Ranking

LEPSZE NIŻ MARVEL. Komiksy, które chcemy zobaczyć zamiast kolejnych Spider-Manów

Autor: REDAKCJA
opublikowano

Nie da się ukryć, że na polu komiksowych przebojów niepodzielnie rządzi Marvel – i to już od dobrej dekady. Giganta bezskutecznie próbuje dogonić DC, choć i ta marka, mimo wielu poważnych potknięć, trzyma w ręku ładny kawałek rynku. Lecz kadry z dymkami to nie tylko zbieranina trykociarzy z obu tych stajni. Świat komiksu jest tak ogromny i bogaty, że aż dziw bierze, iż na fali popularności superbohaterskich przebojów mało kto decyduje się zainwestować w inne adaptacje tego medium. Oto tytuły, które wolelibyśmy zobaczyć na dużym ekranie zamiast taśmowych produkcji spod znaku Marvela/DC.

 

Jacek Lubiński

Fantom

„Urodzony” w 1936 roku zamaskowany mięśniak to swoisty prekursor różnorakich latających mścicieli. Powstały jeszcze przed Batmanem nie jest przy tym super herosem jako takim. To człowiek z krwi i kości, który pod wieloma względami przypomina miks Gacka (metody działania), Cienia (siatka informacyjna i mistycyzm) oraz Kapitana Ameryki (harcerskie wartości). Dobrze wyćwiczony i wytrenowany, wprawnie posługuje się bronią różnego sortu. Przede wszystkim używa jednak mózgu, a jego przygody – przynajmniej te początkowe – to po prostu sprawne, przygodowe kryminały z lekką nutą bondowskiego klimatu. I to takie dość kameralne, gdyż w przeciwieństwie do swoich sławniejszych kolegów, Fantom nie zajmuje się ratowaniem świata, a raczej ochroną swojego domu i jego mieszkańców – położonej w Afryce fikcyjnej Bangalli.

Być może dlatego właśnie tak łatwo odszedł w cień Człowieka-nietoperza i spółki. Nie zmienia to faktu, że komiksy z jego udziałem to prawdziwa kopalnia fajnych, filmowych historii. Raz już zresztą przeniesiono je na duży ekran – w 1996 roku, z Billym Zane’em w roli tytułowej i nieznaną jeszcze wtedy Catherine Zetą-Jones. powstała całkiem niezła, acz kompletnie niedoceniona produkcja. Od czasu jej premiery krążą różnorakie plotki o powrocie Fantoma, który sam kilkukrotnie szturmował jeszcze z różnym skutkiem telewizję. Na plotkach się jednak kończy. A szkoda, bo Fantom zasługuje na więcej.

Hugo

Zadziwia przede wszystkim bogactwem świata przedstawionego, który spokojnie równać się może z Władcą pierścieni.

Muszę przyznać, że stworzone w latach 80. przez Bernarda Dumonta przygody tytułowego trubadura to jeden z moich ulubionych komiksów i zarazem jeden z najlepszych, jakie czytałem. Ta krótka, bo licząca sobie zaledwie pięć tomów seria, zadziwia przede wszystkim bogactwem świata przedstawionego, który spokojnie równać się może z Władcą pierścieni. Do tego dochodzi znakomity humor, niezwykła fantazja kolejnych wydarzeń czy lokacji, pełnokrwiści bohaterowie (Biskoto!) i świetna kreska. Śliweczką na torcie (get it?) jest także mądra, dojrzała fabuła, w której znajdziemy całe mnóstwo smaczków „dla dorosłych”. Zresztą Hugo niewolny jest od mrocznych, poważnych wątków, krwi oraz seksualnych wtrętów.

Te ostatnie elementy byłyby zapewne największym problemem ewentualnej adaptacji, której pokaźny budżet musiałby się jakoś zwrócić, a co za tym idzie, potencjalny film musiałby być całkowicie przyjazny rodzinie. Szczęśliwie gotowe scenariusze w postaci poszczególnych tomów można ekranizować w oderwaniu od pozostałych i tym samym zacząć od lżejszego materiału (choć, paradoksalnie, takowym jest bodajże właśnie otwarcie serii, czyli Zaklęcie w fasolę). Jakby nie było, Hugo to komiks wręcz stworzony dla filmu. Myślę, że kino jest na niego gotowe – przynajmniej technicznie – choć zdaję sobie sprawę, że to zapewne mgliste fantazje. Ale może kiedyś…

Kajko i Kokosz / Kajtek i Koko

Tych dwóch panów (a raczej czterech w dwóch wydaniach) nikomu przedstawiać nie trzeba. Bohaterowie komiksowej sagi Janusza Christy to jedna z kultowych pozycji nad Wisłą – taki nasz własny Asteriks i Obeliks. W przeciwieństwie jednak do galijskich kolegów, którzy jako jedni jedyni wciąż stawiają opór najeźdźcom i uprzykrzają życie legionom rzymskim, duet KiK nadal czeka, aż rodzimi filmowcy wyjmą kij z… tych wszystkich moralno niepokojących dramatów i z impetem wprowadzą ich na duży ekran (bo chyba już wszyscy zapomnieli o tej animowanej porażce sprzed dekady). W końcu jest z czego wybierać i z czego być dumnym – mamy czternaście fantastycznych tomów, w których aż kipi od humoru, przygody i fascynujących historii, w jakich nawet nic nie trzeba zmieniać, aby zagrały w swej ruchomej wersji. A ponieważ Kajko i Kokosz to nie tylko smoki, czarownice, szranki i konkury, to bynajmniej nie potrzeba na starcie przesadnie rozbuchanego budżetu. Ot, dobry casting, wprawna realizacja i gotowe – zamiast na kolejne Pany Tadeusze można zapędzać szkoły do kin na Dzień Śmiechały. Trzeba tylko przy tym ppamiętać, żżże nie wwwolno ppolować na dziki…

