Ranking / Zestawienie

NIE MÓC SIĘ OTRZĄSNĄĆ. Filmy, które wypruwają emocjonalnie

Autor: Szymon Pewiński
opublikowano

Emocje przeżywane podczas seansu nie zawsze muszą, i nie zawsze powinny, być przyjemne. Niekiedy twórcy każą nam patrzeć na ekran niczym naukowcy Aleksowi w Mechanicznej pomarańczy. Mimo wszystko patrzymy jednak z własnej woli. Bywa, że seans jest trudny, niemal nie do zniesienia, ale coś każe nam w tym filmowym świecie zostać. A gdy w końcu pojawiają się napisy końcowe, wiemy, że mimo emocjonalnego obciążenia stajemy się bogatsi i wiemy nieco więcej o sobie i ludzkiej naturze. Zapraszam w niezbyt przyjemne rejony kinematografii, a więc zestawienie filmów, po których człowiek nie może przestać się wewnętrznie trząść.

Oto kilkanaście tytułów, które z bardzo różnych powodów na zawsze odbierają spokój. Do części z nich wracam, choć raczej sporadycznie i przypadkowo. Pozostałe, obejrzane dawno temu, raczej staram się omijać.

Sceny z życia małżeńskiego

Żałuję, że nie zaczęliśmy się bić dawno temu. Tak byłoby łatwiej.

Zacznę od nazwiska reżysera, który na tej liście musiał się pojawić. Ingmar Bergman, czyli specjalista od wiercenia ludziom w głowach. Tytuły można mnożyć: Źródło, Goście wieczerzy Pańskiej, Jak w zwierciadle, Szepty i krzyki (o większości przeczytacie choćby tutaj). Na mnie największe wrażenie zrobiły  Sceny z życia małżeńskiego. Trzygodzinna (pierwotnie to niemal pięciogodzinny miniserial) wiwisekcja związku Marianne i Johanna. Przez lata oboje nakręcali spiralę wzajemnych uprzedzeń i mniejszych oraz większych krzywd. A może tak wygląda miłość w czasach dobrobytu, którą rujnuje proza codziennego życia? Bergman, który znów zaczerpnął pomysł na scenariusz z własnych doświadczeń, każe nam patrzeć w to lustro i nie daje odpowiedzi na pytanie, czy cokolwiek można naprawić. „Żałuję, że nie zaczęliśmy się bić dawno temu. Tak byłoby łatwiej” – stwierdza w pewnym momencie Johann.

Po latach Ingmar Bergman nakręcił jeszcze suplement do tej historii, telewizyjną Sarabandę. Już nie tak mocną, ale wciąż niepokojącą.

 Przełamując fale

Jeśli jesteśmy już w Skandynawii, to pojedźmy na chwilę do Danii. Przełamując fale to obraz, który otworzył Larsowi von Trierowi wrota do Hollywood oraz głów masowej publiczności. Nawet po latach od pierwszego (i jedynego) seansu trudno mi uwolnić się od pięknych obrazów rozpaczy i upokorzeń, jakie spadają na młodziutką, wrażliwą i oddaną mężowi Bess. To najlepszy film von Triera, piękne, przejmujące kino, do którego osobiście jednak nie chcę wracać.

 Dziwolągi

Po filmie Duńczyka, który powstał w roku 1996, cofnijmy się o ponad sześć dekad, a trafimy na Dziwolągi. Dramat? Film grozy? Po ponad ośmiu dekadach od premiery film Toda Browninga doskonale sprawdza się w obu tych gatunkach. Tytułowe Dziwolągi to członkowie trupy teatralnej: bliźniaczki syjamskie, karły, kobieta z brodą i kilkoro innych. Widzowie płacą, by się ich bać lub po prostu się z nich śmiać. Jedno i drugie pozostaje pokazem okrucieństwa. Do tego dochodzi – prosta w gruncie rzeczy – intryga z przerażającym finałem. Wiele w Dziwolągach scen dobitnie ukazujących społeczne podziały i traktowanie osób z niepełnosprawnością jako „takie nie wiadomo co”. Dziś może już tak nie szokują (na szczęście), ale łatwo wyobrazić sobie szok i skandal, jakie Dziwolągi wywołały 80 lat temu, stając się przy okazji inspiracją nawet dla typowo współczesnych seriali (American Horror Story: Freak Show).

Ostatnio dodane