Recenzje

Powidoki miesiąca #1 – styczeń 2017

Po prostu najlepsze, co się widziało w danym miesiącu.

Autor: REDAKCJA
opublikowano

Za nami Złote Kraby. Przed nami polane złotem Oscary (nie mające jednak do Krabów startu!). A my podsumowujemy. Ale nie rok, dekadę czy wiek, ale miesiąc. I nie rozliczamy się z premierami, lecz… ze wszystkim, co udało nam się obejrzeć przez ostatnie trzydzieści jeden dni. Nieważne, czy było to oklaskiwane La La Land, kultowy staroć epoki VHS-u, piątek z Polsatem i setką wódki, reklamówka samochodu czy roznegliżowana, samotna sąsiadka z bloku naprzeciwko (ach, amore mio!) – liczy się tylko jakość danego widowiska, które zapadło nam w pamięć, składając się tym samym na nasz prywatny „powidok” danego miesiąca. Bez spiny, gromkopierdności, oglądania się na trendy i bez wymyślnych, recenzenckich frazesów. Szybkie i proste, maksymalnie dwu-, trzyzdaniowe polecajki, które jednych być może przekonają do sięgnięcia po jakieś dzieło (lub zainwestowania w lornetkę), a dla innych stanowić mogą ratunek w razie ataku nudy. Ot, taka krótka, cykliczna piłka z kategorii „najlepsze, co widzieliśmy w tym miesiącu”. Bierzcie i czerpcie z tego wszyscy.

Jarosław Kowal

W styczniu przede wszystkim zmierzyłem się z dwoma zjawiskami, o których istnieniu wiedziałem od dawna, ale zgłębienie ich nieustannie odkładałem. Pierwszym są dwie finalne części Uniwersalnego żołnierza wyreżyserowane przez Johna Hyamsa, drugim meksykańskie luchador films.

Oglądałem Uniwersalnego żołnierza dziesiątki razy. Nie dlatego, że jest aż tak dobry, ale dlatego, że i na niego, i na Van Damme’a na początku lat dziewięćdziesiątych był ogromny hype. Pamiętam, że w lokalnej wypożyczalni kaset wideo musiałem zapisać się w kolejce i dopiero po kilku tygodniach taśma trafiła do mojego odtwarzacza, a później z sentymentem powracałem do filmu Emmericha niemal za każdym razem, gdy emitowano go w telewizji. Dwie kolejne części – z Mattem Battaglią w roli głównej – nie powinny istnieć, w 1999 roku powrócił natomiast Van Damme. Nie dało się znieść tej niskobudżetowej szmiry i wydawało się, że jedynym słusznym rozwiązaniem będzie pochowanie serii raz na zawsze. Wtedy, dekadę później, wkroczył John Hyams.

Regeneracja z 2009 roku wskrzesiła Uniwersalnego żołnierza w imponującym stylu, nadając mu bardzo chłodne, niepokojące oblicze. Dzień odrodzenia z 2012 roku poszedł nawet o krok dalej i zawiera wiele elementów, które wprost nawiązują do kina grozy. Van Damme w drugim z tych obrazów nie pojawia się niemal w ogóle, a jednak film na tym nie traci. Luc Deveraux jako widmowa, niejednoznacznie negatywna lub pozytywna postać przez niemal całe dwie godziny wzbudza intensywny niepokój, a przy okazji okazuje się, że Scott Adkins potrafi nie tylko kopać, ale również grać. Tym, co najbardziej wyróżnia filmy Hyamsa, są jednak sceny walk wręcz. Obrzydliwy trend chaotycznych cięć, dużych zbliżeń i trzęsących się kamer sprawił, że nawet Liam Neeson może uchodzić za mistrza sztuk walki (nikt nie wyrządził kinu akcji tyle krzywdy, co twórcy Uprowadzonej). W dwóch ostatnich Uniwersalnych żołnierzach otrzymujemy natomiast imponujące choreografie i rewelacyjne popisy umiejętności aktorów. Scena walki pomiędzy Adkinsem a Andreiem Arlovskim w sklepie sportowym jest majstersztykiem, z którego całe Hollywood powinno czerpać pełnymi garściami.

W filmach o luchadorach spektakularnych walk nie ma, jest natomiast tak duża dawka absurdu, że dla wielbiciela filmu klasy Z każdy z tych obrazów musi stać się natychmiastowym klasykiem. Najbardziej znaną postacią w tym światku jest Santo, zapaśnik, który według legend nawet spał w swojej srebrnej masce, a publicznie pokazał się bez niej tylko jeden raz – dziesięć dni przed śmiercią. W styczniu obejrzałem kilka z ponad pięćdziesięciu filmów, w jakich zagrał i zdecydowanie najciekawiej wypadają te późniejsze.

Pierwszy, Santo kontra Zły Mózg z 1961 roku, to prosta historia o tajnym agencie policji, który w biały dzień przemierza miasto z nagim torsem i maską na twarzy. Każda minuta filmu jest kiczem totalnym, brakuje jednak nieco żwawszej akcji. Dziełem znacznie bardziej rozrywkowym jest stworzone dziesięć lat później Santo i zemsta Mumii, ale swoista „biblia” gatunku to Mistrzowie sprawiedliwości, w których pierwsze skrzypce gra rywal Santo – Blue Demon. Jeżeli chcecie zobaczyć luchadorów rzucających zamaskowanymi karłami w rytm szalonej, jazzowej muzyki, to tylko ta jedna produkcja może zaspokoić wasze chore marzenia.

Karolina Chymkowska

  • Na pierwszym miejscu Elle, najlepsze, co miałam okazję oglądać w minionym miesiącu. Odważne, bezkompromisowe kino z odważną, bezkompromisową i rewelacyjnie zagraną przez Isabelle Huppert bohaterką, której nikt nie miałby prawa nazwać ofiarą przemocy, ponieważ sama tak zdecydowała.
  • Split, który utwierdził mnie w przekonaniu, że jednak Shyamalan wypłynął na czyste wody. Plus znakomity James McAvoy.
  • Styczeń przyniósł mi też seans Ciała i krwi, obejrzane z wielką przyjemnością po latach, jak również okolicznościowy maraton z Miasteczkiem Twin Peaks, którego kontynuacji doczekać się już nie mogę.

Jacek Lubiński

  • Postrzelony detektyw Johnniego To – jedna z miłych niespodzianek początku roku (choć film na karku lat ma już dziesięć). Zwariowany, pełen pozytywnej energii i nieprzewidywalny thriller z Hong Kongu jest jednym z dowodów na to, że w kinie wciąż jest miejsce na oryginalność i nieszablonowe rozwiązania.
  • Papierowy bohater z Jeffem Danielsem, Emmą Stone, Kieranem Culkinem i Lisą Kudrow jest pod wieloma względami typowym przedstawicielem amerykańskiego kina niezależnego (czyt. małomiasteczkowe rozkminy nieszczęśliwych ludzi opowiedziane za pięćset dolarów). Niemniej to film niezwykle sympatyczny, który warto obejrzeć chociażby dla Ryana Reynoldsa wcielającego się tutaj w fikcyjnego superbohatera. Banan na twarzy gwarantowany.
  • Split – dla fanów M. Nighta pozycja obowiązkowa, z zakończeniem będącym niejako mokrym snem miłośników jego najbardziej owocnych lat twórczości. Poza tym to nad wyraz dobre kino grozy i prawdziwe tour de force Jamesa McAvoya. Warto.
  • Sekret księgi z Kells – absolutnie fenomenalna animacja, która zjada na śniadanie większość repertuaru Disneya. Jest też od niego zdecydowanie mądrzejsza, choć opowiedziana zdecydowanie prostszymi środkami, prymitywniejszą kreską. Piękny film, który skrada serce widza od pierwszych kadrów.
  • The Kettering Incident – intrygujący, klimatyczny serial z Antypodów, który przemknął przez świat trochę niezauważony i nie wiadomo, czy doczeka się kolejnego sezonu. Byłoby fajnie, bo to niezła mieszanka Miasteczka Twin Peaks, Z archiwum X oraz odrobiny historii i folkloru Tasmanii. I w dodatku stymuluje do snucia teorii spiskowych…

Radosław Pisula

  • Klasa 1984 – „Take a look at my face, I am the future”. Mechaniczna pomarańcza epoki Reagana – wygląda nadal wspaniale (zjawiskowy przesyt graffiti), a za głównego bohatera – wyniszczonego do granic nauczyciela, trzymającego się zębami resztek godności, zaszczutego przez zwyrodnialców – trzyma się tutaj kciuki do krwi. Duchowy spadkobierca Wojowników Hilla, ale bez romantyzowania gangów – za to z dokręconą śrubą przemocy.
  • Klasa 1999 – terminator uczy matematyki, czyli szkoła jako wojna – dosłownie. Kontynuacja Klasy 1984 i ostatnia wielka narracja lat osiemdziesiątych, zjawiskowo destylująca ich kuriozalność. Odwrócenie ról z oryginału, mordercze androidy, Pam Grier. Niesamowicie smakowity seans.
  • Wielkie nadzieje (1946) – wizualna perfekcja, David Lean ma nieludzkie wyczucie kompozycji. Co w połączeniu z prozą Dickensa daje świetne kino, starzejące się z gracją. Szkoda tylko, że John Mills to najstarszy młodzian świata.
  • David Bowie Is Happening Now – znakomicie zmontowana, kipiąca od informacji i muzyki wycieczka po wystawie wielu żyć Bowiego.
  • Starred Up – miłość w czasach agresji. David McKenzie (reżyser nominowanego w tym roku do Oscara Aż do piekła) potrafi opowiadać o ludziach zakopanych w syfie – tym razem przez pryzmat siedliska wynaturzenia, jakim jest więzienie. Ben Mendelsohn udowadnia wielkimi krokami, że już za rogiem czai się jego naprawdę wybitna rola, a Jack O’Connell nie ustępuje mu tutaj w żaden sposób. Konkretna wiwisekcja ojcowsko-synowskiej relacji.
  • Draka w BronksieKsiążę w Nowym Jorku na amfetaminie.
  • Fences – wymagający skupienia, zagrany nieziemsko, dopakowany rwącą rzeką porażających dialogów. Niezwykle złożona postać Washingtona. Hipnotyzujący seans, wielki teatr.

Berenika Kochan

  • Styczeń zaczął się dla mnie perełką w postaci American Honey. Jaki to świetny, świeży film! Wbrew wszystkiemu radosny, wolny. I od Shii LaBeoufa wzroku nie można oderwać, czaruje.
  • Toni Erdmann tak wielkiego wrażenia na mnie nie zrobił, znużył nieco powolną dynamiką. Niemniej jednak jest to film mądry, przemyślany, a pod koniec zaskakujący. Na plus.
  • Ukryte działania – powtórzę za recenzją: to dobrze wydana broszura informacyjna, bez emocji.
  • Umrika – lubię kino zagraniczne (inne niż polskie i amerykańskie). Ten hinduski film oceniam raczej słabo, oglądałam do końca ze względu na wgląd w kulturę.
  • Mężczyzna imieniem Ove – o nim też pisałam, ubawił mnie serdecznie. To lekki film z ciężkim motywem głównym.
  • Fences – oj, solidny seans. Denzel Washington zrobił podwójną robotę, zostawiając mnie w wielkiej konsternacji, jak ocenić jego bohatera.

Krzysztof Walecki

  • Dwie świetne kinowe premiery czyli Split i Elle – bardzo różne od siebie thrillery, z których wyszedłem w wyjątkowo dobrym nastroju. W tym pierwszym Shyamalan bawi się oczekiwaniami widza, pięknie wprowadzając nas w błąd w finale (choć można też uznać, że z błędu nas wyprowadza). Plus James McAvoy w przełomowej roli. W Elle natomiast z fascynacją obserwujemy główną bohaterkę, która zachowuje się wbrew naszym oczekiwaniom. Aż trudno oderwać wzrok od Isabelle Huppert w tej roli.
  • Netflix dał nam nowy serial OA – dobra rzecz. Zal Batmanglij i Brit Marling nakręcili wcześniej niskobudżetowy Dźwięk mojego głosu, a teraz niejako poszerzają spektrum tamtego pomysłu. Satysfakcja spora, choć niepozbawiona momentów irytacji.
  • Dosyć nieoczekiwany seans dokumentu Hanny Polak Nadejdą lepsze czasy. Wstrząsający obraz wysypiska tuż pod Moskwą oraz dzieje dziewczynki, której przyszło dojrzewać w tym miejscu, a w tle obraz Rosji Władimira Putina.
  • Powtórkowo Scott Pilgrim vs świat oraz japoński Krąg – nadal robią wrażenie.

Mariusz Czernic

  • Piękny i zły (1952) – powszechnie uważa się, że Oscar ’53 przyznany Największemu widowisku świata De Mille’a to największa porażka Akademii Filmowej. Jeszcze większą jest brak nominacji w kategorii najlepszy film dla obrazu Minnellego Piękny i zły. To doskonały przykład solidnego rzemiosła filmowego, a jednocześnie inspirująca wycieczka za kulisami Hollywood.
  • Czterdzieści rewolwerów (1957), czyli baba i czterdziestu rozbójników. Mroczna baśń o kobiecie z batem, którą próbuje poskromić były rewolwerowiec. Zaskakująco dużo tu wspaniałych, malowniczych scen, które straciłyby swoją siłę wyrazu, gdyby je nakręcono w kolorze. Za kamerą hollywoodzki maverick Sam Fuller.
  • Krwawa mamuśka (1970) – Roger Corman w dobrej formie. Shelley Winters również. Kino gangsterskie o tym, co było też tematem Ojca chrzestnego – rodzina jest najważniejsza i brat z krwią na rękach wciąż pozostaje twoim bratem. Aż do śmierci.
  • Biały pies (1982) – ponownie Sam Fuller, znacznie starszy, lecz wciąż solidny i wymykający się gatunkowym schematom. Biały pies to nie tylko owczarek niemiecki koloru białego. To niebezpieczne zjawisko. Ukryty rasizm – skoro nie możesz bezkarnie zabijać Murzynów, naucz psa, by zrobił to za ciebie.

Rafał Oświeciński

  • Młody papież – błyskotliwy, wymagający i przewrotny serial. Dowód na to, że Paolo Sorrentino to jeden z największych geniuszy współczesnego kina, bo ta produkcja HBO wyreżyserowana i napisana jest niezwykle smakowicie, oryginalnie, zaskakująco. Wielka rola Jude’a Law! 9+ /10
  • La La Land – wbrew pozorom to zdecydowanie coś więcej niż hołd złożony klasycznym musicalom. Bajkowość pomieszana z życiową goryczą w przepięknie wyreżyserowanym widowisku z boską Emmą Stone. Soundtrack nie wychodzi z głowy od tygodni. 9/10 (na razie, tendencja zwyżkowa)
  • Północ, północny zachód – znakomity thriller Hitchcocka, a przede wszystkim kipiąca od seksualnych emocji rozmowa w pociągu, między Carym Grantem a Eve Mary Saint. Zaskakująco jednoznaczna jak na tak pruderyjne czasy. 9/10
  • Star Trek Beyond – lepszy niż dwójka, nie tak zaskakujący jak jedynka. Przyjemny blockbuster, po którym nic, absolutnie nic w głowie nie zostaje. Dysonans poznawczy jest ewidentny – lubię takie filmy, ale jednocześnie nie chciałbym takich oglądać. 5/10
  • iBoy – premiera z Netflixa nie jest tak zła, jak jej opis (koleś zdobywa supermoce, bo mu smartfon wbija się do głowy). Coś jak jeden ze słabszych odcinków Black Mirror, w klimacie Skins i Misfits. 5/10

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane