Ranking

5 DOWODÓW NA TO, ŻE „KOBIETY MAFII” SĄ LEPSZE OD „OJCA CHRZESTNEGO”

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Słownictwo wiadome. W końcu mowa o filmie Vegi.

Vega znowu to robi – i robi to po swojemu. Mąci, bulwersuje, celuje w to, co niewygodne. Ale czy celuje celnie? O tym przekonają się już ci śmiałkowie, którzy wybiorą się na jego najnowszy film – Kobiety mafii. Czy warto? My wiemy jedno: gorzej od Ojca chrzestnego na pewno nie będzie. Będzie lepiej i oto pięć powodów dlaczego:

1. Bo to kobiety, a feminizm jest w modzie. To w dodatku polskie kobiety, rodzimej mafii, a nie żadne sycylijskie uchodźce, psia ich mać! (wiadomo, że lokalne produkty należy promować). Co jak co, ale my wolimy całować po rękach właśnie te kobiety niż jakiegoś tam dona w osobie Roberta De Niro lub Ala Pacino (tru story, ziom!).

Po jednym głębszym i zastanowieniu się, preferujemy także słowiańskiego, dobrze sprzedanego liścia od pań niż włoskie, intymne wyznania pokroju „wiem, że to byłeś ty (tu wstaw swoje imię)”, po których będziemy oglądać się za siebie do przedwczesnego końca życia.

Kobiety mafii są pikantnie doprawione.

2. Bo Kobiety mafii trwają jedynie dwie godziny piętnaście mine, ekhm, minut (kurwa, ile?!). A Ojciec chrzestny prawie trzy godfa… godziny. To oznacza, że oglądając Kobiety mafii, oszczędzamy aż trzy kwadranse naszego ograniczonego włoskimi kontaktami życia (pięć, jeśli liczyć reklamy w kinie – sześć, jeśli liczyć reklamy na Polsacie). Mało tego! Kobiety mafii nie mają też bagażu w postaci jeszcze dłuższych sequeli, więc możemy je – te kobiety znaczy – po prostu obejrzeć i resztę mieć w dupie (i tak już mamy).

3. Bo Kobiety mafii to polski film, więc żeby go obejrzeć, nie potrzebujemy napisów, lektora ani dubbingu czy innego tałatajstwa. Nie potrzebujemy też przesadnie wysokiego IQ, żeby go zrozumieć, bo film sam się chłonie. Jest jak szczecińska gąbka. A nawet lepiej, bo nic nie trzeba z niego wyciskać – samo leci (czyli jest jak krew z nosa, nie jak gąbka, debilu!).

4. Bo Kobiety mafii to historia z życia wzięta, dziejąca się tu i teraz, nad Wisłą, a więc to aktualna i ważna społecznie obserwacja (no, jak chuj po prostu). A Ojciec chrzestny to jakieś archaiczne, zagraniczne frazesy, oparte w dodatku o taką tam książeczkę – ni to fikcja, ni kronika – której przed premierą filmu oraz całym tym oscarowym szaleństwem nikt nawet w rękach nie trzymał. Wnioski wysuwają się same – są niczym szuflada (oj, już zamknij się, i ją!).

5. Bo Kobiety mafii – jak w sumie każdy inny film Vegi – są pikantnie doprawione. Jest jucha, padają „kurwy” i widać cycki, czyli od razu wiadomo, że to kino skierowane do dorosłego człowieka (no, ba!). I w dodatku kino gorzkie, nie pozostawiające złudzeń. A w takim wyizolo… widealizo… wizowa… romantycznym do przesady Ojcu chrzestnym to tylko trochę się strzelają, czasem przeklną coś pod nosem, a ruchać to w ogóle nie ruchają (tacy gangsterzy, że ja pierdolę!). Do kogo to ma być niby skierowane? Niepoważne, naprawdę…

No! Punkty te chyba dobitnie pokazują różnicę klas i jakości pomiędzy polskimi Kobietami mafii i amerykańskimi Ojcami chrzestnymi – na korzyść, ma się rozumieć, tych pierwszych. A to tylko wierzchołek góry lodowej…

PS Wszelkie nawiasowe dopiski przyp. Pat(ryj, kurwa!)

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane