publicystyka filmowa

POLSKIE WESTERNY. Szlakiem bezprawia – od Bieszczadów po Teksas

Autor: Mariusz Czernic
opublikowano

Nawet jeśli będziemy uparcie próbowali odkryć zakurzone perły polskiego kina, to okaże się, że Polacy nigdy nie umieli grać w kino gatunkowe. Amerykanie, Francuzi, Włosi, nawet Niemcy mieli własne nurty gatunkowe, a nasze kino było przede wszystkim odzwierciedleniem rzeczywistości. Polska Szkoła Filmowa czy Kino Moralnego Niepokoju niewiele miały wspólnego z gatunkowością. Osobną kategorią są polskie komedie, których zadaniem – podobnie jak dramatów – było obnażanie absurdów codzienności. Dwa przeciwstawne bieguny, dramat i komedia, występują niemal w każdej kulturze, ale takie gatunki jak science fiction, horror czy western, to już produkty unikatowe na (środkowo)europejskim rynku.

W rozwoju polskiego kina gatunkowego nie pomagali na pewno krytycy, którzy zwykle negatywnie oceniali produkcje stworzone zgodnie z jakimś gatunkowym schematem. Powstało przekonanie, że takie kino jest złe, banalne, pozbawione wartości. Nic więc dziwnego, że mało było chętnych, by podjąć to wyzwanie. Ale tacy aktorzy jak Barbara Brylska i Leon Niemczyk nie bali się takiego kina i wystąpili w NRD-owskich westernach. Brylska w Na tropie Sokoła (1968) i Białych wilkach (1969), Niemczyk w Apaczach (1973) i Wodzu Indian Tecumsehu (1972). W tym ostatnim można też zobaczyć znanego z Krzyżaków Mieczysława Kalenika. Jednak miano polskiego Lee Van Cleefa najbardziej pasuje do Wiesława Gołasa – wystąpił w aż pięciu filmach, które trafiły do niniejszego zestawienia. Wcielał się zarówno w pozytywnych bohaterów, jak i bezwzględnych łotrów. Drugim „specjalistą” od ról w nadwiślańskich westernach był Ryszard Pietruski, który także pojawił się w pięciu filmach tego gatunku, ale na dalszym planie.

Oto chronologiczna lista polskich filmów, które korzystają z westernowych wzorców. Nie zamierzałem jednak wyczerpywać tematu, więc pominąłem animacje oraz filmy zrealizowane po 2000 roku.

Rancho Texas (1958), reż. Wadim Berestowski

Gdzieś tam aż na krańcach Ameryki
leży dziki zachód, zachód dziki.
Po dzikim zachodzie, prerią, lasem,
jedzie dziki kowboj, macha lassem…

Film powstał z fascynacji amerykańskimi westernami i to raczej tymi najbardziej infantylnymi – o śpiewających kowbojach, których grali Gene Autry, Roy Rogers, Tex Ritter. Rozpoczyna się od sceny, w której młodzi bohaterowie przepędzają bydło, potem obserwujemy między innymi ujeżdżanie narowistego wierzchowca, a w zakończeniu obecny jest pojedynek między protagonistą a łajdakiem. Mimo iż akcja toczy się w Bieszczadach, czuje się klimat Dzikiego Zachodu. Główny bohater grany przez Bogusza Bilewskiego to osobnik gburowaty i cyniczny, szukający przygody, ale z czasem nabierający więcej pokory. Z kolei Wiesław Gołas wcielił się w postać prawdziwego łajdaka i jego charakter został zarysowany twardo, bez żadnych niedopowiedzeń. Brutalnie bije kobietę, nie waha się również zastrzelić psa. Nasz kowboj, mimo pozornego niedopasowania, jawi się jako ten sprawiedliwy, który jest w stanie go pokonać, zdobyć jego dziewczynę i zaprowadzić porządek.

Rancho Texas nie zostało zbyt dobrze przyjęte przez krytykę i nie ma się czemu dziwić, bo bardzo daleko mu nawet do amerykańskich westernów klasy B, które kręcił R.G. Springsteen (Król dzikich mustangów, Taggart). Daleko mu nawet do odcinków amerykańskich seriali (takich jak Bonanza). Ale jest w nim jednak pewien urok. Niewątpliwym atutem jest duża część akcji w plenerze. Najlepiej jednak to dzieło sprawdza się jako ciekawostka, bo istotnie jest to pierwszy polski western i powstał jeszcze zanim popularność uzyskały włoskie i niemieckie filmy o Dzikim Zachodzie. Współautorem scenariusza był Józef Hen, który potem niejednokrotnie wracał do westernowych konwencji (Prawo i pięść, Komedia z pomyłek).

Prawo i pięść (1964), reż. Jerzy Hoffman i Edward Skórzewski

Komu być posłusznym: regułom prawa czy regułom wojny?

„Bez zdolnych ludzi można się obejść, potrzebni są tylko posłuszni”. Główny bohater tego filmu staje przed dylematem – komu być posłusznym: regułom prawa czy regułom wojny. Grupa sześciu ochotników otrzymuje zadanie, by zabezpieczyć mienie w opuszczonym miasteczku. Scenarzysta Józef Hen oparł swój tekst o własną powieść pod tytułem Toast, w której wzorce amerykańskiego westernu przeniósł w realia zachodniej Polski tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej. Twórcy filmu zmienili tytuł w taki sposób, by skojarzenie z westernem było jeszcze bardziej oczywiste. Na pierwszym planie mamy wyczerpanego, przygarbionego faceta, chodzącego w podartych spodniach. Nazywa się Andrzej Koenig (Gustaw Holoubek), pragnie żyć w spokoju i pracować uczciwie. Na przeszkodzie staje grupa szabrowników, pragnących odkuć się za ciężkie lata wojny. Z wykształcenia jest pedagogiem, więc najpierw rzuca moralizatorskie teksty w stylu: „Pan Bóg zapamięta, kto się oparł, a kto poszedł za głosem Zła”. Rzecz jasna takie metody nie mogą zadziałać, więc w ruch idzie machina pięści i rewolweru.

Nadrzędnym atutem dzieła jest galeria zróżnicowanych postaci na drugim planie: „doktor” o zdolnościach przywódczych (Jerzy Przybylski), zabójca w czarnych rękawiczkach (Ryszard Pietruski), chuligan o skłonności do alkoholu (Wiesław Gołas) i żałosny grajek z obozową przeszłością (Zdzisław Maklakiewicz). Wizualnie nie jest to atrakcyjne widowisko, szczególnie że jedna walka na pięści rozgrywa się w ciemnej piwnicy. Ale muzycznie jest całkiem nieźle. Kilka przedwojennych piosenek plus oryginalna ballada Agnieszki Osieckiej i Krzysztofa Komedy Nim wstanie dzień (w wykonaniu Edmunda Fettinga) wprowadzają w odpowiedni nastrój. Realizatorom udało się stworzyć całkiem przekonującą, pełną niepokoju i nostalgii, opowieść o samotności i spustoszeniu, jakie wojna niesie nie tylko w miastach, lecz także w ludzkich umysłach. Mimo kilku wad (takich jak niedoświetlony obraz czy choćby niewykorzystana postać Ewy Wiśniewskiej) film wciąż pozostaje najlepszym polskim westernem.

Człowiek, który zdemoralizował Hadleyburg (1967), reż. Jerzy Zarzycki

Telewizyjna adaptacja noweli Marka Twaina, dokonana przez Zdzisława Skowrońskiego (scenarzysta) i Jerzego Zarzyckiego (reżyser), różni się od poprzednich tytułów stroną wizualną. I nie chodzi tu wyłącznie o to, że film został zrealizowany w kolorze, ale głównie o to, że pod względem scenografii i kostiumów przypomina amerykański western. Okazuje się jednak komedią bardzo celnie trafiającą w przywary małej świętoszkowatej społeczności, gdzie rządzą ksenofobia, chciwość i zakłamanie. Leon Niemczyk zagrał postać Nieznajomego, który za pomocą prostej intrygi obnaża wady szanowanych obywateli miasteczka, dowodząc iż za fasadą pięknej, kolorowej rzeczywistości kryją się nieprzyjemne fakty. Ludzie, których cechuje duma okazują się pozbawieni honoru. W obsadzie wielu świetnych aktorów (m.in. Bronisław Pawlik), a całość okazuje się sympatyczną ramotką. Film Zarzyckiego nie jest ani pierwszą ani ostatnią adaptacją The Man That Corrupted Hadleyburg (1899) Marka Twaina. Wcześniej powstał film telewizyjny Waltera Graumana z 1957 włączony do antologii Matinee Theatre, potem – w 1963 – była jeszcze przeróbka węgierska, a siedemnaście lat później film Ralpha Rosenbluma z Robertem Prestonem w roli Nieznajomego.

Ostatnio dodane