Ranking

INNE OBLICZA TWARDZIELI. Zestawienie nietypowych ról odtwórców kina akcji

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Nazywają ich osiłkami. Natrząsają się z ich zdolności aktorskich. Skazują na zesłanie do szufladki z napisem „macho”. Kpią z ich budowy ciała. Wytykają im wszelkie błędy warsztatowe. Podważają ich inteligencję. Nagradzają Złotymi Malinami. Aktorzy kina akcji nie mają tak łatwo, jak wydaje się wielu z nas. Jeśli już trafisz w ich poczet, nie będzie tak łatwo go opuścić. Niektórzy i tak próbują – choćby na chwilę. Tą właśnie sytuacją zajmiemy się dziś. Ale czy ktoś, kto przywykł do skupiania na sobie uwagi roznoszeniem w pył wszystkiego dookoła, może z siebie wykrzesać jakieś subtelniejsze odcienie aktorstwa? Andrzej Żuławski twierdził, że aktorem może być każdy, nawet przypadkowa osoba; wszystko jest kwestią pokierowania nią. Dziś sprawdzimy, ile prawdy było w słowach polskiego reżysera, biorąc pod lupę mniej znane lub zapomniane role twardzieli. Te, w których próbowali robić to wszystko, co zazwyczaj jest w ich fachu zbędną fanaberią. A mianowicie: grać.

F.I.S.T. (F.I.S.T., 1978) reż. Norman Jevison. Zanim Sly stał się kosiarzem Złotych Malin

Sylvester Stallone to osoba pełna niespodzianek. Aktor jest nie tylko malarzem i wielkim fanem Edgara Alana Poego, ale także scenarzystą wielu ze swoich filmów. W tę barokową osobowość, obudowaną imponującą muskulaturą, wpisana jest chęć podejmowania nowych wyzwań. Zanim stał się topowym aktorem Hollywood, próbował różnych rzeczy – od produkcji soft porno po epizod w Bananowym czubku u Woody’ego Allena. Tuż po wielkim sukcesie Rocky’ego aktor mógł zrobić wiele, ale wybrał właśnie realistyczne kino społeczne. Sly napisał tę historię do spółki Joe Eszterhasem (jeszcze parę lat temu było to najgorętsze nazwisko wśród scenarzystów, autor odpowiedzialny za Nagi instynkt czy Sliver), co skończyło się niesnaskami między autorami, ale zapewniło bazę dla niezłego kina.

Johnny Kovak – prosty robotnik – zostaje przywódcą związków zawodowych. Jest uczciwy, więc zjednuje sobie ludzi, którzy przystępują dzięki niemu do Międzystanowej Federacji Kierowców Ciężarówek. Ale tacy jak on budzą niechęć ludzi u władzy… Dobre, klasycznie opowiedziane kino. Bez fajerwerków, ale wciągające. Sly raczej wzbudza sympatię, niż gra orkiestrowo, ale nie ukrywajmy – kamera go kocha, a kaszkiet czy kapelusz dodają uroku. Bardzo dobre zdjęcia zapewnił tu László Kovács (Swobodny jeździec), a w epizodzie pojawił się Brian Dennehy, który za parę lat zagra szeryfa następującego na odcisk Rambo.

Maggie (Maggie, 2015), reż. Henry Hobson. Arnold o trudach ojcostwa

Ależ ten film był zaskoczeniem. W serii Niezniszczalni Arnold Schwarzenegger wskrzeszał swoje dawne oblicze – dowcipnego zabijaki, który akcję ma we krwi. To samo robił w Likwidatorze i Planie ucieczkiPotem przyszedł krwisty i mroczny Sabotaż, a następnie równie mroczna, acz prawie bezkrwawa Maggie. Oto austriacki dąb w filmie o zombie. Ktoś powie, że to się musiało stać – bo moda na żywe trupy nadal trwa. A jednak Maggie zaskakuje nie tym, o czym opowiada, lecz sposobem, w jaki to robi.

Dziwna plaga dotknęła USA. Obywatele zamieniają się w żywe trupy. Ojciec zarażonej córki nie pozwala jej odizolować się od świata – chce z nią być w trakcie powolnej przemiany w zombie. Jest gotów sam pociągnąć za spust, gdy będzie trzeba. Obraz nie jest ani horrorem, ani żadnego typu rozwałką. Akcja filmu toczy się powoli, a Maggie przypomina medytację na temat odchodzenia. Schwarzenegger jest tu wyciszony melancholijny i – w co trudno uwierzyć – naprawdę nas przekonuje (mam wrażenie, że klęski w życiu osobistym wpłynęły na jego wybory aktorskie, bo podobny typ roli kreuje w stosunkowo świeżym Aftermath). Dobre zdjęcia podkreślają depresyjny nastrój; nie bez powodu mówi się o nich, że przywołują nastrój rodem z filmów Terrence’a Malicka. Nie jest to wielkie kino. Prawdę powiedziawszy, mam wrażenie, że to tytuł średni, ale Arnold napiął aktorskiego bica i pokazał, że umie całkiem nieźle grać.

JCVD (JCVD, 2008), reż. Mabrouk El Mechri. Van Damme o Van Dammie

Jean Claude Van Damme – znany aktor kina akcji – idzie do banku w rodzinnej Belgii. Dobija do pięćdziesiątki. Jest zmęczony, ma kłopoty z córką, z prawnikiem i grą w filmach – nie kopie mu się już tak łatwo jak kiedyś. Niczym Steven Seagal wypaca z siebie resztki energii na planach filmowych w Rumunii czy jakimkolwiek innym miejscu, gdzie można kręcić tanio, bez ambicji i nadziei na niezwykły efekt. Jakby tego było mało, w banku pojawią się uzbrojeni mężczyźni. Czy wyniknie z tego efektowna bijatyka? Niekoniecznie.

Dziwne kino, w którym dawna gwiazda trochę się z siebie naśmiewa, a trochę nad sobą rozczula, przyznając do błędów i zmęczenia światem kina. W pewnym momencie pozwala sobie nawet na parominutowy monolog wprost do kamery – szczyt szczerości czy desperacja faceta, który próbuje się ratować metachwytami? A może Dzień świra z gwiazdą Krwawego sportu w roli głównej? Oceńcie sami. Film nie jest ani gniotem, ani arcydziełem, a zrobiono go całkiem sprawnie. Zdjęcia w typie „gnijąca jesień życia” mogą się podobać i podkreślają ponurą wymowę całości. Poza tym jest to pozycja spokojna i melancholijna, możecie więc po nią sięgnąć, kiedy szukacie wyciszacza. Z drugiej strony nie brakuje w niej elementów komediowych, aczkolwiek ciężko uznać, by odtwórca głównej roli był wcieleniem komizmu innego niż nacechowanego silnym staraniem wykonawcy. Dziwne, że Van Damme w opowieści o sobie samym nie postawił na swój ulubiony patent, to jest wykreowanie roli bliźniaków. Cóż, może zrobił to przez wzgląd na fakt, że jako realnie istniejąca postać żadnego bliźniaka nie posiada. Słowem, postawił na autentyzm.

Koliber (Hummingbird, 2013), reż. Steven Knight. Kolejny z Niezniszczalnych spuszcza z tonu (z pomocą Agaty Buzek)

Jason Statham – młodszy niż Sly czy Arnold – dzierży sztandar staroszkolnego macho, grając w B-klasowych akcyjniakach, które zazwyczaj zaliczamy do pustych kalorii kina i szybko o nich zapominamy. Często są to produkcje o drętwych scenariuszach, kiepskich zdjęciach i niezbyt efektowne. Tym razem jest inaczej. Scenarzysta Wschodnich obietnic Davida Cronenberga, debiutujący Kolibrem jako reżyser, zaprasza nas na wycieczkę po mrocznych zakamarkach Londynu. Naszymi przewodnikami będą bezdomny weteran wojny w Afganistanie (Statham) i polska zakonnica, która nie przestała wierzyć w ludzi (Agata Buzek). Męczony demonami przeszłości mężczyzna będzie miał okazję wślizgnąć się do mieszkania osoby, która wyjechała, i przejąć jej tożsamość, natomiast oddana Bogu kobieta zaangażuje się mocno w relację z byłym żołnierzem. Pomimo że na ekranie pojawią się i broń, i przemoc, i mafia, Koliber stanowi ewenement w filmografii Stathama. To nie tylko dramat, ale i obraz, w którym aktor całkiem nieźle radzi sobie z psychologicznymi niuansami. Również nieźle, aczkolwiek z wyraźnie męczeńskim rysem, gra także Buzek. Czeka ją tu kryzys wiary i możliwość pokazania się Stathamowi w gustownej czerwonej sukience. Chemia między tą parą (poruszającą wspólnie tematy wiary, winy czy odkupienia) napędza dramaturgię filmu. Drugie tyle daje przekonujący obraz Londynu, kreowanego tutaj na miasto śmierci, brudu i niebezpieczeństwa. Zdjęcia i muzyka także są nadspodziewanie udane. Nie będzie to seans waszego życia, ale zobaczyć można.

Lola (Twinky, 1970), reż. Richard Donner. Charles Bronson i lolita

Z pozoru mamy tu materiał na kino akcji: przed kamerą mistrz krwawej zemsty, Charles Bronson, za kamerą – Richard Donner, ojciec serii Zabójcza broń. Tymczasem dostajemy obraz uczucia, jakie wybuchło między szesnastolatką a dojrzałym facetem – pisarzem tandetnej erotyki. Dziewczyna mówi mu, że ma 20 lat i zapewnia o swoim uczuciu. Pisarz chce wierzyć w jedno i drugie. Postanawiają być razem na przekór wszystkiemu. Czy może więc mamy tu skandalizujące kino, które zestawić można tylko z erotycznymi shockerami Gaspara Noego? Nic z tych rzeczy. Sam pomysł może się wydawać szokujący, ale Lola to komedia pozbawiona jakichkolwiek ostrych kantów – nikogo nie zbulwersuje, nie podnieci i nie zmusi do ciągania twórców po sądzie. No, może głos bohaterki wywoła pewne dyskusje – dziewczyna brzmi jak ośmiolatka. Ale to właśnie ona – razem z wesołym popem wypełniającym ścieżkę dźwiękową – ciągną Lolę do przodu. Bronson jest tu sztywny jak kołek i wygląda, jakby tęsknił za jakąś strzelaniną u Sergia Leone. Richard Donner – jeszcze przed Omenem, Supermanem i innymi hitami – nakręcił ten obraz jako szybką i zwiewną komedyjkę, w której źródłem humoru są różnice charakterów między bohaterami. Wyszło to wszystko w miarę zgrabnie, ale nie da się ukryć, że i reżyser, i (przede wszystkim) Bronson zdają się tu błądzić i tracić przekonanie do materiału. Więcej uczucia, emocji i niuansów znajdziemy w dialogach Riggsa i Murtagha w Zabójczej broni niż u zakochanej pary w Loli. Jeden z przykładów na to, jak boleśnie może wyglądać zmiana emploi.

  • TAGI:

Ostatnio dodane