Autor: REDAKCJA
opublikowano

NAJLEPSZE FILMY SF XXI WIEKU – Ranking TOP50

40. Autostopem przez galaktykę / Hitchhiker’s Guide to the Galaxy (2005)

Kto widział ten wie że ręcznik to atrybut podróżnika, co pomyślała doniczka petunii, dlaczego delfiny poleciały do nieba, czy roboty mogą mieć depresję, dlaczego auta to gatunek dominujący na Ziemi i czy należy obawiać się białych myszek. A kto nie wie tych interesujących rzeczy niech odpali tą genialną komedię w sosie sc-fi. [SonnyCrockett]

Przy całym rozmachu inscenizacyjnym, znakomitych efektach specjalnych, niezwykle widowiskowych zresztą, przy tym wszystkim Autostopem przez galaktykę pozostaje kameralną komedią, z umownością dekoracji i przebiegu akcji, która zaskakuje i śmieszy na każdym kroku.  Nie ma tu tak często ostatnio uprawianego dowcipu niskich lotów typu seks z szarlotką (American Pie) czy puszczanie bąków (Scooby Doo). Jest scena wymiotowania włóczką – podana jednak w tak sympatyczny sposób, że nawet 12-latkowie mogą obejrzeć to bez obaw, że po wyjściu z kina zrobią to samo. Humor filmu Gartha Jenningsa to zupełnie inna klasa, znacznie bardziej wysublimowane żarty, często niosące za sobą pytania o rzeczy istotne: życie, wszechświat i całą resztę, ukryte pod otoczką kpiny. Poważne pytania, na które przeważnie padają ironiczne odpowiedzi pozbawione sensu. Wszystko jest podane ze smakiem, bez humorystycznej przesady, z lekkością i polotem znanymi z książki. Ogląda się ten film nadzwyczaj sympatycznie, spokojnie i po prostu przyjemnie, jakby również widz kierował się hasłem: „Nie panikuj”, które przewija się w „Przewodniku galaktycznego autostopowicza”. [Rafał Donica, fragment recenzji]

RECENZJA AUTOSTOPEM PRZEZ GALAKTYKĘ

 

39. Niepamięć / Oblivion (2013)

Łatwo możnaby argumentować, iż Oblivion to typowy przerost formy nad treścią. Scenariusz filmu to rozklekotany bałagan, przypominający mokry sen grafomana, który postanowił w jedną fabułę skleić wszystkie swoje ulubione motywy science fiction, nie zważając na to jak to wszystko ze sobą współgra i czy w ogóle ma sens. Można argumentować, że na poziomie fabularnym Oblivion to wydmuszka, która zamiast przykuwać uwagę widza za pomocą pomysłowych motywów sci-fi w scenariuszu, idzie na łatwiznę i nęci go ładnymi obrazkami. Jednak pomimo fabularnej miałkości filmu, myślę że odrobinę krzywdzące byłoby powiedzieć, że Oblivion jest po prostu ładny i tyle. „Ładność” filmu nie polega na zwykłym pieszczeniu oczu pocztówkowymi obrazkami, ale na ukazaniu świata przedstawionego, który pobudza wyobraźnię i sprawia, że widz chce go poznawać. W fantastyce czasami jedyne czego trzeba to mocna dawka dobrej stylistyki, za którą kryje się talent i wyczucie, a tego Oblivion ma w nadmiarze. Fani „twardego” scifi nie mają tu czego szukać, ale ci widzowie, których wyobraźnia buzuje na widok pięknie przedstawionych, kosmicznych eskapad w nieznanych realiach, powinni dobrze się bawić. [Adam Nguyen]

Niepamięć jest cudownie nakręcona. Nie chodzi tu tylko o jakość efektów specjalnych, o których wystarczy powiedzieć, że są doskonałe. Ale ten film to wspaniałe doznanie estetyczne – bardzo plastyczne kadry, umiejętnie ograna kolorystyka, minimalizm dekoracji i – co najważniejsze – niewiele efekciarstwa związanego z eksploracją postapokaliptycznego świata. Co prawda jest tu kilka wymownych obrazków Nowego Jorku po zagładzie atomowej, niemniej nie w nich zasadza się moc, bo ta tkwi w odpowiedniej kompozycji obrazu i roli, jaką spełnia tło. To nie rozbuchany Emmerich. Kosinski wraz Claudio Mirandą (kolejna, po „Życiu Pi”, genialna robota tego operatora!) penetrują pustynne pustkowia, które niegdyś były miastem: tylko czasami widać architektoniczne szczegóły, nad którymi jednak się nie rozwodzą (plakaty trochę mylą). To bardzo spójna wizja, bo nie idąca ani w tanie efekciarstwo, ani w przesadzony futuryzm, ani w postnuklearne wizjonerstwo.„Oblivion” wygląda klasycznie, ale jednocześnie bardzo wyjątkowo. Ten film domaga się jak największego ekranu, jak najlepszego udźwiękowienia – nie żałujcie kasy na bilet do kina i potem na blu-raya. To prawdziwa uczta dla zmysłów. [Rafał Oświeciński, fragment recenzji]

RECENZJA NIEPAMIĘCI

38. Pod skórą / Under the Skin (2013)

Film Glazera jest bardzo dobrym obrazem – klimatycznym, dopracowanym stylistycznie, godnym polecenia nie tylko ze względu na formę, lecz także na niebanalny pomysł. Prosta i czytelna konstrukcja fabularna pozwala wczuć się w atmosferę nocnej Szkocji, a stonowana i zniuansowana gra aktorska Scarlett Johansson dopełnia całości dzieła oryginalnego, godnego seansu w ciemnym pomieszczeniu. Pod skórą wymaga od widza szczypty zaufania, warto zwrócić nań uwagę. [Jan Dąbrowski, fragment recenzji]

RECENZJA POD SKÓRĄ

37. W stronę słońca / Sunshine (2007)

Film o locie na Słońce. Brzmi głupio, ale to nie tylko jeden z lepszych przedstawicieli gatunku, ale także bardzo ciekawe ukazanie starcia nauki z religią. Religia przegrywa. [Hitch]

To przede wszystkim film pięknie nakręcony i pięknie oprawiony muzycznie. Przemieszanie grozy z zachwytem. Cillian Murphy tradycyjnie dodaje dużo emocjonalnego ciężaru. [Mikołaj Lewalski]

Klimat, klimat i jeszcze raz klimat – jeśli ktoś szuka filmu, który potrafi wizualnie i dźwiękowo oczarować, intrygować zamysłem fabularnym, to film Boyle’a ma swoje miejsce w ścisłej czołówce kina science-fiction XXI wieku. To wizytówka „kina klimatycznego”, trudnego do zdefiniowania gatunku (?), formy (?), sposobu opowiadania (?). Można osłodzić wiele elementów składowych „Sunshine”, co skutecznie robią koledzy powyżej, ja jednak dodam łyżkę dziegciu do tej beczki miodu – konstrukcja bad-guya, jego motywacja, sposób rozwinięcia konfliktu i rozwiązanie to bardzo szablonowe zagrania, które bolą tym bardziej, że przecież to mało szablonowy film, z przewidywalnym końcem (to mocna strona!), a i styl Boyle’a zazwyczaj wykluczał łapanie się utartych schematów.[Rafał Oświeciński]

RECENZJA W STRONĘ SŁOŃCA

36. Wynalazek / Primer (2004)

Jedni nazywają PRIMERA najinteligentniejszym filmem science-fiction tego wieku, inni nudnym bełkotem. Nieprzypadkowo dzieło Shane’a Carrutha (reżysera, scenarzysty, montażysty, autora muzyki, odtwórcy jednej z głównych ról, dzierżącego jeszcze kilka innych funkcji) dzieli widzów na dwa obozy – bohaterowie mówią tu żargonem, którego wytłumaczenie niespecjalnie interesuje autora, film jest praktycznie pozbawiony efektów specjalnych, został zrobiony za psie pieniądze, co widać na każdym kroku (innymi słowy – jest mało atrakcyjny wizualnie), tempo zaś ma wyjątkowo siermiężne, nawet jak na swoje 77 minut metrażu. Jednocześnie strategia, jaką Carruth wybiera, aby postaci wraz z widzami odkrywali tajemnice swojego wynalazku, wydaje się w tym przypadku niezwykle świeża. Nie tylko dlatego, że bohaterowie są znającymi się na swojej pracy inżynierami, których nowa maszyna nie jest tym, czym początkowo miała być. Nagle bowiem należy stworzyć zasady, normy, wedle których będzie można korzystać z wynalazku. Zazwyczaj w takich przypadkach plan bierze w łeb, bo postaci popełniają jedno głupstwo za drugim. Nie u Carrutha. W PRIMERZE człowiek jest po prostu nie gotowy na korzyści, jakie przynieść może wynalazek. Pułapką jest myślenie inaczej i próba oszukania losu.

Teoria góruje tu nad fabułą, która nie tyle posuwa się naprzód, ile jest raczej krok po kroku odkrywana. Konsekwencja, z jaką Carruth tworzy swoje małe arcydzieło jest godna podziwu, do tego stopnia, że gdy film dobiega końca, mamy ochotę obejrzeć go jeszcze raz, aby zrozumieć to, co nam umknęło. A potem jeszcze raz, i jeszcze raz. Pętla, w której nie widać ani początku, ani końca. [Krzysztof Walecki]

 

35. Super 8 (2011)

Sentymentalna podróż Abramsa do złotych czasów kina przygodowego. Koniecznie dajcie się zabrać, bo to rzecz wciągająca, zabawna, cholernie emocjonująca. Pełen pasji i wyobraźni powrót do lepszych czasów. Ze znakomitą Fanning. [Phil]

J.J. Abrams pokazał, że jest specjalistą od nostalgii na ekranie. 80’s, baby! [Dawid Myśliwiec]

Jasne, czuć ducha i nadzór wielkiego Stefana, który zmienił kino – w końcu za kamerą stanął zapatrzony weń fanboj, który chciałby je zmieniać. Tak, akcja filmu dzieje się w czasach największego rozkwitu tego rodzaju filmów (a konkretnie, dokładnie na przełomie lat 70. i 80. ubiegłego stulecia), na których się wzoruje i do których świadomie nawiązuje – choćby i samym miejscem akcji – faktem, że główni bohaterowie, to paczka dzieciaków; czy też końcową sceną, przywołującą mimowolnie w/w film o kosmicie ze świecącym palcem. Tylko że to detale, nie mające większego wpływu na odbiór filmu – ten świetnie broni się sam i bez takich nawiązań. Nie ukrywam co prawda, że cała ta otoczka jest dla mnie wisienką na torcie, przez którą nie potrafię spojrzeć na ten film w pełni trzeźwym okiem. Jednak kto nie wyrósł na „E.T”, kto nie widział „Bliskich spotkań…” i kto myśli, że „Goonies” to rodzaj płatków śniadaniowych i tak odczuje fakt, że film pochodzi jakby z innej epoki. Inny rodzaj narracji, humoru, inny wymiar „funu”, inna dynamika i klimat – to właśnie te elementy tak mocno osadzają „Super 8” trzy dekady wcześniej, a nie fakt, że i tu i tam mamy do czynienia z kosmitą, który przypadkiem zawitał na przedmieścia everylandu. [Jacek Lubiński, fragment recenzji]

34. A.I. Sztuczna Inteligencja (2001)

W pewnym sensie film ten powstawał kilkadziesiąt lat – pierwotnie prawa do ekranizacji powieści Briana Aldissa zakupił Stanley Kubrick w latach siedemdziesiątych, jednak jego wizja nie mogła zostać zrealizowana z uwagi na niewystarczające możliwości technologiczne w dziedzinie efektów specjalnych. W 1995 roku Kubrick przekazał więc projekt Stevenowi Spielbergowi, który zrealizował go – z dedykacją dla Kubricka – po jego śmierci. Czy było warto tyle czekać? Cóż, moim zdaniem zdecydowanie tak, aczkolwiek krytycy są w tej kwestii dość podzieleni. Wynika to prawdopodobnie z faktu, iż dla wielu osób film Spielberga minął się z oczekiwaniami. Jeśli więc jeszcze nie widziałeś(-aś) Sztucznej Inteligencji, polecam podejść do tego tytułu bez czytania opisów fabuły ani recenzji. Jeżeli się zawiedziesz, widocznie nie jest to Twój „klimat”. Dla mnie jest to obraz bardzo ważny w dorobku Spielberga, a w całym gatunku s-f pozycja równie istotna jak Łowca Androidów. Zaryzykuję wręcz stwierdzenie, że A.I. jest swoistym „duchowym następcą” filmu Scotta. [und3r]

Stosunki na linii ludzie-maszyny to temat odleglejszy, niż może nam się wydawać, ale problematyka tego, gdzie zaczyna się człowieczeństwo i czy mieści się ono w zrodzonych drogą naturalną tkankach, czy jednak w umysłach niekoniecznie biologicznych organizmów, dopadnie nas o wiele wcześniej, niż w ogóle będziemy w stanie tworzyć takie maszyny.[Damian Halik]