Przy okazji osobny akapit należy się także, a może przede wszystkim, Kajtkowi i Koko, którzy powstali kilka lat wcześniej i są takimi bardziej współczesnymi wersjami Kajka i Kokosza. Co prawda opus magnum perypetii dwóch marynarzy, czyli Kajtek i Koko w kosmosie, to projekt, z którym bałbym się uderzyć nawet do będącego w najwyższej finansowej formie Disneya, ale tu też alternatyw jest mnóstwo. Dla mnie zresztą zawsze ta dwójka kojarzyła się w pierwszej kolejności z intrygami sensacyjno-kryminalnymi pokroju Tintina. I to w dodatku takimi, które z pomysłem i sercem odnoszą się do naszej kultury i historii. Przecież Śladem białego wilka czy Duch bunkra to samograje, które spokojnie mogłyby zostać letnimi blockbusterami made in Poland. Dlaczego jeszcze nikt się za to nie zabrał!?

Thorgal

Wydany po raz pierwszy w roku premiery Gwiezdnych wojen twór Grzegorza Rosińskiego i Jeana Van Hamme’a to bez dwóch zdań jedna z najpopularniejszych i najbardziej cenionych sag komiksowych na świecie. Licząca sobie już 36 tomów seria składa się na inteligentne, wspaniale napisane i narysowane historie fantasy osadzone w mitologii i środowisku Wikingów, czyli nacji od zawsze pobudzającej ciekawość, mimo niewielu w sumie filmów im poświęconych wdzięcznej dla kina, a ostatnio licznie reprezentowanej również na małym ekranie. Wpływ, pozycję i uznanie dla Thorgala w komiksowym świecie trudno przecenić. A jego potencjał filmowy jest praktycznie nieograniczony, gdyż nie trzeba nawet kopiować fabuł poszczególnych odcinków serii, aby zrobić z niej dobre, efektowne i wciągające widowisko, które nie przyniesie ujmy oryginałowi.

Nic zatem dziwnego, że tak jak w przypadku rodzimego Wiedźmina, o ekranizacji z prawdziwego zdarzenia mówi się od dekad. A tymczasem w eterze cisza. Oczywiście największym problemem jest w tym wypadku – jakże by inaczej! – kategoria wiekowa/polityczna poprawność. Thorgal nie jest bowiem dziełem, które „odwraca wzrok” od niewygodnych rzeczy – i bynajmniej nie chodzi tu tylko o lejącą się krew czy okazjonalną nagość. Żeby zachować sens oraz klimat, film lub serial również nie mógłby tego robić. No ale skoro z Dreddem w końcu się udało, to może i Thorgala też ktoś rozgarnięty nam sprezentuje. Modlę się o to do Odyna czasem przed snem. Bo cóż innego mi pozostało…

Umpa-pa

Czerwonoskóry krewny Asteriksa, to także dziecko Gościnnego i Uderzo. Mniej chwalone, nie tak zdolne i ambitne, ale wcale nie gorsze – przynajmniej w kwestii humoru i osadzenia akcji w konkretnej epoce historycznej – tutaj w Ameryce Północnej ery kolonizacji. To krótki (ponownie tylko pięć odcinków) cykl, ale pomysłowy, pełen werwy, polotu, ciętych ripost i naprawdę sympatycznej atmosfery. I, wzorem swojego francuskiego brata, nadający się dla odbiorcy w każdym wieku. To zdecydowane przeciwieństwo Ostatniego Mohikanina, dające jednak równie dużo frajdy ze śledzenia poczynań rdzennego mieszkańca Dzikiego Zachodu.

Nadający się dla odbiorcy w każdym wieku.

Żeby je zekranizować pozornie należałoby się liczyć z dużą wystawnością widowiska. Lecz biorąc pod lupę te kilka niezwykle atrakcyjnych, zabawnych i, przede wszystkim, lekkich historyjek o nietypowej przyjaźni i uprzedzeniach, łatwo zauważyć, że tak naprawdę nie potrzebują one rozbuchanego budżetu. O wiele większym problemem ewentualnego filmu zdaje się być stereotypowy do granic wizerunek Indian – coś, czego nawet pomimo ewidentnego, żartobliwego nawiasu media społecznościowe mogą twórcom nie darować. Jeśli jednak nie damy się im zwariować, Umpa-pa to jeszcze jeden teoretyczny hit, któremu kino powinno dać szansę. Inna sprawa, że o wiele bardziej rozpoznawalny Lucky Luke na podobnej teorii wyłożył się nie raz. Liczę jednak, że zaradny wojownik plemienia Szpokoszpoko i jego biały brat, Podwójny Skalp, mieliby nieco więcej szczęścia…

Ostatnio dodane