Ranking

Najlepsze filmy lat 80.

Autor: Rafał Oświeciński
opublikowano

 

Wstęp i miejsca 100-76

75- 51

50- 41

40- 31

30- 21

20- 11

10- 1

SUPLEMENT DO RANKINGU

 

10.   Predator (1987)

reż. John McTiernan

Absolutny numer jeden lat 80’. Z ekranu testosteron wylewa się hektolitrami, dialogi już przeszły do kanonu kina, a sceny/sekwencje na zawsze zapadły w pamięć. Film, którego nie da się nie kochać. Najbardziej pomysłowa i kultowa postać obcej istoty, a także najlepsza rola Arnolda. [Danus]

Prawdopodobnie najbardziej męski, buzujący testosteronem film w dziejach. Badania dowiodły, że od oglądania Predatora rosną włosy na klacie. Poza tym, zdaniem naukowców regularne seanse tego klasyka (najlepiej w połączeniu z żuciem tytoniu) czynią z widzów seksualne tyranozaury. Są też negatywne skutki uboczne – kontakt z najtwardszą w dziejach ekipą kultowych twardzieli może wywołać u oglądających film obniżenie poczucia własnej wartości. Szczególnie groźny może się okazać widok epickich muskułów Arnolda.[Paszczak]

Kultowa postać, klimat zagrożenia i czyhającego gdzieś niebezpieczeństwa. Świetne zdjęcia, obok Terminatora najlepsza rola Schwarzeneggera, świetny montaż i kilogramy wystrzelonych pocisków! [Arahan]

Mogło by się wydawać, że to kolejny film akcji. Znowu grupa komandosów i jakiś potwór w krzakach. I w sumie racja, ale tym potworem jest Predator, a komandosem Arnold Schwarzenegger. Chyba większej rekomendacji nie potrzeba. Kult, kultów i kino akcji z najwyższej półki. [Azgaroth]

Gdy obejrzałem ten film po raz pierwszy w wieku dziesięciu lat gwiezdny łowca przeraził mnie nie na żarty (scena z patroszeniem ludzkich czaszek). Po latach doceniłem fenomenalny klimat osaczenia, imponujące pomysłowością efekty specjalne, a także moc płynącą z pojedynczych scen (niezapomniane „karczowanie” dżungli). A sama postać Predatora wciąż budzi strach i respekt. [Pegaz]

Kwintesencja kina akcji lat 80. Charyzmatyczni, umięśnieni twarzowcy na pierwszym planie + kultowy już kosmiczny potwór kina. Ten film, pomimo 25 lat na karku, w ogóle się nie zestarzał i to bez komputerowych efektów.  Dlaczego kino lat 80. było lepsze od dzisiejszego crapu wystarczy obejrzeć i porównać film McTiernana z tym, co zrobił Nimród Antal aka Robert Rodriguez. [SonnyCrockett]

Jeżeli coś krwawi, to można to zabić. Jeżeli film nie ma wad, to znaczy, że jest doskonały. A jeżeli to akcyjniak z lat 80-tych, na dodatek z Arnoldem, to nie ma innego wyjścia. Predator to kult. [Snappik]

http://www.youtube.com/watch?v=MrDsvVKY_d4&feature=player_detailpage

 

9.       Powrót do przyszłości / Back to the Future (1985)

reż. Robert Zemeckis   

Film wszech czasów. Genialny scenariusz, znakomita obsada (z M. J. Foxem i Chrisem Lloydem na czele rzecz jasna), kapitalna muzyka oraz klimat tej produkcji sprawia, że nie potrafię przestać wielbić tego filmu. Steven Spielberg powiedział kiedyś, że „Powrót do przyszłości” to „worek do którego włożono same świetne pomysły” i (jak to Steven) miał rację. Od siebie mogę dodać, że ten film jest jak szwajcarski zegarek – perfekcyjny w każdym calu. Wszystko trzyma się kupy i idealnie współgra ze sobą. Nie wyobrażam sobie żeby jakikolwiek element mógł zostać z niego usunięty. Wehikuł czasu zrobiony na bazie kultowego DMC DeLoreana rocznik ‘81, sympatyczny Marty McFly z rodzinką, miasteczko Hill Valley A.D. 1955 i 1985, budynek sądu ze słynną wieżą zegarową, Biff z kumplami pakowani w gnojówkę, „Johnny B. Good” w wykonaniu Marty’ego, no i przede wszystkim przezabawny Doc Emmet Brown to najważniejsze elementy tegoż „zegarka”;) Moje osobiste arcydzieło kina:) [Artur]

Filmów o podróżach w czasie jest wiele, ale żaden nie zajmuje się nimi tak dokładnie i z taką ilością frajdy jak „Powrót do przyszłości”. Świetny film Roberta Zemeckisa, po którym każdy dzieciak chciał, aby jego pierwszym samochodem był DeLorean DMC-12. [Lawrence]

 

Jeden z tych tytułów, do którego określenie „kultowy”, a tym bardziej „kultowy film lat 80-tych” pasuje idealnie. To bowiem nie tyle początek fajnej trylogii i oryginalnej przygody, co narodziny prawdziwego fenomenu. Jedna z tych produkcji, w których po prostu wszystko gra. Pozycja obowiązkowa i film, który nigdy się nie zestarzeje – co, biorąc pod uwagę, iż prawi o podróżach w czasie, jest chyba jego najtrafniejszym podsumowaniem. [Mefisto]

 

Jedna z najlepszych komedii przygodowych! Świetny i spójny scenariusz, szybka akcja, świetny humor oraz genialny casting sprawiły, że wracam do tego filmu, kiedy tylko jest okazja i mimo, że znam go praktycznie na pamięć, to każdy seans sprawia mi ogromną przyjemność. [Arahan]

 

„Powrót do przyszłości” to przede wszystkim świetny pomysł i wykonanie (zarówno reżyserskie i aktorskie), ale jak to w wielu przypadkach bywa, z sumy solidnych bądź znakomitych elementów składowych powstało coś, co daleko wykracza poza solidność i znakomitość. Zemeckis stworzył film kultowy, magiczny, uruchamiający wyobraźnię, oddziałujący na każdego w inny sposób. [Beowulf]

 

 

 

8.       Indiana Jones i Ostatnia Krucjata / Indiana Jones and the Last Crusade (1989)

reż. Steven Spielberg

 

Najlepsza część przygód profesora archeologii Indiany Jonesa. Ma wszystko to, co genialne w pierwszej części (Harrisona Forda, świetny humor, atmosferę wielkiej przygody, tajemnicę, itd.) i ma Seana Connery’ego, grającego ojca Indy’ego, co skutkuje jednym z najlepszych duetów w historii kina. Skontrastowanie nieżależnego i wyszczekanego Indiany, kóry potrafi radzić sobie w każdej sytuacji z Indianą, który pokornieje w pobliżu ojca to świetny patent, nadający głębi i jeszcze więcej humoru tej postaci. A na samą myśl o Jonesie seniorze, niszczącym hitlerowskie samoloty parosolem i mewami, mam na twarzy banana od ucha do ucha. Ten film to wydestylowana radocha. [patyczak]

Z całej serii przygód charyzmatycznego archeologa ta jest wg mnie najlepsza, idealnie wyważona i zrealizowana w sposób, który nawet dziś nie powoduje zgrzytu zębów. Szkoda, że scena odjazdu bohaterów w kierunku zachodzącego słońca nie zamknęła serii. [Sonny Crockett]

 

Chyba mój ulubiony film i najlepszy Jones! To właśnie ta część stanowi dla mnie idealne zakończenie przygód niesfornego archeologa, który wraz ojcem i przyjaciółmi zmierza w stronę zachodzącego słońca. Film ten widziałem spokojnie 100 razy, podejrzewam, że wynik i tak jest mocno zaniżony. W tym filmie wszystko jest idealne! Muzyka, zdjęcia, akcja, wiarygodni bohaterowie oraz najdoskonalszy duet w historii kina – Harisson Ford oraz Sean Coonery. Zawsze będę pamiętał Jones’a wypowiadającego słowa „Nazis. I hate these guys.” ![mroziek]

 

Dla mnie najlepsza część serii. Kapitalny pomysł wprowadzenia Jonesa seniora. Jakże udany powrót Sallasa i Marcusa Brody’ego. Jedyny minus, jeśli chodzi o obsadę, to moim zdaniem najsłabsza postać kobieca w trylogii. Scenariuszowo Spielberg i spółka również pokazali klasę upychając tyle akcji w trzeciej już przecież odsłonie cyklu, a to nie taka prosta sprawa. W zasadzie cały czas coś się dzieje. Z jednej kabały wpadamy w następną, z deszczu pod rynnę. Nie ma chwili na nudę. Poza tym znakomite dialogi i odpowiednia ilość humoru. A końcówka, czyli czwórka przyjaciół odjeżdzająca w stronę zachodzącego słońca, jest doskonałym zwieńczeniem przeżytej przygody i naszym pożegnaniem z Indym. [Gemini]

 

Trzecia cześć Indiany Jonesa oferuje wszystko, co fantastyczna część pierwsza i więcej, na czele z genialną postacią Jonesa seniora. Stanowi też idealne zwieńczenie trylogii z pamiętnym ujęciem jeźdzców na tle zachodzącego słońca. Szkoda, że postanowiono nakręcić nieudaną i niepotrzebną część czwartą. [Huntersky]

 

Do trzech razy sztuka. Pierwsza część stanowi fascynujący szkic, nie do końca zrealizowaną obietnicę wielkości. Druga pozwoliła Spielbergowi poeksperymentować z tonacją filmu, mieszaniem elementów slapsticku i grozy – ze zmiennym powodzeniem. W części trzeciej formuła osiągnęła doskonałość – to najefektowniejszy, najzabawniejszy i najbardziej ekscytujący film przygodowy, jaki kiedykolwiek zrobiono. Otwarcie z młodym Indianą, pościg motorówek, cameo Hitlera, sekwencja pustynna – wszystkie te i wiele więcej niezapomnianych momentów wliczone w cenę biletu. Plus dodatkowy Jones gratis. Spielberg i Lucas osiągnęli w tym filmie szczyt, z którego można było już tylko spaść. [Paszczak]

 

 

7. Poszukiwacze Zaginionej Arki / Raiders of the Lost Ark (1981)

reż. Steven Spielberg

Nie jest to film, który skłania do zadawania pytań, który jest wielkim dziełem poruszającym ważne tematy, zmuszającym do refleksji. To czysta, niczym nie skrępowana przygoda, która w jakiś sposób ukształtowała moje dzieciństwo. Od momentu, w którym pierwszy raz zobaczyłem Indiego na dużym ekranie wiedziałem, że będzie to jedna z najważniejszych postaci w moim życiu. Film wpłynął na mnie do tego stopnia, że przez długi okres czasu chciałem studiować archeologię. Niestety życie okazało dużo bardziej prozaiczne i wybiło mi to z głowy, ale sentyment pozostał. Przygoda, humor, akcja i bohater w Fedorze, który stał się ikoną kina! [Arahan]

Za bicz, nieodłączny kapelusz, skórzaną kurtkę i przebyte mile. Za ogromną, skalną kulę-pułapkę. Za pojedynki z nazistami – zwłaszcza ten bokserski, po którym nastąpił ten z ciężarówką. Za temat przewodni i generalnie całą ścieżkę dźwiękową. Za mega śmieszną, a dziś już klasyczną scenę, którą wywołała zwykła sraczka. Za humor. Za wielką przygodę. Za świetnie wplecione elementy nadnaturalne. Za Marion Ravenwood. Za klimatyczny prolog. Za artefakty. Za zmyślnie wykorzystanie przetartych ścieżek, schematów i konwencjonalnych postaci i przetworzenie tychże na nowy standard w kinie. Za efekty specjalne. Za serce i duszę, które pozwalają bez problemu łyknąć wszelkie wpadki i bzdurki i radować się każdą kolejną sceną. I za jednego z najlepszych herosów X muzy, jego zawadiacki uśmieszek i nieustępliwość. Za to właśnie kocham pierwszą część Indy’ego. [Mefisto]

 

Steven Spielberg i George Lucas jednoczą swoje siły i powołują do życia jednego z największych bohaterów współczesnego kina – Indianę Jonesa (świetny Harrison Ford). Kwintesencja kina przygodowego pod każdą postacią i przykład dla innych filmowców jak powinna wyglądać dobra rozrywka. Kino wielkiej przygody z genialną jak zawsze muzyką Johna Williamsa. [Lawrence]

 

Klasyk kina przygodowego, który zjada na śniadanie wszystko to, co kręci się obecnie przy użyciu bezdusznych efektów komputerowych. A główny bohater jest po dzień dzisiejszy zasłużenie uznawany za ikonę kultury masowej. [Beowulf]

 

Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda. A przygoda z Indym jest tak wspaniała, że chce się ją przeżywać jeszcze i jeszcze. Bezsprzeczny klasyk i najlepszy przykład kina przygodowego. No i bomba śmiechowa w postaci sceny walki Indiany z zamaskowanym mężczyzną z mieczem trwającej kilka sekund:) [Pegaz]

 

Byłbym głupcem nie lubiąc tego filmu. W końcu skończyłem archeologię. Jeden z najlepszych przygodowych filmów z charyzmatycznym Indy’m. Film obrósł już legendą a Indy to postać już kultowa, a pejcz i kapelusz niezmiernie się z nim kojarzą. Kontynuacje jego przygód są równie udane. Jedynie w niepamięć można odrzucić tą z obecnego tysiąclecia, bo to ogromna skaza w serii. [Turus]

 

 

 

6. Gwiezdne wojny: Część V – Imperium kontratakuje / Star Wars: Episode V – The Empire Strikes Back (1980)

reż. George Lucas

Wiele osób uważa Imperium za najlepsze Star Warsy. Ja pójdę o krok dalej – to jeden z najlepszych filmów lat 80-tych, wielkie widowisko z piorunującą końcówką i epickim twistem. Dobrze zrobiło obrazowi odejście Lucasa ze stołka reżyserskiego i skupienie się na kwestiach scenariuszowo-produkcyjno-marketingowych. Jest to zdecydowanie najdojrzalszy odcinek Sagi, do tego niepozbawiony przemocy. Chylę czoła, bo w każdej sekundzie TESB czuć pasję, ekranową chemię i mądrze wydane pieniądze. [snappik]

„I am your father” – któż nie znałby tej kwestii? Tak samo, jak któż nie znałby „Gwiezdnych wojen”. To właśnie druga, czy też teraz piąta część Gwiezdnej Sagi „Imperium kontratakuje”, zasługuje na największe uznanie. I to nie tylko za tradycyjnie fenomenalne i rewolucyjne efekty specjalne, ale za niezwykłą i wciągającą fabułę. To już nie jest prosta historia o ratowaniu księżniczki, ale bardziej złożona historia z wyraźniejszymi bohaterami. Ten film ma Moc i to nie tylko za sprawą rewelacyjnej muzyki Johna Williamsa z „Marszem Imperialnym” na czele. [Lawrence]

 

Najlepsze Gwiezdne Wojny, najbardziej chłodna, wiarygodna i kulminacyjna część gwiezdnej sagi. Czuć tutaj kosmos, galaktykę jak w żadnym innym filmie, rozbicie, rozdzielenie wątków pozwala nam obejrzeć ten wspaniały świat z kilku stron. Jeden z tych filmów, który nigdy się nie znudzi, a emocje, które towarzyszyły mi przy pierwszym seansie, działają dalej tak samo – pomimo upływu lat! [mroziek]

 

„Imperium…” to dowód na to, że oklepana bajka o walce dobra ze złem może wyrwać się z infantylnych łańcuchów pokazując nieoczekiwane, złowrogie zwroty akcji, oraz, że niezwyciężeni bohaterowie wcale nie są tacy niezwyciężeni, a zło nie zawsze musi przegrać. Ten epizod kradnie dla siebie Darth Vader – to w tej części jest najbardziej przerażający i nieobliczalny udowadniając, że zasłużył na tytuł jednego z najlepszych czarnych charakterów w historii kina. [Huntersky]

 

Uwielbiam całą “starą trylogię”, lecz – jak pewnie większość fanów – „Imperium kontratakuje” stawiam najwyżej. Film zdecydowanie mroczniejszy od pozostałej dwójki, ze świetnie zarysowaną psychologią postaci, niejednoznacznymi bohaterami oraz pamiętnymi zwrotami akcji. Niektóre sceny, jak bitwa na Hoth, do dzisiaj „zapładniają” moją wyobraźnię. [Beowulf]

 

Kolejny film, który zmienił moje życie. O ile Nowa Nadzieja zainteresowała mnie tematem o tyle Imperium totalnie wciągnęło mnie w ten niesamowity świat odległej galaktyki. Planeta Hoth, szkolenie Luka u Yody i w końcu walka Vadera z młodym Skywalkerem, podczas której pada jedno z najbardziej znanych zdań w historii kina. Wstrząs i niedowierzanie. Emocje, które mną szargały pamiętam do tej pory, mimo, że widziałem to po raz pierwszy 15 lat temu! O rewolucyjnych efektach, chemii między aktorami i genialnej muzyce Williamsa nie wspominam. [Arahan]

Można nie lubić Gwiezdnych Wojen (ja lubię), ale ich znaczenie dla sztuki filmowej i kultury popularnej w ogóle jest niepodważalne i nie do przecenienia. A Epizod V to: najlepsza bitwa w serii (Hoth), najlepszy pojedynek (Vader vs Luke), najlepsza postać drugo- (Yoda) trzecioplanowa (Boba Fett), najlepszy zwrot akcji, etc. Imperium było też pierwszym dowodem, że pomysły Lucasa sprawdzają się najlepiej, gdy realizuje je kto inny. [Paszczak]

 

 

5.       Szklana pułapka / Die Hard (1988)

reż. John McTiernan

Bruce Willis w swojej najlepszej roli. Bezpretensjonalne kino akcji i atrakcji, które ani razu się nie myli. Wszystkie sceny, zarówno te z radosnym czarnym humorem, jak i te dawkujące suspens, robią wrażenie po dzień dzisiejszy. Yipee-ki-yay! [Beowulf]

Wzorowy film akcji i dzieło skończone, bez którego żadna z ostatnich 20 Gwiazdek (jak i wszystkie następne) nie jest już tym samym świętem. Trudno napisać coś więcej o tak znanej pozycji, która przez ponad dwie dekady obrosła kultem, legendą i innymi fajnymi słowami, oraz stała się prawdziwą klasyką gatunku. No, może jeszcze tylko to, że dziś aż żal ogarnia człowieka na widok łysego Willisa (podtekst erotyczny niezamierzony)… [Mefisto]

„Die Hard” to teatr jednego aktora, bez kreacji Bruce’a Willisa przepadłby w morzu podobnych filmów akcji. To właśnie John McClane stanowi siłę tego obrazu. Nie sposób nie kibicować bohaterowi, który faktycznie jest tylko zwykłym człowiekiem ale z nadludzkim samozaparciem, który po nocy w biurowcu Nakatomi wygląda jakby spędził tydzień w piekle. Warta uwagi jest też rola Alana Rickmana – Hansa Grubera można polubić równie mocno, co McClane’a.[Huntersky]

 

„Yippee-ki-yay, motherfucker.” I wszystko jasne. John McClane to już nie tylko postać z filmu – to instytucja i jaka szkoda, że rozmienia się na drobne w dobie filmów dla upośledzonych przez system dzieci. [Sonny Crockett]

 

9 milionów terrorystów na świecie, a ja musiałem zabić gościa z małymi stopami… Miliony filmów akcji na całym świecie, a ja musiałem wybrać akurat ten:) Na mojej liście za to, że dał nam twardziela idealnego – John McClane’a z jego soczystymi tekstami i spoconym podkoszulkiem. [Pegaz]

 

Klasyka kina akcji i … najlepszy film świąteczny wg mnie 🙂 Nic tak nie potęguje świątecznego klimatu jak seans Szklanej Pułapki z migoczącą choinką w tle przy akompaniamencie pierogów dojadanych po kolacji Wigilijnej. Świetna rola Willisa, którego McClane jest wyluzowany, lubi się napić i ma świetne poczucie humoru, a do tego masa kapitalnej akcji, gdzie jucha leje się gęsto. No i yupikayey motherfucker! [Arahan]

 

 

 

4.       Coś / The Thing (1982)

reż. John Carpenter

Wszyscy przeciwnicy wszechobecnego we współczesnym kinie CGI mogliby wskazywać ten film jako przykład tego, jak doskonałe efekty potrafią dać tradycyjne metody. Jednakże ten film to nie jest tylko pokaz fenomenalnych pomysłów Roba Bottina, ale przede wszystkim genialny, trzymający w nieustannym napięciu horror, który swój szczyt osiąga w kapitalnej scenie badania krwi. Rewelacyjny Kurt Russell i minimalistyczna muzyka Ennio Morricone dopełniają obrazu dzieła. [Pegaz]

Jeden z najbardziej klimatycznych horrorów w historii kina. Carpenter w mistrzowski sposób kreuje atmosferę izolacji, strachu przed nieznanym zagrożeniem, paniki i niedowierzania, a w końcu wzajemnej nieufności, nieuchronnie prowadzącej do eskalacji przemocy, okraszając to wszystko na dodatek fantastycznymi efektami specjalnymi autorstwa Roba Bottina. [Nawrocki]

 

Klimat, klimat i jeszcze raz klimat. Atmosfera osaczenia, jaką udało się wykreować Carpenterowi, sprawia, że widz zaczyna się dusić napięciem wraz z Kurtem Russellem i resztą jego biednych kompanów. Warto również podkreślić wagę efektów animatronicznych, które po dzień dzisiejszy pokazują, że komputerowe efekciarstwo nigdy nie będzie się równało pracy ludzkich rąk. [Beowulf]

Jeden z koronnych dowodów na sens remake’ów. Carpenter z podrzędnego, C-klasowego kina grozy (bo trudno oryginał nawet za horror uznać) zrobił wielowymarowe, inteligentne i przede wszystkim niejednoznacze kino, które rozbija się o sens człowieczeństwa (nie, nie przesadzam). Doskonały, trzymający w napięciu od pierwszej do ostatniej sekundy film i jednocześnie techniczne arcydzieło. A w tle kultowe już tąpnięcia muzyki, od których aż przechodzą ciary… [Mefisto]

 

John Carpenter wziął na tapetę kiczowaty horror z 1951 roku. W rezultacie powstał absolutny klasyk z niesamowitym ładunkiem strachu i klimatu osaczenia. Obcy jest tu bezosobowy, niewidzialny, działający w maksymalnym ukryciu. Pomysł z imitacją zarażonych organizmów jest bombowy i aż dziw bierze, że tak prosty myk powoduje gęsią skórkę. Warto odnotować perfekcyjną robotę Bottina przy animatronicznych modelach. [snappik]

 

Co tu dużo mówić. Najlepszy horror w dziejach światowego kina. Niesamowity klimat samotności i osaczenia, genialne efekty specjalne Bottina i kapitalna muzyka maestra Morricone. To wszystko składa się na wspaniały, ale przerażający zarazem obraz walki załogi stacji badawczej na Antarktydzie z nieznaną dotąd istotą, którą może być każdy z nas. [Danus]

 

To horror, który jest niesamowicie klimatyczny i nastrojowy. Atmosfera jest gęsta, duszna i została tu przedstawiona z niezwykłym wyczuciem. Wiele tu scen pamiętnych i błyskotliwych, ale wszystko to jest spotęgowane przez osadzenie akcji na odległej stacji na Antarktydzie. Świadomość całkowitego odcięcia od reszty świata powoduje, że losy bohaterów ogląda się z niezwykłym napięciem. Jeden z najlepszych horrorów dekady, a być może nawet w ogóle w historii. [paj]

Najbardziej klimatyczny horror lat 80. Fantastyczne pokazanie grupy ludzi na małej przestrzeni w śmiertelnym niebezpieczeństwie, ale to nie kosmiczny stwór jest najgroźniejszy… [SonnyCrockett]

 

Klimat, klimat i jeszcze raz klimat! W filmie Carpentera jest go cała masa i jest on najwyższej próby. Strach i napięcie, które odczuwamy przy oglądaniu tego filmu jest nie do opisania. Bo czego tak naprawdę się boimy? Tego czego nie znamy i ten film jest tego najlepszym przykładem. Niepokój, niepewność, zagrożenie, psychologia postaci i ich relacje między sobą – wszystko na najwyższym poziomie. No i kosmita, obcy, który nie wiadomo jaką formę przybierze. [Arahan]

 

 

3.       Obcy – decydujące starcie / Aliens (1986)

reż. James Cameron     

Nigdy nie byłem wielkim fanem Jamesa Camerona i jego monumentalnych blockbusterów. „Aliens” to dla mnie jednak arcydzieło w swojej klasie i sequel, który – pomimo drastycznych zmian względem oryginału – wyszedł po prostu znakomicie. Ridley Scott przeniósł w „Obcym” gotycki horror w kosmos i przez cały czas trwania filmu budował klimat osaczenia i klaustrofobii. James Cameron postawił na gigantyczną, rewelacyjnie zrobioną rozwałkę, a przy tym ciekawie rozwinął wątki z poprzednika, tworząc jeden z najlepszych filmów akcji w historii kina. I choć tak wielka różnica pomiędzy częściami mogła stanowić pewien zgrzyt dla widzów ćwierć wieku temu, dzisiaj ta różnorodność stanowi o sile serii. [Motoduf]

Kiedyś chyba najmniej ceniłem sobie drugą część sagi o Obcym i chyba miałem ją za zwyczajny film akcji bez większych ambicji. Teraz stawiam ją ponad filmem Finchera, który dotychczas był moim ulubionym. Arcydzieło Camerona nie ma żadnych wad, to górna granica tego, co może osiągnąć kino rozrywkowe. Film jest świetnie napisany, ma ciekawych i charakterystycznych bohaterów i prócz pięknej rozwałki i gęstego klimatu (gdyby komuś nie wystarczyło tylko to) mamy pogłębioną postać Ripley i jej relację z małą Newt. [patyczak]

 

Stawiam „Dedycujące starcie” minimalnie niżej od arcydzieła Scotta, z tego tylko względu, że jest to kontynuacja, a nie oryginał. Klimat desperackiej walki o przeżycie na ograniczonej przestrzeni statku kosmicznego został zastąpiony szarpiącą nerwy opowieścią o potyczce cwaniakujących Marines ze stadem krwiożerczych xenomorphów. Realizacyjne cudo, które czaruje na dziesiątki możliwych sposobów. [Beowulf]

 

Najlepszy film Camerona. Obraz, który mimo upływu lat nie starzeje się i wciąż wywołuje we mnie te same emocje co przy pierwszym seansie. Wyraziści bohaterowie, genialne efekty, napięcie, muzyka, scenografie i klimat – można tak wymieniać i wymieniać, można przywoływać swoje ulubione sceny, dialogi, ale można też nazwać ALIENS najlepszym filmem SF co też czynię. [Arahan]

Gdy pierwszy raz zasiadłem do seansu tego filmu nie mogłem sobie wyobrazić, jak horror, będący dla mnie szczytowym osiągnięciem tego gatunku, można było kontynuować w formie kina akcji. James Cameron dokonał jednak rzeczy pozornie niemożliwej i mimo namnożenie efektów specjalnych wciąż potrafił utrzymać unikalny klimat grozy. Tak powstał film absolutnie wielokrotnego użytku, który nie tylko zniszczył pamięci o oryginale, ale nawet rozwinął jej świat o nowe fascynujące elementy na czele z Królową Obcych. [Pegaz]

 

Najpierw Ridley Scott stworzył potwora, żeby James Cameron mógł później zrobić najlepszy science fiction action. Świetne zdjęcia, fabuła i zwroty akcji przenoszą nas w środek walki marines z obcymi, aby na końcu pokazać siłę jednostki człowieka, który, aby przetrwać i ochronić swój gatunek, tak jak i obcy musi stoczyć walkę na śmierć i życie. [cosmic13]

 

Król świata zasłużył sobie na drugie miejsce za pomysłowość z jaką podszedł do sequela arcydzieła Scotta. Zrobił sequel według powszechnej zasady, czyli dwa razy więcej, dwa razy szybciej. I o ile pierwsza godzina jest klimatycznie ślamazarna, to już reszta to jazda bez trzymanki, bez działających hamulców. Cameron stworzył działo kompletne, pomysłowe, inteligentne i piekielnie klimatyczne, z masą błyskotliwych dialogów i pełnokrwistych postaci. Nic dodać, nic ująć- Arcydzieło [Danus]

 

Jest to prawdopodobnie najbardziej rzeźnicki film akcji jakie widziały moje oczy. Ale paradoksalnie, przez pierwszą godzinę Cameron nie oferuje w zasadzie żadnej bitki i strzelaniny. Natomiast to, co następuje po scenie zejścia do marines do siedliska ksenomorfów to nic innego jak testosteron w najlepszym wydaniu. [snappik]

 

James Cameron kontynuuje serię o przerażającym z Obcym zaczętą przez Ridleya Scotta. Tym razem dzielna Ellen Ripley musi zmierzyć się z całą armią krwiożerczych ksenomorfów. Pomagać jej będą dzielni marines. Świetne połączenie horroru filmu science fiction z rasowym filmem akcji. Rewelacyjne wykonanie, genialne efekty specjalne, sugestywna Siguorney Weaver, plus militarystyczna muzyka Jamesa Hornera. To się ogląda. [Lawrence]

 

 

 

2.       Terminator (1984)

reż. James Cameron     

Nic już później nie wyszło Cameronowi tak dobrze jak T1, a i żadna kolejna część serii nie dorównała temu filmowi. Pierwszy Terminator to dla mnie esencja SF i lat 80-tych w jednym. Stworzony do tej roli Arnold, który zdecydowanie bardziej pasował do roli tego złego, klimat filmu przygniatający swym ciężarem oraz efekty specjalne wciąż robiące większe wrażenie niż zrobiony w CGI T-800 z fatalnego filmu niejakiego McG. To wszystko składa się na całość nie do pobicia, która jest dla mnie numerem jeden tego plebiscytu, niezależnie od tego, na którym miejscu się znajdzie. [Gieferg]

James Cameron osiągnął doskonałość bardzo wcześnie – w swoim drugim pełnometrażowym filmie. Osiągnął ją przy tym tylko ten jeden jedyny raz. Później zdarzało mu się robić filmy niezłe (Aliens), nawet świetne (Głębia), ale zawsze mniej lub bardziej wadliwe. W Terminatorze gra wszystko: duszna, mroczna atmosfera futurystycznego koszmaru; zwarta i dynamiczna narracja; wybuchowy i, co u Camerona rzadkie, nieprzesłodzony finał. Wszystko to składa się na świetny film. Wielkim czyni go tytułowy demon z metalu. Terminator przyszedł do Camerona w koszmarnym śnie jako stalowy szkielet o czerwonych ślepiach, a James postanowił przyoblec go w powłokę Arnolda Schwarzeneggera. Tak narodziło się niepowtarzalne i niezrównane połączenie grozy i kultu. Plakat z Terminatorem zdobi drzwi mojego pokoju – nie wyobrażam sobie godniejszego kandydata. [Paszczak]

Przyznam, że osobiście wolę część drugą, która nawet jeśli jedzie na podobnym schemacie, to jest zwyczajnie lepsza, atrakcyjniejsza i bardziej dopracowana, ergo robi znacznie większe wrażenie. Ale T2 to lata 90., więc już to przerabialiśmy. A i oryginał należy przecież docenić – choćby za wyśmienity, ponury klimat, jak i wielce oryginalną wizję s-f (nie do przecenienia jest zresztą jego wpływ na ten gatunek). No i to przecież niezapomniana, dziś sztandarowa i chyba mimo wszystko najlepsza rola góry mięśni, jaką jest Arnold Schwarzenegger. Klękajcie Conany! [Mefisto]

Lata 80-te to okres wielkich produkcji science-fiction. Nikt jednak nie zrobił lepszego filmu niż James Cameron. A przynajmniej mając tak niewiele kasy. Mocno ograniczony budżet dał się we znaki – wiele scen było improwizowanych, kręconych na szybko, bo akurat nadarzyła się okazja i pogoda na to pozwalała. Do tego doszła niezwykła kreacja Arnolda Schwarzeneggera, który pierwotnie miał grać Reese’a, ale po przeczytaniu scenariusza namówił reżysera, aby zmienił koncepcję. Pomocna okazała się także ręka Stana Winstona, który swoim talentem przedstawił budzącego grozę mechanicznego killera z przyszłości. Połączenie sił tych 3 osób spowodowało, że kino wzbogaciło się o prawdziwy pomnik, który do dziś fascynuje miliony fanów. Terminator II okazał się wzorcowym sequelem, ale nie wolno zapomnieć o klasie oryginału. WIELKIEJ klasie.[Snappik]

 

Lata 80, w Polsce panuje komunizm, a w kinach Terminator! Pamiętam, jako kilkunastoletni chłopiec wybrałem się do kina na Terminatora. To było coś nowego, wcześniej nie widzianego, efekty, fabuła, napięcie, strach, puls mocno przyspieszał, gdy Arnold z miną jak głaz pojawiał się na ekranie. Cały czas elementy strachu, osaczenie, ucieczka, ucieczka, ucieczka…, która nie miała końca, gdyż wyglądało na to, że Terminator był niezniszczalny. W ten sposób narodził się „elektroniczny morderca”, który do dnia dzisiejszego jest przedstawiany, jako film kultowy. [Cosmic13]

Tym filmem narodziły się dwie legendy kina akcji. Reżyser James Cameron niespecjalnie skomplikowaną historią odział w unikalny klimat, a Arnold Schwarzenegger swoją zerową mimiką i twardym akcentem stworzył jeden z najbardziej unikalnych czarnych charakterów. W jeszcze lepszej kontynuacji wszystkie elementy zostały podniesione do n-tej potęgi dając film akcji wszech czasów, ale próżno szukać tam tak budzącej dreszcze sceny jak własnoręczna wymiana oka przez Terminatora… [Pegaz]

Gdy oglądałem po raz pierwszy miałem już za sobą seans T2. Niewiele wiedząc o fabule pomyślałem, że z grubsza będzie to samo, tylko Arnie będzie tym złym, nie będzie T-1000 i młodego Johna oraz z racji tego, iż to debiut (no, prawie) Camerona zrobiony za psie pieniądze to z ekranu wylewać się bedzie kicz i efekty rodem z pegasusa i w ogule będzie jedna wielka beka z uśmiechem politowania na twarzy. Po obejrzeniu (a właściwie już w trakcie) ze zdumieniem stwierdziłem, że Terminator A.D. 1984 to najlepszy film łączący gatunki sci-fi, katastroficzny i akcja. Co do efektów wizualnych to jedyny moment, w którym nieco raziły mnie w oczy to końcówka filmu i chodzący „szkielet” T-800, ale już retrospekcje Kyle, czy miejscami gumowa twarz Terminatora zupełnie mi nie przeszkadzały, a to dlatego, że ten film ma niesamowity klimat. On tu rządzi, a efekty mają tu tak naprawdę co najwyżej trzeciorzędne znaczenia. To przede wszystkim mroczny thriller, w którym napięcie utrzymuje się od pierwszej do ostatniej minuty. Wyrazistość i działanie na zmysły też jest godna uwagi, dosłownie czułem przez ekran ten zapach stali i dym przepalających się kabli. I jeszcze o aktorach. Przy całej mojej sympatii do Arnolda uważam, iż nigdy nie był wybitnym aktorem, w wielu rolach był nawet swoją własną parodią (zwłaszcza w późniejszych filmach), ale rola terminatora była dla niego idealna. On po to przyszedł na świat. Jeśli zaś chodzi o Michaela Biehna, to do dziś nie mogę zrozumieć dlaczego twórcy Hollywood lat 80’ i 90’ (za wyjątkiem Camerona) nie wykorzystali należycie potencjału jaki w tym obiecującym wówczas młodym aktorze drzemał. [Gemini]

Oryginalna mieszanka kina akcji z kinem grozy i sci-fi. Jeden z najlepszych o ile nie najleszy film Camerona. To co udarzea w nas od pierwszych minut to genialmy mroczny i brudny klimat, a wtóruje mu świetna muzyka. Arnie jako Elektroniczny Morderca jest świetny mimo tego, że wypowiada w calym filmie raptem kilka kwestii. Film trzyma w napięciu od samego początki aż do napisow końcowych. Wstyd nie znać. [Turus]

Cameron to swoisty geniusz reżyserii, gdyż stworzył w jednym dziesięcioleciu aż trzy kompletne arcydzieła. Terminator jest dziełem swoistym, gdyż na pierwszym planie mamy postać robota, który prawie nic nie mówi. Jednak jeśli coś mówi, włos jeży się na głowie. W kolejnym filmie Cameron popisał się niesamowitym kunsztem, stworzył fabułę nietuzinkową, wciągająca widza do końca. [Danus]

 

1. Łowca androidów / Blade Runner (1982)

reż. Ridley Scott

Najlepsza ekranizacja Philipa K. Dicka, dająca upust największym obsesjom trawiącym tego genialnego pisarza. Na pierwszym poziomie „Blade Runner” to zachwycający wizualnie kryminał noir w konwencji fantastyczno-naukowej. Rick Deckard zajmuje się tropieniem i eliminowaniem tzw. Replikantów, syntetycznych ludzi, androidów, którzy są wykorzystywani jak niewolnicy na odległych koloniach, założonych gdzieś w kosmosie. Jedna grupa pod dowództwem Roy’a Batty’ego (wybitny Rutger Hauer) buntuje się jednak i uwalnia spod jarzma, po czym przybywa na Ziemię. I tutaj do akcji wkracza bohater grany przez Harrisona Forda. Na drugim, znacznie ciekawszym poziomie, arcydzieło Ridley’a Scotta to opowieść o człowieczeństwie, jego genezie i powinnościach, a także relacji między stwórcą a stwarzanym. Androidy są dziełami ludzkich rąk i przeciwieństwie do człowieka, Roy Batty ma możliwość skonfrontowania się ze swoim demiurgiem. Niepokojące, a nawet przerażające spotkanie „Boga” ze swoim „dzieckiem” budzi ewidentne skojarzenia z podobną sceną z najnowszego filmu Scotta. Ale w „Prometeuszu” nie udało się Ridley’owi wykreować tej aury mistycyzmu i tych emocji, które pojawiają się w wielu scenach „Blade Runnera”. Wspomnieć trzeba jeszcze o jednej z najlepszych scen w historii kina – scenie śmierci Roya. W tak krótkim, ale genialnym monologu Hauer obrazuje esencję ludzkości – podziw świata, pragnienie życia i lęk przed zapomnieniem. [patyczak]

Legenda, kult, arcydzieło, potęga, tryumf, klasyka, majstersztyk, cudo… – czy można coś jeszcze dodać do tej masy przymiotników, jakie można spotkać w niemal każdej opinii na temat tego filmu? Chyba nie – zwłaszcza, jeśli ma się o nim dokładnie takie samo zdanie. Cały ten szał może co prawda wydać się nieco dziwny, biorąc pod uwagę fakt, iż w dniu premiery film został dosłownie zniszczony falą krytyki. Lecz, czy nie jest właśnie jedną z właściwości arcydzieł, iż muszą dojrzeć do swego statusu i ‘zapracować’ na szacunek widza? A publika dorosnąć do ich zrozumienia i dojrzeć wszystkie ich atuty? Cóż, nawet jeśli nie, to w tym wypadku dokładnie tak się stało. Wybitne kino z lekką nutką dekadencji. [Mefisto]

Prawdopodobnie jeden z najsłynniejszych filmów science fiction obok Odysei kosmicznej 2001. Film wielki na wielu poziomach. Od treści, której bazą była genialna powieść Dicka, a która została dosyć odważnie przetworzona przez chyba najważniejszego twórcę kina tego gatunku – Ridleya Scotta. Film, który mógł nie wyjść w tak wielu aspektach, a który dzięki intuicji Scotta wzniósł sie na absolutne wyżyny. Wersja reżyserska wygładza pewne niezgrabności oryginalnego filmu zachowując jego potężną myśl i siłę oddziaływania. Warto wspomnieć o historycznych rolach Rutgera Hauera, Harrisona Forda i Daryll Hannah, jak również niesamowitej muzyce Vangelisa. [paj]

 

O Łowcy Androidów napisano i powiedziano już chyba wszystko – jest to jeden z najlepszych, najmądrzejszych filmów, jakie nakręcono. Finałowa sekwencja przoduje, jeżeli chodzi o stężenie filmowej magii na milimetr metr taśmy filmowej. „Łowca…” jest filmem, którego nie da się łatwo wyrzucić z pamięci. Plus muzyka Vangelisa – moim zdaniem najlepsza i najbardziej klimatyczna ścieżka dźwiękowa w historii. [Piotr Han]

Film, który jak większość tutaj po raz pierwszy zobaczyłem w bardzo młodym wieku. Już wtedy wywarł na mnie ogromne wrażenie, głównie efektami. Po latach doceniłem aktorstwo, muzykę i historię, a monolog Rutgera Hauera pod koniec to rzecz, którą mogę zacytować obudzony w środku nocy. Mocne kino, poruszające wiele ważnych treści, podane w znakomitej oprawie. [Arahan]

„Czy Androidy Śnią o Mechanicznych Owcach?” to nie tylko intrygujące pytanie ale i tytuł książki słynnego amerykańskiego pisarza s.f. Philipa K. Dicka. W roku 1982 Ridley Scott postanowił spróbować odpowiedzieć na to pytanie i przenieść książkę Dicka na ekran. Tak powstał „Łowca androidów” jeden z najlepszych i najbardziej sugestywnych filmów fantastyczny w historii kina. Wraz z pojawieniem się napisu „Los Angeles 2019” przenosimy się do przytłaczającej dystopii jakiej świat jeszcze nie widział od czasów „Metropolis”. Film wizualnie piękny, inteligentny, z niezwykłą muzyką Vangelisa i niezapomnianą kreacją Harrisona Forda. Kamień milowy gatunku. Niestety, podobnie jak za życia Dicka, twórczość jego nie była doceniona, tak i „Łowca androidów” z czasem dopiero został uznany za wielki. Arcydzieło i to nie tylko gatunku science fiction. [Lawrence]

 

Najpiękniejszy film w historii, który od początku do końca zachwyca wyglądem, klimatem i bohaterami. Podziwiając pierwsze sceny prezentujące Los Angeles przyszłości za każdym razem doświadczam audiowizualnego katharsis, uczucia, które nie wywołuje żaden inny obraz. Oprócz graficznej perfekcji „Blade Runner” to także perfekcja fabularna, trzymający w napięciu czarny kryminał z niejednoznaczną treścią, stawiający ambitne pytania o istocie człowieczeństwa. Film wybitny, z życiową rolą Rutgera Hauera. [Huntersky]

 

Muzyka. Scenografia. Te dwa elementy w największym stopniu składają się na hipnotyzujący klimat tego filmu. Ale jest też historia – wciągająca i poruszająca. Jest wreszcie świetne aktorstwo Harrisona Forda i Rutgera Hauera. Jest wreszcie słynny monolog w deszczu… Niezapomniane dzieło.[Pegaz]

 

Perełka spod ręki Ridleya Scotta. Przez lata budząca rozmaite wątpliwości, kontrowersje, zostawiająca pytania bez odpowiedzi. Nie przeszkadza to jednak w nazwaniu przygód Deckarda arcydziełem ostatnich kilku dekad. Jeden z najbardziej ambitnych przedstawicieli gatunku science-fiction, w dniu premiery obrzucany niesłusznie krytyką, dzisiaj stawiany za wzór. [Snappik]

Wiarygodna dystopijna wizja świata przyszłości, bohaterowie, którzy wywołują prawdziwe emocje, przewijająca się w kadrach refleksja nad sednem człowieczeństwa, wybitny Hauer, świetny Ford, pamiętna Hannah, scenograficzny majstersztyk – to najbardziej wytarte formułki opisujące „Łowcę androidów”, jednakże dobrze ich używać w opisywaniu arcydzieła Scotta, gdyż w ładny sposób zachęcają do sięgnięcia głębiej i odkrycia znajdującego się w nim filmowego bogactwa. [Beowulf]

 

 

Ostatnio dodane