Ranking / Zestawienie

DOM WARIATÓW I NIE TYLKO… Filmy o rodzinach warte obejrzenia

Autor: Karolina Dzieniszewska
opublikowano

Z rodziną podobno najlepiej wychodzi się na zdjęciach, jednak z taśmą filmową już tak łatwo nie jest. Filmowcy bywają bezwzględni wobec własnych biografii, cudzych życiorysów czy emocji widzów. A motyw rodziny to popisowy temat dla autorskich wariacji.

To będą filmy inspirujące i pytające o to, co znaczy funkcjonowanie w rodzinie i jakie ma konsekwencje…

Tematyczna i emocjonalna rozpiętość rodzinnych wątków jest tak szeroka, jak zestawianie ze sobą dwóch klasycznych przykładów, czyli Małej Miss i Festen – nakręcona w duchu amerykańskiego kina niezależnego kultowa pozycja typu feel good movie, a chropowaty, gęsty i mroczny film Thomasa Vinterberga, sygnowany znakiem Dogmy 95. Nie sposób wszystko zebrać, skatalogować i obejrzeć, zwłaszcza że rodzinne relacje są niejednokrotnie ledwie szkieletem zindywidualizowanych historii. Zarazem filmy o rodzinach to nie tylko familijne, niezobowiązujące tytuły na wspólny wieczór; wymykając się schematom, wątki wspólnego życia bywają kuszące dla tych, którzy lubią przyglądać się emocjom: od tych krytych głęboko w sobie, po te promieniujące na całe otoczenie.

Niby niegroźne domowe piekiełka (przeradzające się czasem w prywatne horrory), ale i wątki komediowe czy dramatyczne – oto kilka filmowych propozycji do zastanowienia się nad tym, co ich łączy, co dzieli, co sprawia, że odchodzą, wracają, wpadają na kilka dni, by samą swoją obecnością wywrócić dotychczasowy porządek o sto osiemdziesiąt stopni.

Walka żywiołów

Bernard jest uznanym pisarzem, obecnie wykładającym literaturę, któremu trudno pogodzić się z faktem, że jego żona odkrywa w sobie talent i wydaje książkę zbierającą zaskakująco pochlebne recenzje. Pisarska rywalizacja oraz rozstanie przeprowadzane pod pozorami zachowywania klasy tak naprawdę ewoluują w stronę wzajemnych przytyków i wyrzutów, w których mimowolnie uczestniczą synowie pary. Noah Baumbach obserwuje w swoim filmie bohaterów odnajdujących w postawach rodziców samych siebie – czy ich rozwód jest jednoznaczny z opowiedzeniem się po którejś ze stron? Czy aby od nowa ustawić rodzinne relacje, najpierw trzeba zadeklarować: czy jest się inteligentem (mającym zdanie o każdej nieprzeczytanej książce), czy filistrem (jednocześnie doprowadzając tę postawę do karykaturalnych granic)? Problemy z dorastaniem, pierwsze miłości i czerpanie z wiedzy rodziców doprowadza do serii gagów, o których niejeden psycholog opowiadałby z lubością. Reżyser równie niepoważnie tratuje dorosłych, jak i dzieci, bo nieważne, jak bardzo czują się lepsi – wszyscy są jednakowo bezradni wobec życiowych zmian. Zwłaszcza że o buncie świadczą nie szczeniackie zachowania, a zmiana myślenia o sobie oraz swojej roli w rodzinie.

Zwyczajni ludzie

Reżyserski debiut Roberta Redforda to kino, wobec którego nie można przejść obojętnie. Emocjonalny ładunek, jaki niesie ze sobą ten film, nie służy temu, by przewalcować nim po widzu. Jak mówi sam tytuł, Zwyczajni ludzie to tacy, którzy próbują wciąż na nowo, czasem po wielokroć. Śmiertelny wypadek, jakiemu ulega jeden z synów Calvina (Donald Sutherland) i Beth (Mary Tyler Moore), sprawia, że bardzo trudno jest im wrócić do normalności. Mimo że wszyscy udają, iż wciąż można żyć jak dawniej, to, co dzieje się z drugim z chłopaków, Conradem (Timothy Hutton), powoli działa niczym barometr wobec rodzinnych relacji. Redford jest szczery wobec ich drobnomieszczaństwa i prób zachowania pozorów, ale jednocześnie nikogo nie oskarża czy obwinia. Powaga sytuacji, wymagająca przechodzenia przez żałobę z udziałem psychiatry, służy mentalnemu odbudowywaniu domu. Chowane pod fasadą radzenia sobie uczucia stopniowo dochodzą do głosu, wymagając od bohaterów przepracowania wspólnej traumy, która w równym stopniu może ich podzielić, jak i połączyć. Reżyser unika taniego moralizowania, bo krążąc wokół tak wzniosłych pojęć jak kryzys rodziny czy ból po stracie kogoś bliskiego, jego film staje się afirmacją życia rozumianego jako odczuwanie; nawet jeśli te uczucia przerażają, bolą i biorą człowieka we władanie.

Happiness

Obraz Todda Solondza to jedna z tych dziwniejszych propozycji, bowiem wszystko, co pierwotnie wydaje się normalne czy wręcz nudne, ostatecznie staje się groteskowo powykrzywiane. Kilka przeplatanych ze sobą wątków zbiega się przy rodzinnym stole; wszyscy się znają i są ze sobą spokrewnieni, a do widza wreszcie dociera ponura świadomość tego, jak zabawni i tragiczni są bohaterowie próbujący utrzymać status quo, kiedy kawałek po kawałku wali im się świat. Reżyser zachowuje ten prześmiewczy dystans, jakby chciał powiedzieć, że to, z czym borykają się jego bohaterowie jest mniej straszne, niż im się wydaje. Jest to oczywiście nieprawdą, ale lepiej przyjąć jego konwencję, by w pełni móc cieszyć się tym z lekka kuriozalnym filmem o rodzinnych dysfunkcjach. Solondz po kolei demaskuje wszystkie oczekiwania i pragnienia swoich bohaterów – robiąca karierę Helen mierzy się z własną egzaltacją, pragnącą miłości Joy wszyscy spisali na straty, chełpiąca się swoją normalną rodziną Trish okazuje się żoną dewianta.

BONUS: Życie z wojną w tle

Reżyser wraca po latach do swoich bohaterów, nadając im twarze nowych aktorów. Upływający czas ponownie jest dobrą okazją, by każdego z nich postawić pod ścianą i odpytać z tego, co działo się dotychczas: kim jest i skąd pochodzi. Solondz charakteryzuje się w upodobaniu do dręczenia swoich postaci ciągłym definiowaniem i redefiniowaniem się na nowo, a jednak nie można odmówić jego dziełom uroku i siły działania. Każdy kolejny film można traktować jako suplement do poprzedniego, więc kolejność nie jest zobowiązująca: wszystkie (wraz z Witaj w domku dla lalek i Palindromami) tworzą wielką, rodzinną epopeję.

Ostatnio dodane