Ranking

LEE, PRICE, CUSHING. Trzej tytani horroru

Autor: REDAKCJA
opublikowano

– Co jest tajemnicą sukcesu pańskich filmów?
– Chyba to, że nie opowiadają o codziennym świecie wokół nas, ale o tym, co tkwi w naszym wnętrzu, o skłonnościach i instynktach, które nauczyliśmy się tłumić.
– O jakich skłonnościach pan mówi?
– O tych, do których sami się nie przyznajemy, o których czasem nie mamy pojęcia. Zwierzęce okrucieństwo, brutalna przemoc, pragnienie krwi. Są ujarzmione, ale czasem wychodzą z klatek, w których je zamknęliśmy.

(tłum. Ewaryst Nawyrost)

To fragment wywiadu, jakiego Vincent Price udzielił brytyjskiemu dziennikarzowi telewizyjnemu, Michaelowi Parkinsonowi. Nie prawdziwego wywiadu jednak, ale znajdującego się w filmie pod tytułem W kręgu szaleństwa (Madhouse, 1974), w którym Price i Cushing zagrali odpowiednio aktora i pisarza, twórców postaci Doktora Śmierć. Powstanie gatunku horroru to nie tylko efekt skrywanych mrocznych instynktów, ale też efekt istnienia różnych legend, gdzie znana nam rzeczywistość miesza się z czymś nieznanym, tajemniczym, budzącym lęk i grozę. Nie wiemy, co znajduje się po drugiej stronie. „Granice dzielące życie od śmierci są mroczne i nieokreślone. Któż wie, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie?” – tak pisał Edgar Allan Poe w Przedwczesnym pogrzebie. Wyobraźmy sobie, że gdzieś tam po drugiej stronie spotyka się trzech ludzi: Vincent Price (1911–93), Peter Cushing (1913–94) i Christopher Lee (1922–2015). Przy butelce sherry wspominają stare dobre czasy: nieokiełznane burze, gotyckie pałace, mroczne wrzosowiska, komnaty tortur, piwnice z pająkami, cmentarzyska i grobowce. My także przypomnijmy sobie stare dobre czasy kina grozy. Sprzyjają ku temu dni 26 i 27 maja – Dni Trzech Tytanów Horroru.

Tytuły uszeregowane według chronologii.

1. Gabinet figur woskowych (1953), reż. André De Toth

Pierwszy wielki sukces Vincenta Price’a w kinie grozy, czyli Gabinet figur woskowych, w którym aktor gra właściciela i twórcę tytułowego przybytku. Kiedy nieuczciwy partner postanawia podpalić gabinet dla ubezpieczenia, główny bohater nie bez walki próbuje uratować swe dzieła, niestety bezskutecznie. Zostaje uznany za zmarłego w pożarze, lecz uchodzi z życiem, a następnie mści się okrutnie. Zły i szalony odbudowuje swoje woskowe królestwo za cenę kolejnych ofiar. Nawet dzisiaj, ponad 60 lat po premierze, dzieło pochodzącego z Węgier André De Totha jest diabolicznym, niepozbawionym czarnego humoru horrorem, szokującym fabularnie, choć już niekoniecznie wizualnie. Straszliwie poparzony Price mógł wtedy budzić grozę, ale dzisiaj wydaje się mniej doskonałym pierwowzorem dla Darkmana Sama Raimiego. Co innego pomysł, aby niedawno zamordowani stali się eksponatami w makabrycznym gabinecie, do którego widzowie przychodzą, aby pooglądać z bliska okrutne sceny śmierci. Koło się kręci, a Vincent szuka kolejnych modelów.

Film De Totha znany jest również ze swojego pionierskiego zastosowania efektu 3D oraz faktu, że reżyser… widział tylko na jedno oko. [Krzysztof Walecki]

2. Dom na przeklętym wzgórzu (1959), reż. William Castle

Dom na Przeklętym Wzgórzu zaskakuje fabularnie, stwarzając klimat towarzyskiej zabawy z nie do końca jasnym przesłaniem – milioner zaprasza na przyjęcie urodzinowe swojej żony piątkę nieznajomych, którym oferuje po dziesięć tysięcy dolarów, jeśli odważą się spędzić noc w tytułowym domostwie. W rzeczywistości prawdziwa gra odbywa się między nienawidzącym się małżeństwem, lecz wszystko mogą skomplikować duchy zamordowanych w domu ludzi. A może to żywi okażą się bardziej niebezpieczni od straszących po korytarzach szkieletów?

Siła filmu Williama Castle’a, legendy B-klasowego horroru, bierze się z dwóch rzeczy – po pierwsze reżyser, nie rezygnując z makabrycznych pomysłów jak kąpiel w kwasie, stawia na niczym nieskrępowaną zabawę biorącą się bardziej ze scenariuszowych niespodzianek niż efektownych scen grozy. Dziś ten dreszczowiec raczej nie budzi lęku, choć atmosferą bije na głowę większość opowieści o nawiedzonych domach. Po drugie, gospodarzem wieczoru i nocy jest Vincent Price, którego dystyngowana poza wraz z bardzo cierpkim poczuciem humoru oraz pewną dozą złowieszczości czynią z głównego bohatera postać cokolwiek ambiwalentną, acz niezwykle rozrywkową. Ostatecznie Dom na Przeklętym Wzgórzu tym właśnie jest – rozrywką, być może nie wysokich lotów, lecz nadal dającą sporo grzesznej przyjemności. Warto nadmienić, że w tym samym roku Price i Castle nakręcili jeszcze jeden horror, The Tingler. [Krzysztof Walecki]

3. Ostatni człowiek na Ziemi (1964), reż. Sidney Salkow

Pierwsza ekranizacja powieści Richarda Mathesona Jestem legendą (1954). Już pod koniec lat pięćdziesiątych wytwórnia Hammer zamierzała zrealizować film na podstawie tej książki. Ostatecznie dzieło wyszło spod ręki Sidneya Salkowa, który już od 1936 kręcił filmy klasy B, osiągając wyjątkową biegłość w kreowaniu nastroju. Po nowelowym Twice-Told Tales (1963) z Vincentem Price’em wydawał się odpowiednim kandydatem na stanowisko reżysera Ostatniego człowieka na Ziemi. Zdjęcia nakręcono we Włoszech. W odcieniach czerni i bieli wybrane włoskie miejscówki wyglądają niezwykle sugestywnie jako świat po katastrofie, opustoszały i ponury. Swoisty cmentarz bez krzyży. W roli ostatniego człowieka na Ziemi, czy raczej ostatniego przedstawiciela starej rasy, wystąpił człowiek-legenda. Nie jest to może jego najlepsza rola, ale z pewnością duże aktorskie wyzwanie. Postać odegrał w taki sposób, że wywołał skrajne opinie, od zachwytu po irytację. Przy scenariuszu pracował autor literackiego pierwowzoru, lecz ostatecznie podpisał się pseudonimem, gdyż nie był zadowolony z wprowadzonych zmian. Rangę film zyskuje dzięki atmosferze. Mając do dyspozycji niewielki budżet, reżyserowi udało się uzyskać właściwy ton i tempo dla tej przygnębiającej historii. Z powodzeniem nakreślił to, co uderzyło czytelników powieści – przeraźliwie pesymistyczną aurę. Widać w tym obrazie źródło inspiracji dla Nocy żywych trupów (1968) George’a A. Romero. [Mariusz Czernic]

4. Gorgona (1964), reż. Terence Fisher

Kwintesencja stylu wytwórni Hammer i jej czołowego reżysera, Terence’a Fishera. Mocno osadzona w dziewiętnastowiecznej tradycji gotyckiej opowieść z gatunku fantastyki grozy. Bohaterami filmu, opartego na fabule J. Llewellyna Devine’a i scenariuszu Johna Gillinga, są ludzie nauki, którym na studiach wpajano, że cudów nie ma i wszystko można racjonalnie wytłumaczyć. Gdy jednak w małej niemieckiej wiosce pojawia się mityczna Gorgona, świat tych uporządkowanych ludzi nagle się zmienia. Tajemniczy doktorek (Cushing) i szanowany profesor z uniwersytetu w Lipsku (Lee) to całkowite przeciwieństwa. Jeden woli za fasadą milczenia ukryć to, co niezrozumiałe, drugi dąży do ujawnienia prawdy. Różnice między postaciami widać także w sposobie gry aktorskiej. Cushing jest enigmatyczny, ale udało mu się zasugerować podskórny niepokój, natomiast u Lee wyczuwa się jakąś sprzeczność – ucharakteryzowany jest na starszego, niż był w rzeczywistości, lecz zachowanie wskazuje na osobę młodą duchem, ekspansywną. Bardzo dobrze niuanse swojej postaci odegrała również Barbara Shelley, jedna z czołowych aktorek Hammera (świetne role u boku Christophera Lee w Draculi: Księciu ciemności i Rasputinie: Szalonym zakonniku). [Mariusz Czernic]

5. Maska Czerwonego Moru (1964), reż. Roger Corman

Vincent Price w roli skrajnie amoralnego, oddającego cześć diabłu księcia Prospero, dla którego liczą się tylko hedonizm, rozrywka, folgowanie zmysłom. Okrutny i obojętny na los swoich poddanych tyran, odwracający się od nich plecami, gdy najbardziej potrzebują jego pomocy. Czuje się niezwyciężony i śmieje się w twarz martwemu Bogu, w jego oczach ustępującemu potęgą szatanowi. I chociaż jest pewny, że zawarł pakt gwarantujący bezpieczeństwo, Śmierć nie zwraca uwagi na pozycję, znaczenie ani majątek. Film na niesamowitą, niemal malarską oprawę, przesyconą barwami, z których każda ma znaczenie symboliczne, podobnie jak siedem komnat na zamku księcia Prospero: to labirynt umysłu, pokonywanie kolejnych stopni wtajemniczenia i osiągania świadomości, a także konfrontacja z własnym cieniem. Feeria kolorów napiera ze wszystkich stron, zamiast jednak budować wrażenie pogody, budzi prawdziwą grozę. [Karolina Chymkowska]

6. Grobowiec Ligei (1964), reż. Roger Corman

Doskonałe zwieńczenie bardzo dobrej serii interpretacji utworów Edgara Allana Poego. Tym razem nowelę dziewiętnastowiecznego literata przerobił na B-klasową modłę niezbyt wówczas doświadczony scenarzysta Robert Towne, dziś znany głównie jako laureat Oscara za Chinatown (1974). Rzecz rozgrywa się w malowniczych plenerach angielskich. Wraz z bohaterami odwiedzamy Stonehenge i ruiny opactwa w Norfolk. Czego tu nie ma? Jest polowanie na lisa, jest opętany czarny kot, są klimaty nekrofilskie i oniryczne, jest wątek uczuciowy w stylu Zawrotu głowy (1958) Alfreda Hitchcocka. Większość scen powstała przy świetle dziennym, co w gotyckiej serii Cormana jest dość nietypowym zagraniem. Całość ma w sobie coś z angielskiego melodramatu kostiumowego. Szalone wizje Edgara Allana Poego mieszają się z kornwalijską finezją Daphne du Maurier. Obsada też na plus. Vincent Price i Elizabeth Shepherd (w dwóch wcieleniach) tworzą jeden z najciekawszych filmowych trójkątów w historii kina. [Mariusz Czernic]

7. Gabinet grozy doktora Zgrozy (1965), reż. Freddie Francis

Nie jedyny horror nowelowy, w którym pojawiają się wspólnie Peter Cushing oraz Christopher Lee (kilka lat później zagrali w Domu wampirów), ale zdecydowanie ten lepszy. Sześciu przypadkowych mężczyzn zasiada w przedziale pociągu, a gdy okazuje się, że jeden z nich potrafi wróżyć z kart tarota, pozostali proszą o wejrzenie w ich przyszłość. Wkrótce nie będzie im do śmiechu.

Wyprodukowany przez brytyjską wytwórnię Amicus, głównego rywala Hammer Film w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, której specjalnością były właśnie antologie z dreszczykiem, Gabinet grozy doktora Zgrozy jest pyszną horrorową zabawą. Znajome gatunkowe motywy, takie jak wampiry, wilkołaki czy voo doo, są tu główną atrakcją i dosyć oczywistą karą dla bohaterów, którzy kłamiąc, oszukując, bądź schwytani w pułapkę własnej naiwności, stają się łatwymi ofiarami. Nowelowe horrory, zwłaszcza te wiekowe, charakteryzowały się przejrzystą wykładnią moralną, niepozwalającą łotrom ujść z życiem od nadnaturalnej sprawiedliwości. Tytułowy doktor Zgroza (a właściwie Schreck) jest tu tajemniczą personą, niezainteresowanym oceną swoich towarzyszy podróży, a zaledwie przepowiadającym im ich smutny koniec. Cushing świetnie wygląda w kapeluszu, z brodą i krzaczastymi brwiami, ale ma wąskie pole do popisu. Co innego Lee jako jedyny krytycznie nastawiony do metafizyki i fantastyki pasażer – w typowy dla siebie sposób mrozi samym spojrzeniem, a widok jego twarzy po usłyszanym wyroku świetnie kontrastuje z dotychczasową pozą swojej postaci. Warto również odnotować udział młodego Donalda Sutherlanda jako jednego z zasiadających w feralnym przedziale. [Krzysztof Walecki]

