Ranking

5 słabości, które przyczyniły się do klapy VALERIANA I MIASTA TYSIĄCA PLANET

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Chyba można to już powiedzieć otwarcie – nowe widowisko Luca Bessona nie sprawdza się tak, jak sprawdzać się miało. Film Valerian i miasto tysiąca planet, przy rekordowym jak na Europę budżecie 177 milionów dolarów, po kilku tygodniach od premiery zdołał zgromadzić zaledwie 88 milionów łącznych wpływów ze świata.

Choć ostatnią nadzieję dają jeszcze Chiny, w których produkcja Bessona zagości pod koniec sierpnia, to jednak nie można oszukiwać siebie i innych, określając osiąg Valeriana inaczej niż sromotną klapą. I owszem, można także przywoływać argumenty, że twórcom i tak nie zależało na zyskach z kin, gdyż 90% budżetu filmu zwróciło się już na etapie zagranicznych licencji. To jest tylko czcze gadanie. Fakt jest taki, że prestiżowo i wizerunkowo ta porażka będzie dla Bessona odczuwalna.

Bo wychodzi na to, że choć reżyser zdołał zrealizować swoje marzenie z dzieciństwa, to w ogóle nie brał przy tym pod uwagę, czy świat jest zainteresowany podążaniem śladem tego marzenia. Według mnie tę porażkę można było przewidzieć jeszcze zanim zaczęły spływać pierwsze nieprzychylne recenzje filmu. A świadczy o tym kilka wyjątkowo słabych przyczyn klapy Valeriana.

5. Słaba rozpoznawalność komiksowego oryginału

Nie oszukujmy się. Dzisiaj, mówiąc „komiks”, myśli się „Marvel” lub „DC”. Te dwa wydawnictwa, współpracujące z wielkimi studiami w produkcji kinowych adaptacji, zawłaszczyły nasze postrzeganie sztuki komiksu, która od jakiegoś czasu kojarzy się głównie z superbohaterami. Świat nie zna komiksów europejskich, a już na pewno nie wie, kim jest agent Valerian. A jeśli świat go nie zna, to nie interesuje się jego filmowymi przygodami – to jest prosty rachunek. Pamiętacie Immortal – Kobieta pułapka na podstawie kapitalnego komiksu Enkiego Bilala? Film wypadł dobrze, ale box office mówi co innego. To przykre, ale według mnie jest dalece prawdopodobne, że gdyby dzisiaj Hollywood chciało stworzyć film na podstawie słynnej polsko-belgijskiej serii Thorgal, los tej adaptacji byłby podobny.

4. Słaby timing

Komiks traktujący o przygodach agenta Valeriana i agentki Laureline autorstwa Pierre’a Christina (scenariusz) i Jeana-Claude’a Mézières’a (rysunki) po raz pierwszy opublikowano w roku 1967. Był to okres świetności literackich space oper, który to gatunek nie miał jeszcze w kinie swego godnego reprezentanta. Wszystko zmieniło się w latach 70., gdy George Lucas pokazał światu Gwiezdne wojny. Wiele osób twierdzi, że jednym ze źródeł inspiracji dla Lucasa był właśnie francuski komiks. Dziś barwne space opery traktujące o międzygwiezdnych przygodach są wdzięcznym materiałem dla filmowców. Za przykład mogą posłużyć zarówno prowadzone z powodzeniem kontynuacje słynnych (konkurencyjnych) serii Gwiezdnych wojen i Star Treka, jak i Strażnicy galaktyki stanowiący dla tych serii języczek u wagi.

Czy Valerian, którego literacka podstawa spopularyzowała gatunek, miał szansę stanowić realną konkurencję dla reszty jego przedstawicieli? Nie, ponieważ pula wrażeń, których widownia oczekiwałaby po filmowej space operze,  jest dostępna w tworach bardziej popularnych, rozpoznawalnych, i żaden z przeciętnych zjadaczy popcornu nie przejmuje się faktem, że pokazują to, co na kartach pewnego komiksu było już realizowane w latach 60. Dlatego kluczem jest timing. Filmowy Valerian miałby większe szanse na powodzenie, gdyby miał premierę jeszcze przed szaleństwem na Gwiezdne wojny. A tak historia kina zapamięta go w ten sam sposób, co adaptację Flasha Gordona z 1980 – jako kiczowatą ciekawostkę, choć komiksowo obecną już kulturze popularnej od 1934 roku.

3. Słabo przyciągające nazwiska

Nazwisko Luca Bessona niestety także straciło na znaczeniu i po serii finansowych, artystycznych i wizerunkowych (przegrana sprawa w sądzie dotycząca plagiatu) klap nie ma już takiej siły przyciągania, jak w latach 90.

Choć obsadzony w głównej roli Dane DeHaan był już wcześniej widziany w kilku głośnych widowiskach, podobnie jak partnerująca mu Cara Delevingne, to jednak trudno określać tę parę aktorów mianem rozpoznawalnej. Podejrzewam, że ich twarze (w przypadku Cary nawet nieco więcej) są kojarzone, ale nazwiska niespecjalnie. A moim zdaniem to mogło przełożyć się na mniejsze zainteresowanie filmem Bessona. Już pomijając fakt, że DeHaan w ogóle nie przypomina komiksowego bohatera, w przypadku, gdy sprzedajemy produkt oparty na nieznanym wśród odbiorców komiksie, dobrze byłoby chociaż zadbać o to, by przyciągały do niego nazwiska. Owszem, nazwiska nie są już gwarantem sukcesu, co potwierdza przypadek Mumii. Ale w tym konkretnym wypadku mogłoby to także wiązać się z dostarczeniem filmowi odpowiedniej jakości – bo DeHaan w rezultacie jest kompletnie pozbawiony charyzmy, a Delevingne, choć zdaje się dobrze bawić swoją rolą, to jednak jako eksmodelka musi swój warsztat aktorski jeszcze podreperować. Ale to jedna rzecz.

Druga jest taka, że nazwisko Luca Bessona niestety także straciło na znaczeniu i po serii finansowych, artystycznych i wizerunkowych (przegrana sprawa w sądzie dotycząca plagiatu) klap nie ma już takiej siły przyciągania, jak w latach 90. Dlatego marketingowo osobowość Bessona nie była w stanie zapełnić luki powstałej na skutek chybionego castingu.

2. Słaba data premiery

Poprzednie punkty w mojej ocenie wpłynęły na słabą siłę rażenia Valeriana, który choć promowany świetnym zwiastunem, nie był w stanie przynieść z kin satysfakcjonujących zysków. Ale przyczyna tego leży także w niebywale silnej konkurencji. Tak się składa, że mniej więcej w tym samym okresie do kin weszła Dunkierka Christophera Nolana, czyli wyczekiwane kino wojenne, które jeszcze przed premierą zostało przez sympatyków reżysera zakwalifikowane do ścisłej czołówki gatunku. Bo to przecież Nolan. Ludzie do kin rzucili się gremialnie, ciekawość była bowiem silna, a pozytywne recenzje ją podsyciły. Bardzo łatwo zapomniano o tworzonym z równie wyraźną pasją Valerianie, który na domiar złego miał dostarczyć widowni dokładnie tych samych wrażeń, które dwa miesiące wcześniej dostarczyli Strażnicy Galaktyki vol. 2. A na dobre kino wojenne czekało się znacznie dłużej.

Ale to zaledwie jedna para kaloszy. Nie zapominajmy, że gdy do kin wchodził Valerian, publika gromadząc się w kinach, miała także do wyboru Wojnę o planetę małp oraz Spider-Man: Homecoming – filmy z rozpoznawalnymi twarzami, bohaterami i historią oraz… bardzo przychylnymi recenzjami.

1. Słaby scenariusz

Wisienką na torcie klapy Valeriana oraz przyczyną determinującą powstanie wszystkich nieprzychylnych recenzji filmu jest jego scenariusz. Bo ludzie mogliby wybaczyć to, że film został kiepsko obsadzony lub to, że wpisuje się w słabo rozpoznawalną markę. I pewnie wybaczyliby także to, że film sprawia wrażenie wtórnego względem popularnych i znanych serii space operowych. Bo przecież dobrej i sprawnej przygody w kosmosie nigdy dość.

Ludzie zwykle jednak nie wybaczają kiepskiego scenariusza. Bo bez względu na to, czy Valerian zrodził się z pasji i dał upust dziecięcym marzeniom reżysera,  i bez względu na to, że film po prostu powala na kolana oprawą wizualną, to jednak przygoda, w której biorą udział bohaterowie, ma w sobie wiele zgrzytów. Choć jej cel jest dla widza jasny, to jednak z przebiegu wydarzeń nie wynika, by był on jasny także dla bohaterów, a co ważniejsze, by byli oni zainteresowani podążeniem w jego kierunku. Nieistotne wątki poboczne niepotrzebnie komplikują główną linię fabularną. Ale najbardziej przykre jest to, że za sprawą wyjątkowo banalnego w swym wydźwięku finału, okazuje się, że gdyby nie te scenariuszowe skoki w bok, niewiele frajdy byśmy z tej historii otrzymali. Niesprawiedliwe jest to, że Strażnicy Galaktyki vol. 2, choć mają z fabułą o wiele większe problemy niż Valerian, w rezultacie w kinach nie podzielili jego losu. Dlaczego? Dlatego, że nie popełnili przy okazji czterech wyżej wymienionych błędów.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane