Ranking

5 POWODÓW, w obliczu których trudno uznać DUNKIERKĘ najlepszym filmem wojennym od lat

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Co nikogo pewnie nie dziwi, nowy film Christophera Nolana – Dunkierka – święci triumfy w kinach. Film zdołał podniecić zarówno widownię, jak i krytykę. Tych drugich chyba nawet bardziej, biorąc pod uwagę, że udało mu się zdobyć aż 93% pozytywnych recenzji w serwisie Rotten Tomatoes. Podziwom nie ma końca, a jeśli już ktoś stara się wskazać dziurę w całym, robi to wyjątkowo zachowawczo.

Stanę wobec tych zachwytów okoniem. W odróżnieniu od większości, mnie seans wojennego filmu Nolana porządnie rozczarował, wynudził, a miejscami nawet zirytował. Mam już serdecznie dosyć tego specyficznego eufemizmu ujawniającego się w każdej dyskusji o twórczości Nolana. Wszyscy podchodzą do jego filmów bardzo ostrożnie, dotykając ich przez chusteczkę. Dlatego postanowiłem wysunąć pięć według mnie dość oczywistych i jasnych argumentów przemawiających na niekorzyść Dunkierki.

Bo nie jest to film tak dobry, jak wydaje się większości. A już na pewno nie jest to żadna rewolucja w kinie wojennym. Owszem, zgodzę się, Brytyjczyk zapewnił nam wizualną ucztę – nie będę się z tym spierał. Ale to za mało. Dunkierka to podręcznikowy przykład przerostu formy nad treścią. Kina wojennego nie tworzy się efektem, a duszą. Tej filmowi Nolana zabrakło.

Dunkierka to podręcznikowy przykład przerostu formy nad treścią.

Historia, która nie gra większej roli. Kwestia domniemanej nierzetelności filmu Nolana względem faktów historycznych (jak choćby marginalizacja roli francuskich żołnierzy w przebiegu akcji) nie jest w tym wypadku najważniejsza. Zawsze byłem zdania, że sztuka filmowa rządzi się swoimi prawami, a jednym z nich jest zdolność do interpretacji historii tak, by była ona atrakcyjna dla widowni. Problem w tym, że w filmie Nolana bardzo trudno odczuć ową historyczność – pełni ona jakby wtórną względem fabuły rolę, gdyż na pierwszym planie i tak pozostaje Nolanowskie „jak”, a nie „co”. Po obrazie, który już w tytule daje do zrozumienia, że powstał na bazie związku z historią, oczekuje się jednak na tyle umiejętnego wprowadzenia widza do wydarzeń znanych z podręczników szkolnych, by nie było potrzebne sięganie do nich tuż po seansie. Dunkierka ma z tym wyraźny problem i gdyby nie pojawiająca się na samym początku filmu informacja o miejscu akcji, widz nie zdołałby ulokować obserwowanych wydarzeń w odpowiednim czasie i przestrzeni (bo nie każdy zna mundury brytyjskich żołnierzy z czasów drugiej wojny światowej). Nie ma nawet linijki dialogu zdolnej do poszerzenia tego kontekstu. A bez tego dobiegający z oddali dźwięk zbliżających się do plaży obiektów przypomina bardziej… uporczywe komary, a nie śmiercionośne bombowce wroga.

Akcja, która nie angażuje. Traktowanie kontekstu historycznego jedynie jako narzędzia prowadzącego do osiągnięcia konkretnego efektu nie jest głównym problemem treści filmu. Bo najważniejszy jest taki, że Dunkierka jest po prostu filmem zaskakująco nudnym. Widz zostaje rzucony w sam wir wydarzeń, które z założenia winny wywoływać ekscytację. Ale tej pary najwyraźniej wystarczyło tylko na perfekcyjnie zmontowany zwiastun filmu. Fabuła oparta na biernym wyczekiwaniu na kolejny atak bądź niespodziewany cud nie zdaje egzaminu, gdyż nie posiada potencjału do utrzymania uwagi. Nic w niej bowiem nie ciekawi, nic nie zachęca do wypatrywania finału, gdyż z góry wiadomo, że w konsekwencji i tak obierze on typowy obrót. Nolan wolał skupić się na tym, by pokazać, jak jego zdaniem wojna po prostu wyglądała, a nie na tym, by rozpisać do niej jakiś interesujący komentarz. Ale tak po prawdzie nieangażująca akcja najbardziej związana jest z punktem kolejnym.

Bohaterowie, którzy nie posiadają osobowości. Trudno przejąć się tym, co dzieje się na ekranie, jeśli żadna z postaci nie jest nam choć trochę bliska. Nolan celowo postawił po pierwsze na to, by nie było w filmie tylko jednego bohatera, a działał bohater zbiorowy. Po drugie, postarał się też o to, by poszczególne części tej zbiorowości pozostały dla widza kompletnie anonimowe. Choć chciał w ten sposób skoncentrować uwagę widza na wojnie samej w sobie, to jednak zapomniał, że wojnę tworzyli i tworzą ludzie. Bez osobowości i charakteru, które zostałyby specjalnie dla widza odkryte, postaci widziane na ekranie stają się dla niego zwykłymi manekinami. A im współczuć nie sposób. Aż dziw zatem, że Nolan postanowił do kilku ról (ponownie) zatrudnić tak znanych i cenionych aktorów jak Cillian Murphy, Tom Hardy, a także Kenneth Branagh. Może zabrzmi to niefortunnie, ale jestem zdania, że ich epizody mogliby z powodzeniem odegrać zwykli statyści (ale zaraz się pewnie podniosą głosy, jak to pięknie Hardy potrafi grać oczami i w ogóle).

Muzyka, która nie współgra z ekranem. Jednym z najczęstszych punktów wszelkich pieśni pochwalnych pisanych na rzecz Dunkierki jest zachwyt nad muzyką i to, jak umiejętnie potrafi ona uzupełniać obraz. Otóż jest to nieprawda. Muzyka Hansa Zimmera, choć brzmi ujmująco i potrafi wzniecić w widzu niepokój, momentami kompletnie nie współgra z tym, co widzimy na ekranie. I poniekąd jest to wina montażu. Charakterystyczne tykanie zegara w domyśle prowadzi do punktu kulminacyjnego, po czym zostaje przerwane jakimś kompletnie niepotrzebnym dialogiem lub sceną, niezwiązaną z tym, co obserwowaliśmy przez ostatnie kilka minut. Druga kwestia tyczy się rzekomej oryginalności tej muzyki. Ci, którzy znają Zimmera, wiedzą, iż lubi on podążać przetartymi przez siebie wcześniej ścieżkami. Nie inaczej jest w Dunkierce – motyw tykania zegara był już słyszany na przykład w Interstellar i Sherlocku Holmesie.

Krew, która nie tryska. Na deser absurd czystej postaci. Dunkierka to wojna bez krwi. Gdy po raz pierwszy do mediów spłynęła informacja, że jednym z pomysłów Nolana na kino wojenne jest przedstawienie akcji w taki sposób, by nie zawierała ona zbędnej – jak mniemam, jego zdaniem – eskalacji przemocy, w głowie zapaliła mi się czerwona lampka ostrzegawcza. Co prawda film dzięki temu załapał się na kategorię PG 13, która dawała możliwość większych wpływów z kin. Ale utracił też sporo realizmu. Nigdy nie uważałem, że krew w tego typu widowiskach jest niezbędna. Całkowite jej porzucenie też nie stanowi rozwiązania. Prawda jest taka, że to właśnie za sprawą widoku krwi uruchamia się w nas uczucie o pierwotnym podłożu, na skutek czego jesteśmy w stanie jeszcze lepiej wczuć się w doświadczany przez postacie ból.

To brzmi jak komunał, ale przecież każdy z wymienionych punktów taki jest. Nolan popełnił podręcznikowe błędy, ale stawiam dolary przeciwko orzechom, że większość z was uzna to za element jego genialnej kalkulacji. Jeśli mam być całkowicie szczery, to osobiście pieprzę taką sztukę, w której artysta, zapraszając mnie do zapoznania się z jego nową wizją, na wstępie daje mi do niej instrukcję obsługi. Szanuję Nolana, sympatyzuję z kilkoma jego dokonaniami, ale przez pryzmat tej sympatii nie mam zamiaru dopowiadać sobie sensu tam, gdzie go po prostu nie ma.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane