Ranking

MŚCICIELE. Istnieć, by przestali istnieć inni

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Filmowi mściciele. Spojrzeli w otchłań; teraz zapełnią ją setkami ciał. Nie są w nastroju do żartów. Mają poważne powody, by mieć dość wszystkiego. Mają też odpowiednie narzędzia do uzewnętrzniania swojego nastroju. Ludzie, którzy stracili bliskich, zostali zdradzeni lub okaleczeni. Ludzie, którzy nie zapominają – czy to o krzywdzie, którą zadano innym, czy to o ich własnym bólu. Pragnący dopaść winnych. Za wszelką cenę. Budzą się rano z myślą o zemście. Z nią też zasypiają. Nie da się ich zatrzymać. Nie będą się układać; nie zatrzymują się w pół drogi. Na zimno czy na gorąco, dopną swego. Przegląd postaci, dla których jedynym celem istnienia jest zemsta. Podobnie jak w zestawieniu o staroszkolnym kinie akcji unikamy tu wyborów oczywistych, starając się wskazywać na tytuły nieco zapomniane, a warte odkurzenia.

Zbieg z Alcatraz (Point Blank, 1967), reż. John Boorman. Klasyka o posmaku awangardy

Lee Marvin – protwardziel, źródło mocy i inspiracji dla późniejszych wykonawców kina akcji (od Clinta Eastwooda przez Mela Gibsona po Bruce’a Willisa i każdego pomiędzy nimi). Facet, który miał nie tylko talent, aparycję i charyzmę, ale jeszcze oko do dobrych i różnorodnych ról. Co wyszło, kiedy połączył siły z niezbyt doświadczonym, ale ambitnym reżyserem (późniejszym twórcą Piekła na Pacyfiku czy Egzorcysty 2)?

Na wyspie Alcatraz dwaj zaprzyjaźnieni przestępcy dzielą się łupem po udanej akcji. Jeden z nich postanawia pozbyć się wspólnika i strzela do niego. Walker powraca jednak do świata żywych i postanawia dopaść zdrajcę. W międzyczasie okazuje się, że dawny przyjaciel ukradł mu nie tylko pieniądze, ale i żonę. Ten obraz nie odniósł sukcesu kasowego, bo skonfundował widownię. Nic dziwnego. Był inny, odstający, chłodny i niepokojący. Zbieg z Alcatraz spodobał się za to krytyce, która uznała, że to wyrafinowany obraz wytyczający nowe szlaki w świecie kina noir. Nie ma w tym cienia przesady. Zbieg z Alcatraz do dziś rzuca tajemniczy czar, hipnotyzuje transowymi scenami i budzi szacunek precyzją wykonania. Marvin, grający postać jak z innego wymiaru, jest perfekcyjny. Ten film to żywy dowód na to, że kino akcji może być także sztuką. Nieoficjalną przeróbką obrazu jest Godzina zemsty z Melem Gibsonem – nader przyjemne noir, które nie wytrzymuje jednak porównania z oryginałem.

Tępiciel (The Exterminator, 1980), reż. James Glickenhaus. Obskurne oblicze zemsty

W wyniku ciężkiego pobicia weteran z Wietnamu zostaje inwalidą. Odpowiedzialny za to jest uliczny gang. Jego towarzysz broni postanawia dopaść winnych. Nasz bohater użyje wszelkiej dostępnej broni, by wymierzyć sprawiedliwość. Żeby było jasne: ten film to przedstawiciel nurtu grindhouse (typ taniego, brutalnego obrazu, puszczanego w zestawie z podobnymi mu tytułami). Stworzono go po to, by w najprostszy możliwy sposób rozpalał wyobraźnię widza, który chce odpocząć po pracy i zażyć w kontrolowanych warunkach koktajl z napięcia, przemocy i testosteronu.

Tępiciel jest prosty fabularnie i formalnie. Dość obskurny. Ma ciężki klimat, który staje w rozkroku pomiędzy dokonaniami studia Troma a Taksówkarzem Martina Scorsesego. Nowy Jork wygląda tu jak miasto przegniłe i cuchnące. Reżyser nie zapomina jednak, że chodzi w tym wszystkim o rozrywkę. Trupów pada tylko czternaście, ale za to sposoby uśmiercania delikwentów robią wrażenie. Nasz bohater potrafi zrobić z przeciwnika mielonkę. Dosłownie. Lubi też używać miotacza ognia. Sentymentów nie będzie. Większych ambicji – także. Zostaje ponura rozwałka w duchu Życzenia śmierci z Charlesem Bronsonem, wskazująca jasno, że kino akcji w tej dekadzie skupi się na większym stężeniu przemocy i widowiskowych starć, a nie psychologicznych niuansach. Na ekranie pojawia się znany z Amerykańskiego ninjy Steve James i gdzieś tam miga Samuel L. Jackson. Grający głównego bohatera Robert Ginty nie ma zbyt wiele charyzmy i kreuje postać średnio interesującą, ale zbyt udana rola mogłaby zaburzyć wewnętrzne feng shui tego dzieła, więc zasadniczo nie musi to boleć. Powstał też Tępiciel 2, obarczony tymi samymi wadami i zaletami, co część pierwsza.

Kaliber 45 (Ms. 45, 1981), reż. Abel Ferrara. Piękna zemsta

Abel Ferrara – późniejszy twórca Złego porucznika i wielu innych kontrowersyjnych filmów – zawsze kochał taplać się w brudzie i przemocy. Można wręcz odnieść wrażenie, że fabuły jego obrazów są czysto pretekstowe – mają po prostu otwierać drzwi pełne szlamu istnienia, którym reżyser chce wypełnić świadomość widza. Czy ma to służyć katharsis, czy może jest okazją, by pod płaszczykiem niezwykłych ambicji sprzedać tanią mielonkę zbrodni, seksu i dragów – pozostaje kwestią otwartą. Pewne za to jest, że Kaliber 45 należy do bardziej udanych projektów twórcy.

Thana – młoda kobieta, niemowa – zostaje zgwałcona. Postanawia wziąć odwet na mężczyznach. Recepta na powszechny szowinizm? Strzał w krocze każdego, kto nie umie trzymać rąk przy sobie. Thana, upozowana na wampa, patroluje ulice Nowego Jorku z bronią.

Zaskakujące kino. Po pierwsze, całkiem sprawnie zrobione jak na Ferrarę, który zazwyczaj ubóstwia nużące przestoje w akcji czy dialogi o niczym. Po drugie, historia – mimo że zapoczątkowaną gwałtem – ma w sobie spory ładunek humoru. Grająca główną bohaterkę Zoe Lund jest zjawiskowa. Siedemnastoletnia wówczas aktorka przykuwa uwagę widza pełną pasji kreacją i niezwykłą urodą. Lund – znana z paru ról filmowych, ale także jako modelka czy scenarzystka Złego porucznika – wiodła burzliwe życie i zmarła przed czterdziestką. To dla niej warto zobaczyć ten obraz. A scena, w której dziewczyna (w stroju zakonnicy i z czerwoną szminką na ustach) robi z pomocą pistoletu porządek na przebieranym przyjęciu, to jedno z najbardziej niesamowitych slow motion, jakie widziałem.

Toksyczny mściciel (Toxic Avenger, 1984), reż. Michael Herz i Lloyd Kaufman. Zmutowana twarz zemsty

Troma – firma inna niż wszystkie. Wypuszczają tylko złe filmy, i to od lat. Ich tanie produkcje, celowo mało wysublimowane, rekrutują swoich widzów spośród osób znudzonych kinem głównego nurtu. Inna sprawa, że dzieła Tromy – oscylujące w świszcząco wysokich rejestrach groteski – także potrafią wywołać znużenie i uczucie przesytu. Niemniej zamiast sprawdzać, dlaczego Surfujący naziści muszą umrzeć (tytuł, o którym każdy słyszał, a który oferuje tylko huragan nudy i tajfun nijakości), zerknijcie raczej na Toksycznego mściciela – największy sukces Tromy i jej flagowy produkt.

Melvin – nerd pracujący w siłowni miasteczka Tromaville – nie cieszy się szacunkiem wśród rówieśników. Ci nazywają go mopiarzem i traktują jako obiekt okrutnych żartów. Z ich winy któregoś dnia Melvin wpada do beczki z toksycznymi odpadami. To rozpoczyna przemianę wątłego chłopaka w zmutowaną górę mięśni. Mając takie warunki fizyczne, nasz bohater będzie mógł oczyścić miasto ze zbirów. Zacznie też sikać kwasem i pozna niewidomą dziewczynę, co da początek gorącemu uczuciu.

W Stanach to był hit. Film zawojował kina i rynek video. Doczekał się paru kontynuacji, swojej komiksowej, kreskówkowej, a nawet musicalowej wersji. Jak sprawy mają się dziś? Obraz, pełen czarnego humoru, wyrwanych kończyn i aktorskiej abnegacji, dobrze oddaje ducha lat 80. i sprawdza się jako lekka komedia. Osobiście wolę filmy, które nagrywane są w duchu zupełnie serio, a potencjału komicznego nabywają nieoczekiwanie i niejako przez przypadek (dorodny przykład: Gliniarz samuraj). Niemniej Toksyczny mściciel – ostentacyjnie komiksowy, przeszarżowany i bałaganiarsko zalotny – ma w sobie sporo uroku.

Klasa 1984 (Class 1984, 1984) reż. Mark L. Lester. Niczego się nie nauczyli, więc teraz ostatnia lekcja…

Nauczyciel muzyki, idealista, trafia do trudnej szkoły. Placówka jest pod kontrolą bezwzględnej bandy uczniów, którym przewodzi psychopata Stegman. Narkotyki, pobicia, zastraszenia… Ciało pedagogiczne woli odwracać głowę. Pozostali uczniowie szkoły drżą o swoje życie. Nowy nauczyciel nie wie jeszcze, że banda uprze się, by zatruć mu życie. Konflikt będzie narastał. Aż do eksplozji agresji i nienawiści. To nie jest klasyczna opowieść o mścicielu. Oglądamy raczej powolną, wiarygodną psychologicznie drogę zwykłego, pogodnego faceta, który stopniowo wnika w mrok – aż dociera do ściany. Ale kiedy już do niej dotrze…

Mark L. Lester – późniejszy twórca Komando – na pewno nie jest wybitnym reżyserem. Lubi wiadra krwi, przemoc i wszystko to, co zazwyczaj kojarzy się ze złym smakiem. Klasa 1984 to thriller chropawy i brudny, a jednocześnie – mimo przekonującego tła i wiarygodnych kreacji aktorskich – raczej kino rozrywkowe niż poważny komentarz społeczny. Bardzo brutalne kino rozrywkowe, dodajmy. Mamy tu lata 80. w pełnej krasie, ale zamiast pianki do włosów i zwiewnego klimatu dostajemy noże sprężynowe, ćwieki i młodocianych sadystów. Obrazowi towarzyszy sporo niezłej muzyki z kawałkiem Alice’a Coopera I Am the Future na czele. Za duży minus i nieporozumienie uznaję zrównanie zwykłego bandytyzmu z subkulturą punkową. Reszta pozostaje jednak ostrym, mięsistym i twardym kawałkiem kina, nieskażonym jakimkolwiek optymizmem czy mruganiem okiem do widza. Dla wielu fanów ekranowej zadymy jest to obraz kultowy i kawał ekscytującej surowizny z dawnych lat, którą pewnie obejrzeli pod nieobecność rodziców. Ten sam reżyser dał też światu Klasę 1999 – uroczą rozwałkę o szkole, w której porządek ma wprowadzić bezwzględna grupa nauczycieli-cyborgów.

Projekt Frankenstein (The Vindicator, 1986), reż. Jean-Claude Lord. Starszy kuzyn Robocopa miażdży złych ludzi

Film stworzyła wytwórnia Frank and Stein. Carl Lehman to naukowiec oddany pracy nad projektem cyborga, który miałby zostać wysłany na Marsa. Mężczyzna staje się ofiarą intrygi bezwzględnego kolegi: ulega poparzeniu, a potem zostaje przyobleczony w gruby pancerz. Od teraz jest cyborgiem i własnością firmy. Carl nie zamierza jednak ulec. Ucieka i postanawia zniszczyć każdego, kto przyłożył rękę do jego obecnego stanu.

Ten kanadyjski obraz to kino klasy B pełną gębą. Jest tanio, prosto i raczej bez klimatu. Ciekawie wypada zestawienie tego filmu z późniejszym o rok Robocopem. Nie ma wątpliwości, że Paul Verhoeven zrobił lepszy użytek z tematu „człowieka w konserwie”, wyciskając z niego tyle emocji, ile się da, i unikając mielizn, które pogrążyły tytuł Lorda.

Project Frankenstein posiada bardziej impulsywnego bohatera – Carl aż wrze na myśl o tym, jak go potraktowano; wyje w kanałach na widok swego odbicia, odwiedza kościół, gdzie rzuca się z chóru na podłogę, demoluje sklep z upiornymi zabawkami, które przypominają mu o własnej odmienności. Głosem jak z kultowego programu Przybysze z Matplanety wygłasza smutne kwestie o samotności, opuszczeniu i utracie człowieczeństwa.

Co z tego, skoro i bohatera, i sam film możemy traktować tylko jako pocieszną mutację motywu Frankensteina? Obraz ma przyjemną ścieżkę dźwiękową z lat 80., a pewnego smaczku nadaje mu udział Pam Grier (Jackie Brown) w roli kobiety, dla której ściganie cyborga stanowi kuszące wyzwanie. Rzecz polecam zaprawionym w boju koneserom kina niższego sortu.

Anioł śmierci (Blood of the Innnocent, 1995) reż. Bob Misiorowski. Rutger Hauer w Polsce

Czego w tym filmie nie ma: wybuchają auta marki żuk i latają helikoptery, Joanna Trzepiecińska tańczy zmysłowo w barze, a znany karateka Thomas Ian Griffith kopie i bije polskich aktorów; eksplodują granaty na bazarze warszawskiej Pragi, a od intryg, starć i pościgów może się zakręcić w głowie. Poza tym – jak już zdradziliśmy – pojawia się Rutger Hauer. Gra Lema – lekarza umoczonego w brudny biznes. W jednej z ról wystąpił także John Rhys-Davies, znany choćby z Poszukiwaczy zaginionej Arki.

Frank jest twardym gliną z Chicago. Kiedy jego brat (Artur Ojciec Mateusz Żmijewski) zostaje zastrzelony, mężczyzna rusza tropem zabójców. Ten wiedzie do Polski, gdzie rozwinął się proceder nielegalnego handlu organami. Frank zastaje brutalny, dziki kraj kontrolowany przez rosyjską mafię – miejsce, w którym przetrwają najsilniejsi. Rusza z odbezpieczoną bronią przeciwko gangsterskim koneksjom i powszechnej korupcji.

Ponad trzy miliony dolarów zapewniły filmowi odpowiedni wykop. Dzięki niemu na ekranie śmigają polonezy, nyski, a kałasznikowy sieją zniszczenie, rozrywając wiele z bazarowych warzyw i owoców. Polska wygląda tu dość egzotycznie – myślę, że także dla Polaków.

Reżyser Bob Misiorowski, którego największym sukcesem jest Pasażer – kiepski akcyjniak z Jeanem-Claude’em Van Dammem – nie rzuci Aniołem śmierci nikogo na kolana. Twórca kręcił zazwyczaj obrazy przeznaczone na rynek video. Tak było i z tą pozycją, acz w Polsce (i tylko w Polsce) weszła ona do dystrybucji kinowej. Być może ktoś spodziewał się tłumów na miarę Twierdzy czy Prawdziwych kłamstw. Tak się jednak nie stało. Niemniej obraz ma sporo komicznych (niezamierzonych) akcentów, czytelnych dla rodaków Bolesława Prusa, więc trudno jest mi go potraktować jak resztę maziowatych akcyjniaków, wypełniających półki każdej wypożyczalni parę dekad temu.

Poza tym pozycja Misiorowskiego działa jak wehikuł czasu, zabierający widza do przyjemnie analogowych lat 90. No i stanowi koronny dowód na to, że Joanna Trzepiecińska mogła być polską Kim Basinger, gdyby pozwolić jej częściej tańczyć na ekranie.

korekta: Kornelia Farynowska

Zapisz

Ostatnio dodane