publicystyka filmowa

Pełny metraż w smartfonowym wydaniu

Autor: Paweł Kuraś
opublikowano

Gdy francuski wizjoner Philippe Kahn w 1997 roku wysłał w świat pierwsze zdjęcie wykonane swoim prototypowym urządzeniem będącym połączeniem telefonu komórkowego i aparatu, przedstawiające jego właśnie narodzoną córkę, fakt ten większość uznała za co najwyżej ciekawostkę – ot, da się umieścić miniaturowy obiektyw fotograficzny w małym urządzeniu. Z czasem jednak pomysł chwycił coraz bardziej – od prymitywnych kamer wbudowanych w pierwsze modele firm takich, jak Sharp czy Toshiba na przełomie tysiącleci, oferujących piorunującą rozdzielczość 0,11 megapiksela (choć przez fakt posiadania lampy błyskowej w modelu J-T06 Toshiby był on nazywany przez ówczesną prasę „aparato-telefonem”) poprzez kolejne udane modele fińskiej Nokii będącej jednym z głównych propagatorów idei mobilnej fotografii. To właśnie Nokia wyprodukowała pierwszy model mogący rejestrować wideo – a był to oddany w ręce konsumentów w 2004 roku model o numerze 7610:

Nokia7610

Tak futurystycznie jak na tamte czasy prezentował się ten historyczny model.

Od tamtej pory poszło już górki: megapiksele mnożyły się z prędkością wykładniczą, aparat stanowił główny wyznacznik tego, czy telefon jest „cool”, do wbudowanej optyki dodawano stabilizatory, kuszono się na modele z wymienną optyką, jakość generalnie rosła.

A urosła do tego stopnia, że stopniowo komórka mogła zacząć nagrywać bardziej ambitne rzeczy niż krótkie filmiki będące solidną bazą rozwijającego się wtedy YouTube’a. Za jeden z pierwszych modeli, który zaoferował takie możliwości, jest uważana Nokia N8 – oferowała ona nagrywanie filmów w rozdzielczości 720p, dzięki 14-megapikselowej matrycy wykonanej we współpracy z firmą Carl Zeiss. W celach promocyjnych producent wyprodukował krótki, siedmiominutowy film The Commuter, w którym Dev Patel (znany z głównej roli w filmie Slumdog. Milioner z ulicy) wcielił się w tytułową rolę dojeżdżającego do pracy bohatera, napotykając na swojej drodze m.in. Pamelę Anderson, Charlesa Dance’a czy Eda Westwicka. Całość oczywiście została nakręcona smartfonem fińskiej firmy.

Film ten, pełen dynamicznych ujęć (oczywiście smartfon nie był sam, gdyż towarzyszyło mu standardowe filmowe oprzyrządowanie), pokazał wtedy, że fakt kręcenia telefonem nie ujmował obrazowi tak sporo, jak mogłoby się wydawać. Ludzie zauważyli, że możliwości telefonów w dziedzinie wideofilmowania zbliżają się powoli do tańszych lustrzanek, a sam film promocyjny odbił się szerokim echem w prasie branżowej, nasuwając pytania – co dalej? Czy telefon komórkowy jest zdolny nakręcić pełnoprawny film emitowany w kinach?

Naprzeciw pytaniom dziennikarzy wyszedł Hooman Khalili i 16 grudnia 2011 roku zaprezentował światu Olive – pierwszy na świecie pełnometrażowy film nagrany za pomocą smartfonu. Opowiada on historię dziewczynki, o imieniu padającym w tytule, która zmienia życie trzech napotkanych osób, nie wypowiadając przy tym ani jednego słowa. W rolach głównych wystąpiły nagrodzona Oscarem za całokształt twórczości Gena Rowlands (której bardzo podobała się idea uczestniczenia w historycznie pierwszym filmie kręconym telefonem komórkowym), a także starsza siostra twórcy Facebooka – Randi Zuckerberg.

Plan zdjęciowy Olive

Zdjęcie z planu zdjęciowego filmu Olive

Reżyser, zafascynowany możliwościami Nokii N8, postanowił zwrócić się bezpośrednio do producentów smartfona o zainwestowanie w produkcję. Fińska firma odmówiła, jednak na dofinansowanie filmu zgodził się znany filantrop z San Francisco, William O’Keeffe, a także Chris Kelly, który jeszcze rok przed premierą był szefem do spraw prywatności w Facebooku (stąd znajomość z Randi Zuckerberg). Drugi z panów został także producentem filmu. Do urządzenia, poza statywem, zaprzęgnięto całą armię oprzyrządowania, m.in. wysokiej klasy obiektyw 35mm przytwierdzony do sensora telefonu, dzięki czemu można było uzyskać możliwości manipulowania głębią obrazu i poprawić odbiór wizualny. Jak wspominał reżyser w wywiadzie dla Los Angeles Times, oprogramowanie telefonu musiało zostać przerobione, aby była możliwość wyłączenia funkcji autofocus i autozoom. Podczas wczesnych zdjęć próbnych funkcje te (skądinąd dla domowego użytkownika bardzo przydatne) nieprzewidywalnie dawały o sobie znać, co w połączeniu z użytym osprzętem mogło przekreślić cały projekt. Reżyserowi tymczasem bardzo zależało na byciu pionierem, więc zajął się hackowaniem telefonu samodzielnie, uzyskując ostatecznie zadowalające go rezultaty, które można zobaczyć w tym pięciominutowym fragmencie z początek filmu:

I o ile Olive, dzieło o budżecie ok. 500 tysięcy dolarów, miało być historycznym przypadkiem filmu, który został jako pierwszy nakręcony telefonem, tak cel użycia smartfonu w oscarowym dokumencie Sugar Man miał zgoła inne pobudki. Reżyser tej nagrodzonej opowieści o muzyku Sixto Rodriguezie – nieżyjący już Malik Bendjelloul – był już bardzo blisko końca zdjęć, gdy w pewnym momencie nadszedł moment, że brakło mu po prostu pieniędzy na dokończenie swojej produkcji. Nie pomagał w tym też fakt, iż postanowił on nagrywać film przy pomocy historycznie zasłużonej kamery Super 8mm, która wymagała przecież kosztownej taśmy. W obliczu nieuchronnego, jak się zdawało, kryzysu, pan Bendjelloul zdecydował się na desperacki krok – wyjął swojego iPhone’a, zainstalował na nim pobraną z Apple AppStore za 1,99 dolara aplikację „8mm Vintage Camera” i za jego pomocą dokręcił brakujące ujęcia.

Efekt przerósł oczekiwania samego reżysera – zachowana spójność ze stylem wąskotaśmowym była tak dobra, że reżyser pokusił się o powtórzenie niektórych ujęć nagranych prawdziwą „superósemką”, tym razem za pomocą tandemu iPhone + dwudolarowa aplikacja. I było warto – przyznanie filmowi Oscara za najlepszy dokument w 2013 roku jasno daje do zrozumienia, że dokończenie zdjęć było koniecznością. O perypetiach i zawirowaniach związanych z użyciem smartfona Apple w realizacji Sugar Mana wyśmienicie opowiada reportaż $1.99 iPhone app saved Oscars film przygotowany przez redakcję CNN:

Zostając jeszcze przy telefonie z logiem nadgryzionego jabłka, nie mogę nie wspomnieć o jednym z zeszłorocznych hitów festiwalu Sundance, komediodramacie Mandarynka, opowiadającym o transseksualnej prostytutce Sin-Dee która po powrocie z więzienia wyrusza na poszukiwanie swojego niewiernego partnera. I o ile w pierwszym omawianym przeze mnie filmie, smartfonowi towarzyszyło profesjonalne oprzyrządowanie, tak tutaj reżyser zdecydował się tylko na trzy ulepszenia nie najnowszego już nawet wtedy iPhone’a 5S. Poprzestał na statywie, opracowanym przez firmę Moondog Labs miniaturowym obiektywie doczepianym do oryginalnego „oczka” aparatu, a także kosztującej 6,99 dolara w AppStore aplikacji Filmic Pro, zastępującą program domyślnie obsługujący kamerę w telefonie Apple (gdyż firma bardzo ograniczała dostęp do bardziej szczegółowych parametrów nagrywanego obrazu). Tak przygotowany reżyser dzieła, Sean Baker, nie napotkał prawie żadnych przeszkód w kręceniu swojego filmu, a sam proces tworzenia przebiegał nadzwyczaj sprawnie i nie straciliśmy ani sekundy materiału, jak wspominał w jednym z wywiadów. Jedyną trudnością w realizacji była początkowa niechęć aktorów do grania w produkcji kręconej komórką. Przyzwyczajeni do monstrualnych planów zdjęciowych poczuli się nieswojo, gdy mieli zacząć grać przed skromniutkim zestawem składającym się z iPhone’a na statywie. Reżyser jednak ostatecznie oswoił odtwórców z nowymi warunkami, udowadniając im, że podjął taką decyzję całkiem świadomie, a telefon pozwala na wiele niespotykanych na „normalnym” osprzęcie możliwości (sam twórca wspominał między innymi o filmowaniu aktorów podczas… jazdy na rowerze).

Mandarynka została ciepło przyjęta przez krytyków, chwalona za walory artystyczne i bardzo często też – za wrażenia estetyczne. Przez użyte środki obraz sprawiał wrażenie bardzo bliskiego widzowi. Sam reżyser podczas wypowiedzi dla prasy, zwierzając się z przebiegu prac nad filmem, wspomniał o pewnej ważnej rzeczy:

Nadal trzeba wiedzieć, na czym polega montaż. Nadal trzeba znać się na obróbce dźwięku. Nadal konieczna jest wiedza o tym, w jaki sposób działa kamera. Nie da się tak po prostu wyjść i zacząć kręcić. Owszem, da się zrobić bardzo pięknie wyglądający film nawet z groszowym budżetem. Ale potrzebna jest znajomość stu lat wiedzy filmowej.

I niech ta wypowiedź będzie swoistym podsumowaniem tematu filmów kręconych telefonami. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że być może nie przedstawiłem tutaj wszystkich przedstawicieli tej młodej kategorii. Nie pochyliłem się np. nad filmem #SELFIE (w reżyserii pana Christosa Sourligasa), czyli thrillerze opowiadającym o grupce dzieciaków robiących ludziom ciemną nocą tzw. „pranki” (a konkretniej chodzi w nim o zjawisko “Happy Slapping”, co jest bardziej brutalną formą tych żarcików, nazwa ta jest zresztą oryginalnym angielskim tytułem filmu), stylizowanego mocno na Paranormal Activity i kręconego smartfonami, gdzie operatorzy wcielają się jednocześnie w aktorów. Film ten jest bardzo słaby (można rzec, że to kawałek solidnego aktorskiego składu drewna i wyrobów pochodnych) i nie uważam go za coś wartego uwagi widza, aczkolwiek smartfony zostały użyte do jego produkcji, co zapewnia mu udział w kategorii „kręcony telefonem”. Z pewnością jednak czeka nas jeszcze niejedna pozycja, gdzie w celu przekazania nam ciekawej historii reżyser nie sięgnie do wypożyczalni sprzętu operatorskiego, lecz do kieszeni po swój własny telefon. Wszak w kwestii jakości optyki może być tylko lepiej i pogorszenia nie należy się spodziewać. Kto wie, może po jakimś czasie kręcenie w ten sposób stanie się na tyle powszechne, że producenci będą się chwalić, że tym razem nakręcili to zegarkiem…

korekta: Kornelia Farynowska

  • TAGI:

Ostatnio dodane