VHS

PLAZMA / THE BLOB [VHS nie do zdarcia]

Autor: Radosław Buczkowski
opublikowano

W latach 80. czwórka reżyserów, zapewne skacząc po kanałach kablówki gdzieś w środku nocy (ta słynna hollywoodzko-kolumbijska bezsenność), wpadła na pomysł wyreżyserowania remake’ów klasycznych już wtedy B-klasowców, pamiętających atomowo-zimnowojenną erę prezydentów Trumana i Eisenhowera. Dwa z nich, Coś Carpentera i Mucha Cronenberga to dziś prawdziwe perły wśród dreszczowców science fiction i nie mam w swoim słowniku wystarczającego zasobu słów („They should have sent a poet”), aby opisać geniusz i kaliber kina, z jakim mamy w tych dwóch przypadkach do czynienia.

Przy okazji, z cyklu prawdziwe historie domu Buczkowskich: Waldemar zabrał Alicję (moi rodzice, ich imiona brzmią jak nazwa duetu disco-polo, prawda?) na rocznicowy wypad do kina na Muchę właśnie, a ich pierwszym kinowym rendez-vous była Walka o ogień. Co tu dużo mówić, Waldek to jednak wiedział, jak podczas randki obudzić w kobiecie pierwotne, prawdziwie zwierzęce żądze.

THE BLOB, from left: Kevin Dillon, Shawnee Smith, 1988. ©Tri-Star

Następny z listy są Najeźdźcy z Marsa od Tobe Hoopera, wyróżniający się tylko efektami specjalnymi spod ręki, jak zawsze niezawodnego, Stana Winstona. Film, będący raczej  średnio udaną kalką produkcji z lat 50., który zamiast posiłkować się  pomysłami oryginału, kreatywnie je rozbudowując i bawiąc się oczekiwaniami widzów, leniwie je kopiuje punkt po punkcie i nic więcej. Przy okazji Hoopera, facet jest idealnym przykładem reżysera, który skończył się na „Kill ‘Em All”, w tym przypadku dowcip nawet pasuje, zwłaszcza gdy mowa o Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną – dobry byłby z tego tagline. Przy czym trzeba Hopperowi oddać, że facet miał przebłyski geniuszu podczas pracy przy Poltergeiście (choć trudno dziś powiedzieć, ile w tym zasługi Spielberga), a także mocno niedocenionej Sile witalnej.

Ostatnim tytułem, zostawionym na deser, jest (nomen omen) historia rosnącego w postępie geometrycznym kosmicznego kisielu, który rozlewa się po małej mieścinie gdzieś w Californii i trawi wszystko, co znajdzie się w jego zasięgu. Choć szybki bobik jesteś, to ten żarłoczny, żelatynowy T-1000 i tak cię dopadnie.

Film to dosyć specyficzny, bo siedzący okrakiem pomiędzy tym, co zaprezentowali Cronenberg i Carpenter w swoich filmach, a zakalcem Hoopera.

Jednym z głównych problemów jest zbyt bliskie trzymanie się szkieletu fabularnego oryginalnego filmu, a także brak ciężaru gatunkowego, jakiego wymagałaby tematyka. Chuck Russell i Frank Darabont (tak, z tych Darabontów) po wspólnym sukcesie trzeciej części sennych wojaży Freddy’ego Kruegera stwierdzili pewnie, że nakręcenie nietypowego straszaka dla nastolatków będzie idealnym rozwiązaniem. Piszę nietypowego, bo obaj panowie nie poszli zwyczajnie za modą lat 80. na MTV horror, ale pobawili się ideą nastoletniego dreszczowca, wytykając paluchem hipokryzję purytańskiej Ameryki (ekranowe flaki vs łoniaki), a także obśmiali  filmowe klisze, chociażby poprzez oglądany przez bohaterów slasher Garden Tool Massacre lub scenę ataku Bloba na licealistę erotomana.

gardentool1

Przy czym cały czas się zastanawiam, jak dobry mógłby to być film, gdyby za kamerą stał na przykład Cronenberg… Zaledwie miesiąc temu oglądałem Muchę jako walentynkowy film ze swoją panią („Like father, like son” kradnąc tagline z sequela Muchy) i znowu nokaut. Zabawa ideą teleportacji i genialne efekty specjalne są tylko dodatkiem, tutaj liczy się historia stopniowo popadającego w szaleństwo naukowca, tego umierającego młodego boga, próbującego przeciwdziałać degradacji własnego ciała i umysłu, walczącego o uratowanie swojego człowieczeństwa. Człowiek, jego emocje i obawy, słabości fizyczne i psychiczne, technologia, akceptacja własnej śmiertelności, nad którą unosi się smród rozkładu ludzkiej tkanki mógłbym tak długo. Chodzi mi o to, że reżyser zabrał się za durny, wydawałoby się, pomysł, i nie biorąc jeńców, wycisnął z niego ostatnie soki, aby niczym tytułowa mucha roztopić i przetrawić mi substancję szarą podczas seansu.

No ale ok, nie ma co płakać, bo Plazma to nadal solidny i fajny w swojej prostocie film.

Cała zabawa w małomiasteczkowy horror zaczyna się, gdy bezdomny zbieracz puszek zostaje zaatakowany przez blob podczas rekonesansu miejsca uderzenia meteorytu, a wszystko dlatego, że używa jednego z najstarszych urządzeń pomiarowo-badawczych wynalezionych jeszcze przez pierwszych naczelnych, mianowicie kawałka drągala. Tak, klasyczny stick poking, który Amerykanie opanowali do perfekcji, a który nie tylko ma miejsce w całej masie horrorów, ale jest także jednym z ulubionych zajęć znudzonych mieszkańców jankeskiego redneckowa chcesz sprawdzić, czy goniący cię z maczetą psychol jest martwy, albo czy kosmiczne ustrojstwo, które spadło z nieba, jest niegroźne? Poke it with a stick… a teraz lepiej uciekaj, bo jesteśmy dopiero na piętnastej minucie filmu i coś czuję, że zaraz staniesz oko w oko z monstrum!

pokeit

W międzyczasie poznajemy głównych bohaterów, uroczą nastkę, sympatycznego futbolistę i wożącego się motocyklem Triumph Kevina Dilona okolicznego huncwota z mulletem wielkości dywanika toaletowego opadającego na plecy. Swoją drogą, możecie mówić co chcecie, ale dla mnie ten klasyczny 80s mullet to jedna z najlepszych rzeczy, jakie przytrafiły się w historii fryzur męskich, zwłaszcza w jankeskim kinie.Wyobrażacie sobie Rigsa w Zabójczej broni, w dżinsach, kowbojkach, z Berettą za paskiem i fajką w pysku, ale bez tego klasycznego runa z australijskiej owcy chroniącego jego kark? Tak właśnie myślałem. Mullet to była prawdziwie lwia grzywa, symbol machismo  i prawdziwy dar od Boga, dający jego posiadaczowi samsonowe wręcz moce pokonywania filmowych przeciwności i wrogów.

Blob łączy ludzi (w jedną bezkształtną masę), toteż nasza trójka wpada na siebie i zawozi pożeranego żywcem bezdomnego do szpitala. Tamże kosmiczna spierdolina kończy posiłek na żylastym dziadku, w przepięknie widowiskowy sposób przetrawia młodego sportsmena, po czym znudzona szpitalnym żarciem rusza coś zjeść na mieście. Tutaj zaczyna się też prawdziwa zabawa, bo oślizgła breja przejawia zdolności taktyczne oraz niepohamowany wręcz głód i w coraz to bardziej wyrafinowany sposób dopada swoje ofiary. Na uwagę zasługują (znów to napiszę: praktyczne efekty specjalne, wielkie love-love) zwłaszcza broniąca się w budce telefonicznej właścicielka knajpy, przyssany do sufitu pracownik kina i wciągnięty przez ujście w zlewie pomywacz naprawdę podziwiam pomysłowość,  jaką wykazali się twórcy, aby przedstawić na ekranie przygody żarłocznego smarka.

sheriff

Nasz różowy bohater zdrowo się odżywia, rośnie jak na drożdżach i wkrótce jest gotów, aby w całej swej okazałości wchłonąć wszystkich mieszkańców miasteczka. W tym samym czasie do miejsca lądowania bloba dociera wojsko, naukowcy i rządowi specjaliści, którzy, jak to zwykle w tego typu filmach bywa, szybko okazują się źli, niewydajni, niekompetentni, nadużywają władzy i ogólnie robią wszystko to, co dałoby duże szanse, aby w przyszłej kadencji burmistrzem, szeryfem i królem (tak, wiem) mieściny został Janusz Korwin-Mikke. Przeprowadzona przez naukowców próba kontroli nad mazią kończy się fiaskiem, a rozdrażniony stwór z podwójną siłą atakuje mieszkańców. W tym tornadzie chaosu i paniki tylko młoda licealistka oraz zbuntowany biker przejmują inicjatywę w walce z monstrum („Chcącemu nie dzieje się krzywda” – tej jesieni w wyborach Arboville głosuj na JKM) i dzięki deus ex machina (do lodu) udaje im się pokonać ironię losu, jaką jest pożerający ludzi różowy deser.

jkm

Na koniec dostajemy klasyczny sequel hook, bo przecież różowe zło nigdy nie umiera. Poważnie, zaledwie w ubiegły weekend widziałem mocno przysadzistą, ubraną całkowicie na różowo blob-landryneczkę, która namiętnie pochłaniała twarz swojej ofiary – no ok, to było tylko imprezowe całowanko, ale i tak przeszły mnie dreszcze. Natomiast w filmie miejscowy proboszcz zachował odrobinę plazmy w stylowym słoiczku od Marthy Stewart i podczas kazań straszy wiernych nadchodzącym Armagedonem. Klecha bredzi coś o znaku od Boga, biblijnych przepowiedniach i innych alleluja momentach. Biblista ze mnie żaden, ale nie przypominam sobie, żeby w Księdze Objawienia był jakikolwiek fragment odnoszący się do różowego ustrojstwa pochłaniającego niewiernych – przy czym biorę pod uwagę, że czterdziestoprocentowe wino mszalne (oraz hostia z suszonych grzybohalunów), którym opija się kaznodzieja, może mieć silny wpływ na interpretację Ewangelii.

Powiem tak, film warto obejrzeć dla pomysłowych efektów żelatynowego mordu (absolutna czołówka praktycznych efektów specjalnych i charakteryzacji), humoru i chociażby po to, aby zapoznać się z wcześniejszymi projektami Franka Darabonta. Żaden tam rarytas, zwłaszcza jeżeli zestawić ten film z dziełami Carpentera i Cronenberga, ale to nadal bardzo smakowity kawałek kina. Powiedzmy, że o ile na moim prywatnym podium Mucha i Coś biją się o pierwsze miejsce, o tyle na najniższym stopniu spokojnie pełza sobie różowa breja.

It’s Alive!

korekta: Kornelia Farynowska

finale

Ostatnio dodane