publicystyka filmowa

PREDATOR – łowca doskonały. 30 lat od premiery pierwszej części

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

You're one ugly motherfucker

John McTiernan zasługuje na ołtarzyk w domu każdego fana kina akcji. Jego Szklana pułapka zrewolucjonizowała cały gatunek, wyznaczając mu nowy kurs. Polowanie na czerwony październik Bohater ostatniej akcji dokładają swoje cegiełki do dorobku reżysera i pod wieloma względami stanowią wzór do naśladowania dla młodszych twórców. Predator jest jednak ważniejszy od każdego z tych filmów. Nie za sprawą samej (i tak wysokiej) jakości produkcji, ale dzięki wprowadzeniu postaci, która dziś uznawana jest za drugie najbardziej ikoniczne kosmiczne monstrum w historii kina (ksenomorf jednak jest niekwestionowanym liderem).

Koncept tajemniczego łowcy, który zakamuflowany śledzi i poluje na swoje ofiary dla czystego sportu, momentalnie rozpalił wyobraźnię widzów. Od czasu mającego premierę w 1987 roku Predatora morderczy obcy pojawił się w pięciu oficjalnych produkcjach, wielu grach i komiksach – praktycznie wszędzie. Tym samym na stałe dołączył on do elitarnego kanonu popkultury, gdzie zajął miejsce obok Terminatora, postaci z Gwiezdnych wojen oraz Star Treka, no i oczywiście Obcego, z którym niejednokrotnie przyszło mu walczyć. Dziś mija 30-lecie pierwszego Predatora, a to świetna okazja, żeby przelecieć przez dotychczasowe filmy serii (zatrzymując się na dłużej przy tym najważniejszym) i napisać parę słów o produkcji, która zawita do naszych kin w przyszłym roku.

Predator

Pomimo otwierającej film sceny ze statkiem kosmicznym cały pierwszy akt nie zwiastuje niczego wychodzącego poza ramy standardowego kina akcji. Mamy charyzmatycznego protagonistę (weteran Dutch, w którego wciela się jedyny w swoim rodzaju Arnold Schwarzenegger), grupę nieustraszonych wojaków i zwyczajną misję zakładającą odbicie zakładników. Zmartwieniem bohaterów nie jest jakieś pozaziemskie zagrożenie, a przyziemny konflikt człowieka z człowiekiem. Choć znalezienie oskórowanych zwłok budzi pewne podejrzenia, to winą zostają obarczeni powstańcy przetrzymujący zakładników. Po spektakularnym i krwawym rozprawieniu się z zastępami wrogów nie mamy wątpliwości, że prawdziwy przeciwnik wciąż jest gdzieś w dżungli. Bohaterowie nie mają pojęcia, że są obserwowani, ale my już wiemy, że są w niebezpieczeństwie.

Od tej chwili film akcji płynnie przechodzi w duszny thriller.

Nie widzimy tego, który za nimi podąża, ponieważ obserwujemy oddalających się żołnierzy przez jego oczy. To niesłychanie błyskotliwy zabieg, który pozwala ustanowić zagrożenie i podkręcić napięcie przy jednoczesnym utrzymaniu aury tajemnicy. Kolejny świetny moment ma miejsce, kiedy jeden z bohaterów (Indianin, a jakże) wiedziony przeczuciem wpatruje się w dżunglę, próbując dostrzec śledzącą ich osobę. Po chwili ujęcie przeskakuje na widok z oczu łowcy, który patrzy dokładnie na czujnego żołnierza. Kiedy jednak znów mamy okazję razem z nim szukać niebezpieczeństwa, nie widzimy nic poza bujną roślinnością. Napięcie rośnie i staje się wręcz nieznośne.

Można by było się spodziewać, że pierwsza konfrontacja ukaże nam agresora w pełnej krasie. Nic bardziej mylnego. Tajemnicza i na wpół niewidzialna istota momentalnie zabija jednego z członków oddziału i bierze ze sobą jego zwłoki. Śladem stwora podążają bohaterowie, w dalszym ciągu nie zdając sobie sprawy, z czym mają do czynienia. Kiedy jeden z nich zostaje trafiony energetycznym pociskiem przez łowcę, reszta oddziału otwiera ogień, desperacko strzelając do czego się da. Potwór oddala się, ale zostaje raniony. Kiedy schowany w koronach drzew opatruje swoje rany, mamy pierwszą okazję zobaczyć, jak on właściwie wygląda. Projekt Predatora zachwyca oryginalnością i pomysłowością. Stwór jest częściowo nagi – nosi tylko niezbędne elementy ubioru i wyposażenia, żeby być tak zwinnym, jak tylko się da. Jego dredy w zamyśle musiały wydawać się poronionym pomysłem, w rzeczywistości jednak dodają mu oryginalności i egzotycznego wyglądu. Fantastycznie brzmią także dziwaczne i niepokojące dźwięki, które wydaje. Największe wrażenie robi zaś maska zakrywająca jego twarz – odpowiednio złowieszcza i niepozwalająca dostrzec żadnych emocji i reakcji łowcy. Budzi to pewne skojarzenia z ksenomorfami, zawdzięczającymi dużą część swojej grozy temu, że nie mają oczu, w które moglibyśmy spojrzeć.

Po swoim ujawnieniu się Predator stopniowo porzuca subtelność i wykańcza bohaterów jednego po drugim. Pomimo swojej oczywistej przewagi wciąż pozostaje ostrożny i wykorzystuje strach i dezorientację ludzi przeciwko nim. Kiedy na ziemię pada protagonista, zaczynamy wątpić, czy ktokolwiek wyjdzie cało z tej masakry. To ważny moment dla głównego bohatera, który po raz pierwszy zostaje pokonany. Dotychczas jego siła i spryt czyniły go niezniszczalnym w walce z powstańcami, a i sam Predator nie zdołał wcześniej go dorwać. W desperackiej próbie ocalenia pochwyconej wcześniej kobiety Dutch ściąga na siebie uwagę łowcy, który trafia go pociskiem. Po kultowym „Get to the chopper!” nasz bohater nieludzkim wysiłkiem wstaje i ucieka oprawcy, by chwilę później, po wygrzebaniu się z rzeki, wreszcie zobaczyć go w pełnej krasie. Zabójca nie potrafi jednak dostrzec swojej ofiary, ponieważ jego wzrok reaguje na ciepło, a Dutch jest w całości pokryty maskującym go mułem. Mam wrażenie, że ta sytuacja nieco uczłowiecza protagonistę, gdyż tym razem udaje mu się przeżyć wyłącznie dzięki łutowi szczęścia – gdyby Predator widział świat tak jak my, to bez większego problemu zlokalizowałby swoją ofiarę. Miło, kiedy bohater pomimo swoich kompetencji czasem przegrywa i jest zdany na łaskę losu. Dzięki temu łatwiej w niego uwierzyć.

Ostatnio dodane