Ranking

Mokry sen producenta, czyli niskobudżetowe hity

Autor: Karol Barzowski
opublikowano

Show-biznes to w końcu biznes jak każdy inny – rządzi nim kasa. Dla producentów, którzy mają najwięcej do powiedzenia, jeśli chodzi o współczesne kino, najbardziej liczą się oczywiście dochody. Idealna sytuacja to taka, w której budżet zostanie co najmniej podwojony. Są też jednak przypadki filmów, mogących pochwalić się dużo lepszymi osiągnięciami. Przy niskich wydatkach na produkcję zarobiły one ponad sto milionów dolarów. Chyba każdy producent marzy o tym, aby choć raz trafił mu się taki projekt: kura znosząca złote jaja.

Właśnie mija piętnaście lat od premiery Mojego wielkiego greckiego wesela – filmu, który do dziś pozostaje najbardziej dochodową komedią romantyczną w historii. Jednocześnie jest to jeden z najbardziej niespodziewanych kinowych hitów. O takim sukcesie twórcy nie mogli marzyć i nawet teraz trudno go wytłumaczyć. Owszem, ten film to bardzo przyjemna komedia – scenariusz jest świetny (otrzymał w końcu nominację do Oscara), wykorzystuje świeży humor, dobrze działają tam wszystkie nawiązania do różnic kulturowych, i tak dalej. Miło widzieć też na ekranie nieopatrzonych, ale bardzo utalentowanych aktorów. To jednak tylko Moje wielkie greckie weseleA film zarobił na całym świecie niemal trzysta siedemdziesiąt milionów dolarów! Patrząc na wyniki skorygowane o inflację, wychodzi na to, że ta niepozorna komedyjka poradziła sobie w kinach lepiej od Strażników galaktyki, Mission: Impossible albo pierwszej części Igrzysk śmierci.

Film utrzymał się na ekranach okrągły rok, przez długi czas zaliczając nieznaczne spadki frekwencji lub nawet jej wzrost.

Co ciekawe, Moje wielkie greckie wesele nigdy nie zostało najpopularniejszym filmem weekendu. Pierwsze tygodnie w kinach w ogóle nie wskazywały zresztą, abyśmy mieli do czynienia z przyszłym rekordzistą pod względem wpływów. Na czym polegał więc ten sukces? Tytuł utrzymał się na ekranach okrągły rok, przez długi czas zaliczając nieznaczne spadki frekwencji lub nawet jej wzrost. Po czterech miesiącach od premiery zdecydowano się na wypuszczenie do kin dodatkowych kopii i wtedy film zaczął zarabiać na całego. Kolejni widzowie polecali sobie ten niepozorny tytuł bez gwiazd w obsadzie, który jednak zbierał niemal same pozytywne opinie i po prostu sprawiał wielką frajdę. Choć film pojawił się na wielkim ekranie w kwietniu, jeszcze pod koniec roku sale podczas seansów były pełne.

A produkcja ta mogła w ogóle nie trafić do kin! Nia Vardalos, która napisała scenariusz, początkowo pokazywała tę historię na deskach małych teatrów, wcielając się w główną rolę Tuli. Sztuka, reklamowana głównie z ambon greckich kościołów, cieszyła się dużą popularnością. Zainteresowało się nią kilku hollywoodzkich producentów. Vardalos nie mogła jednak znaleźć z nimi porozumienia. Nalegano, by w filmie zamiast niej zagrała gwiazda, a rodzina głównej bohaterki została zamieniona na bardziej rozpoznawalną mniejszość, na przykład włoską lub latynoską. Ona oczywiście nie mogła się na to zgodzić. Spektakl pewnego dnia przyszła zobaczyć też Rita Wilson, żona Toma Hanksa, która sama ma greckie korzenie. Wprost zakochała się w tej historii i namówiła męża, aby wspólnie wyprodukowali film na jej podstawie. Udało się zebrać około pięciu milionów dolarów. Choć można było liczyć na to, że Moje wielkie greckie wesele nieźle poradzi sobie w box office, z pewnością nikt nie myślał, że film zarobi aż takie pieniądze. Trzysta sześćdziesiąt osiem milionów dolarów przy budżecie pięciu milionów to naprawdę rewelacyjny wynik. Piętnaście lat od premiery pokazało, że wcale nie tak łatwo go powtórzyć.

Niskobudżetowy blockbuster to coś, co zdarza się bardzo rzadko.

Oczywiście zdarzają się bardzo tanie filmy, kosztujące czasem kilkadziesiąt bądź nawet zaledwie kilkanaście tysięcy dolarów, które ostatecznie zarabiają miliony. Tak było choćby z Różowymi flamingami (1972), Sprzedawcami Kevina Smitha (1994) albo kultowym już El Mariachi (1992). Niskobudżetowy blockbuster to już jednak zupełnie co innego – wpływy przekraczające sto milionów dolarów przy skromnych wydatkach na produkcję zdarzają się naprawdę bardzo rzadko. Ale zdarzają się. O oficjalne rankingi w tej materii trudno – trzeba by było wziąć pod uwagę różne czynniki, związane choćby z liczbą kin albo inflacją. Jeśli chodzi o sam dochód lub pieniądze, które zwróciły się w przeliczeniu na jednego dolara, nie będę podejmował się takiego zestawienia z prostego powodu – z pewnością byłyby w nim błędy. Nie traktujcie więc mojej listy jak jakiegoś oficjalnego zestawienia, z namaszczeniem traktującego dane finansowe. To po prostu tytuły, które mimo bardzo niskiego budżetu, typowego dla kina niezależnego, okazały się wielkimi kinowymi przebojami.

Ostatnio dodane