8. Czaszka (1965), reż. Freddie Francis

Film pewnie lepiej by się sprawdził jako część filmu nowelowego, gdyż w pełnym metrażu długie klimatyczne sceny przeradzają się w dłużyzny. Ale sama historia i obsada są jednak warte tego, by przypomnieć ten zakurzony film. Peter Cushing i Christopher Lee są tutaj przyjaciółmi, których łączy wspólna pasja – kolekcjonowanie starych przedmiotów. Diler antyków (Patrick Wymark) dostarcza im, za odpowiednią cenę, różne rzeczy mające jakąś ciekawą historię. Na przykład książkę oprawioną w ludzką skórę albo czaszkę należącą do kogoś wyjątkowego, kto zapisał się w historii czynami budzącymi lęk i odrazę. Jest to adaptacja noweli Roberta Blocha (autora Psychozy) pod tytułem The Skull of the Marquis de Sade. Czaszka sadystycznego markiza została wydobyta z jego grobu w celu badań naukowych. Okazuje się jednak, że zawładnął nią zły duch, który kierował postępowaniem markiza, a teraz stanowi zagrożenie dla kolekcjonerów. Film ze stajni Amicus, wyraźnie inspirowany dziełami wytwórni Hammer. [Mariusz Czernic]

9. Drakula: Książę ciemności (1966), reż. Terence Fisher

Po raz pierwszy filmowy Drakula jest tak pociągający, tajemniczy i magnetyczny. Christopher Lee nadał postaci najsłynniejszego wampira niezwykle zmysłowy rys. Erotyka i uwodzenie idą w parze z polowaniem i żądzą krwi, działając na wyobraźnię – nawet kobiety padające ofiarą Drakuli reagują mieszaniną fascynacji i strachu. Liczy się przede wszystkim jego zniewalająca siła i fizyczność. Symbolizuje niewypowiedziane pragnienia, potrzebę seksualnego spełnienia, do którego nie wypada się przyznawać, bo to grzeszne i nieprzyzwoite. Wampir wyzwala z okowów wstydu swoim obliczonym wyłącznie na zaspokojenie potrzeb atakiem. Bez Christophera Lee nie zaistniałby wizerunek krwiopijcy, który dzisiaj tak dobrze znamy: atrakcyjnego mężczyzny, który wzbudza lęk, ale też trudno mu się oprzeć. [Karolina Chymkowska]

10. Twins of Evil (1971), reż. John Hough

Gdy Vincent Price odniósł sukces w mrocznym dramacie historycznym Pogromca czarownic (1968), rozpoczęła się krótkotrwała moda na tak zwane folk horrory. Również Christopher Lee otarł się o te klimaty, współpracując z hiszpańskim filmowcem Jesúsem Franco (Krwawy sędzia, 1970). Do niniejszego zestawienia trafia jednak występ Cushinga w Twins of Evil, ponieważ najbliżej mu do gatunku horroru. Wykorzystuje bowiem nie tylko wątek witch hunterów, lecz również motyw wampiryzmu (inspirowany Carmillą Sheridana Le Fanu). Ale nie tylko dlatego – to jest po prostu znakomity film, który niesłusznie popadł w zapomnienie. Cushing stworzył w nim bardzo ciekawą postać. Właściwie to zagrał jedną z najlepszych ról w karierze. Opierając się na scenariuszu Tudora Gatesa, wykreował bohatera zepsutego przez system, bezradnego wobec zła, które dobrze się maskuje. Miotają nim wewnętrzne antagonizmy, a na miejscu fanatycznej żarliwości pojawiają się skrupuły. Dla aktora to była trudna rola, gdyż w styczniu 1971 zmarła jego żona (z tego powodu musiał zrezygnować z występu w filmie Krew z grobowca mumii). [Mariusz Czernic]

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane