obrzydzenie. Autopsja Jane Doe zaczyna właśnie od tego ostatniego – widzimy bardzo szczegółowo kolejne etapy sekcji, ciało niewątpliwie pięknej dziewczyny, które jest na naszych oczach otwierane, a następnie, bez żadnych sentymentów, opróżniane z organów. Interesujące, że od pewnego momentu te makabryczne, acz realistyczne obrazy przestają widza odstręczać, a zaczynają budzić właśnie ten najlepszy według Kinga rodzaj horrorowego doświadczenia. [Krzysztof Walecki, fragment recenzji]

 

 

32. miejsce

Blady strach

Haute tension (2003), reż. Alexandre Aja

Aja w szczytowej formie. Świetna zabawa konwencją slashera. [Paulina Kowalska]

Fabuła, jak na slasher przystało, do skomplikowanych nie należy, ale to tylko służy reżyserowi. Aja koncentruje się na wykorzystaniu znajomych schematów do cna, sprawiając, że od momentu pojawienia się mordercy na ekranie serce nie przestaje nam galopować aż do samego końca. Sceny wyjątkowo krwawych egzekucji porażają okrucieństwem – czy chodzi o dekapitację komodą, poderżnięcie gardła brzytwą czy wbicie siekiery w klatkę piersiową, Francuz nie pozwala sobie na niedopowiedzenia (tylko w jednym przypadku się hamuje, słusznie nie pokazując śmierci dziecka), ale, co ważniejsze, mordy te trwają u niego na tyle długo, abyśmy mogli wręcz poczuć agonię ofiar. Zważywszy również, że psychopatą jest mężczyzna zwalisty, brudny, spocony, a jednocześnie szalony, mamy ochotę trzymać się od niego jak najdalej. Nie jest żadnym niezniszczalnym maniakiem w masce, lecz kimś, w kogo łatwo uwierzyć. [Krzysztof Walecki, fragment recenzji]

 

 

31. miejsce

Tylko kochankowie przeżyją

Only Lovers Left Alive (2013), reż. Jim Jarmusch

Niezbity dowód na to, iż prawdziwy artysta (a do takich niewątpliwie należy Jim Jarmusch) potrafi pokazać własny styl niezależnie od obranego gatunku. Jarmusch wykorzystał sztafaż kina grozy, by opowiedzieć przejmującą historię o samotności i poszukiwaniu miłości. [Artur Langer]

Wszystko to, czego można spodziewać się po Jarmuschu. Powolna akcja, świetny klimat i doskonale dobrana muzyka. [Mateusz Jasiński]

Opowieść o wampirach wymykająca się schematom gatunkowym w doborowej obsadzie. [Tomasz Józefowski]

Opowieść zaserwowana przez Jarmuscha dojrzewa w meandrach świadomości widza w niespiesznym tempie, przypominającym powolny sposób prowadzenia filmowej narracji, która jest przecież odzwierciedleniem wewnętrznego świata bohaterów – wampirów celebrujących każdy moment egzystencji, delektujących się światem, naturą, nieowładniętych pędem codziennego życia i przede wszystkim upajających się uczuciem, które ich łączy. Bo czym staje się czas w obliczu nieśmiertelności? Dzieło Jarmuscha należy kontemplować, smakować w niespieszny sposób i nie oczekiwać natychmiastowych wrażeń. [Karolina Boroń, fragment recenzji]

 

Ostatnio dodane