RANKING FILMÓW STEVENA SPIELBERGA

BIOGRAFIA JUDE’A LAW

33. Pacific Rim (2013)

„Pacific Rim” jest ukuty z najlepszych – bo najprostszych – możliwych szablonów, adekwatnych do tej absurdalnej fabuły, idealnie stapiających się z oczekiwaniami wobec głównych bohaterów rzuconych do boju w wielkich mechach, połączonych ze sobą mózgowymi półkulami. Bezpretensjonalnie, na dużym luzie, pozytywnie. Nie znaczy to, że film jest ogłupiającym funem – Guillermo del Toro dokładnie wiedział, co chce zrobić. Nie – spieniężyć głupotę. Najzwyczajniej w świecie chciał przywołać te uczucia, których sam był świadkiem podczas oglądania klasyków Godzilli, kiedy na skórze pojawiały się ciary z podniecenia, a noc po seansie była bezsenna z powodu nawału wrażeń. Film jest bowiem nie tylko dziełem sztuki domagającym się rozumienia, ale i sumą wrażeń, emocji zarówno artysty, który tworzy, ale i widza, który dzieło odbiera. „Pacific Rim” jest więc uosobieniem czystej filmowej ekscytacji odwołującej się do doświadczenia, które nie domaga się rozumowania. Nie wyłączenia mózgu, co jest często powtarzanym argumentem zwolenników największych filmowych gówien, ale poddania się zdrowej, trochę dziecięcej ekscytacji bazującej na intelektualnej prostocie. To cholernie wartościowe doświadczenie. [Rafał Oświeciński, fragment recenzji]

Bo wielkie roboty tłuką się z wielkimi potworami do genialnego soundtracka Ramina Djawadiego. Czy trzeba dodawać coś więcej? [Dawid Myśliwiec]

Film był bardzo dobry, ale chyba jego główną zaletą jest fakt, że nie ma innych filmów o mechach.[Mikołaj Augustynowicz]

RECENZJA PACIFIC RIM

 

32. Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy / Star Wars: Episode VII – The Force Awakens (2015) 

Faktyczne przebudzenie mocy w całej marce jaką są Gwiezdne wojny. To dzięki temu filmowi powstanie jeszcze wiele lepszych dzieł w tym uniwersum. [Radek]

Nowe otwarcie na nowe czasy – w bardzo klasycznym stylu przywołującym na myśl Nową Nadzieję. I nie tylko chodzi o formę, która unika przesady i sztuczności jak w epizodach I-III, ale również w podobieństwie fabularnym. Nowi bohaterowie, którzy nie do końca wiedzą, kim są; nowi źli, którzy nie są tak demonicznie źli, jakby się mogło wydawać. Pustynia, roboty, Sokół Millenium i Han Solo – J.J. Abrams ewidentnie żeruje na sentymentach. I dobrze! To dynamicznie opowiedziany kawałek większej historii bez większych wpadek i ze szczyptą dobrze znanej gwiezdnej magii. Świetne kino. [Rafał Oświeciński]

RECENZJA PRZEBUDZENIA MOCY

31. Prestiż / The Prestige (2006)

Fantastyka naukowa to nie tylko futurystyczna przyszłość. Podgatunek o nazwie steampunk na przykład, daje możliwość, do prezentowania historii osadzonych akcją w dawnych czasach, z zastrzeżeniem, że otoczone są wyjątkowo rozwiniętą technologią. Jednym z tych twórców, który dobrze wyczuł o co chodzi w tej stylistyce, był sam Christopher Nolan. Ale jego Prestiż nie działa na widza jedynie światem przedstawionym. W filmie tym liczy się przede wszystkim historia ze swoją spójnością, a także zaskakującym rozwojem. Pojedynek dwóch iluzjonistów odbieram w kategoriach życiowej metafory. Nic tu jest pewne, wiele rzeczy nie jest widocznych na pierwszy rzut oka, co wymaga ponownego przefiltrowania informacji. Prawda jest taka, że na co dzień widzimy dokładnie to, co widzieć chcemy, wierzymy w to, w co chcemy wierzyć. Sami sobie zakładamy iluzję przed oczy. Prestiż to udowadnia dość dosadnie.[Jakub Piwoński]

Najlepszy film Chrisa Lolana. Reszta się nawet do niego nie umywa. No i Bowie jako Tesla (serduszko).[Dr Strangelove]

RECENZJA PRESTIŻU

Ostatnio dodane