Już w listopadzie Andrzej Wajda rozpoczyna zdjęcia do ?My, naród polski?.
Lech Wałęsa to postać niezmiernie ciekawa – cóż za banał! sorry – ale niezmiernie też intrygująca pod względem filmowym właśnie, z powodu wielu skrajności (czyli oceny tego co robił, jak i z kim) i niesamowitego tła historycznego, społecznego i politycznego. Tak naprawdę i wcale nie przesadzając ?film o Wałęsie? może być dziełem wybitnym. Może. 

MOŻE. O ile twórcom starczy odwagi do pokazania dychotomii tej postaci, kontrowersji wokół niej narosłych. Jeśli obok faktów głośnych, znanych i docenianych (powodujących wzruszenie) będą postawione fakty skrywane, odepchnięte w niepamięć, kontrowersyjne (powodujące wzburzenie, dyskusję) – będzie doskonale.
Kłopot tylko w tym, że prawdopodobnie tak nie będzie. Już sam tytuł roboczy (?My, naród polski?) sugeruje nachalny wallenrodyzm z pieśnią patriotyczną na ustach i z maryjką w klapie. Oczywiście tak siebie postrzega sam Lech Wałęsa i jest to raczej dowód na świadomość własnej roli w kreowaniu historii niż przesadnej, niczym nieuzasadnionej gigantomanii. Tutaj trzeba oddać szacunek człowiekowi, takoż w tym miejscu czynię. Jednak film to inna bajka, której zadaniem jest nie snucie ładnych opowieści o wspaniałych ludziach, bo śmierdzi to rasowym kiczem, a pokazanie ostrych kantów historii, człowieka w rozkroku, często słabego, przegrywającego, ale też wygrywającego, wznoszącego ręce w geście tryumfu. Tego bym sobie życzył i na to zasługuje Wałęsa, bo tylko taki wizerunek pełen odcieni szarości – nomen omen – go wybieli.  
Wajda mówi:
? Na razie mamy ideę, scenariusz i wiemy, że chcemy opowiedzieć o Lechu jako naszym bohaterze narodowym, który jest naszą niezbywalną wartością. I niezbywalną osobowością, bo kto mógł przypuszczać, że nagle robotnik (…) nagle wyjdzie na prowadzenie (…) i stanie się przywódcą. A to jest najwspanialsze.
Brzmi to co najmniej okropnie, ale cóż, pozostaje mieć nadzieję, że będzie lepiej, odważniej. Nie wiem tylko, czy Andrzeja Wajdę stać na śmiałe, ofensywne kino. Zdaje się być już raczej spolegliwym autorem, który podejmuje ważkie tematy, acz opakowane w formę tradycyjną. Nie mówiąc już o treści, która jest podawana w sposób szlachetny, adekwatny do podjętego tematu, mający wzbudzić poklask i przychylność władz, jakiekolwiek by one nie były.
Nie uświadczymy uderzenia w twarz historią. Nie wznieci to polemik, dyskusji, a w ich miejsce pojawią się szyderstwa i okopywanie się w dawno wykopanym, tradycyjnym elektoracie prowałęsowskim i antywałęsowskim. Szkoda na to i Wałęsy, i Wajdy, i niezwykle filmowej historii w tle.
Scenariusz napisał Janusz Głowacki – i jest to pierwszy od 42-lat wspólny projekt autora świetnej ?Good night, dżerzi? z Wajdą (ostatnio w 1969 stworzyli wspólnie ?Polowanie na muchy?). W roli głównej albo Szyc, albo Więckiewicz. Który lepszy? Nie mam pojęcia. To najmodniejsi obecnie polscy aktorzy, więc ich facjaty zwabią do kin, tym bardziej, że obaj są gwarantem dobrego, aktorskiego rzemiosła.
  Niby czekam, choć nie wiem, czy warto.