publicystyka filmowa

PARA IDEALNA. Dziesięć scen, w których piosenka perfekcyjnie zgrywa się z obrazem

Autor: Łukasz Budnik
opublikowano

UWAGA! TEKST ZAWIERA SPOILERY

Wiedziałem, że podejmując ten temat, skazuję się jednocześnie na dokonanie kilku bolesnych wyborów. Scen doskonale zilustrowanych muzyką popularną było już w kinie całe mnóstwo – nierzadko były to jednocześnie najlepsze lub najbardziej godne zapamiętania fragmenty filmu. Ograniczając się na potrzeby tekstu do zaledwie dziesięciu, zmuszony byłem odrzucić wiele niesamowitych momentów. Po trudnej selekcji postawiłem na te, które zachwyciły mnie szczególnie i mogę je bez znudzenia oglądać nawet w oderwaniu od całości. Przedstawia się to tak:

Simon & Garfunkel – Sound of Silence
Absolwent (1967), reż. Mike Nichols

Jedno z najsłynniejszych zakończeń w historii kina.

Nie ma przesady w stwierdzeniu, że to jedno z najsłynniejszych zakończeń w historii kina. Spontaniczna decyzja Elaine, by uciec ze swojego ślubu i podążyć z Benem w siną dal, była efektem chwili i zerowego przemyślenia konsekwencji, które mogą z niej wyniknąć. Klamka zapada, para wymyka się z kościoła i odbiega w stronę drogi. Żeby przyspieszyć, zatrzymują autobus. Pasażerowie z konsternacją spoglądają na roześmianą parę, wszak patrząc na suknię ślubną, nietrudno zgadnąć, co się stało przed chwilą. Im dalej, tym bardziej uśmiechy Bena i Elaine powoli gasną. Nie ma już odwrotu, ale zupełnie nie wiadomo, co czeka ich dalej. Być może dziewczyna popełniła błąd. Porażający jest moment, w którym twarze pary zmieniają wyraz, a w głośnikach zaczyna wybrzmiewać Sound of Silence. Gdyby Nichols zakończył film kilka sekund wcześniej, otrzymalibyśmy typową, słodką konkluzję. Tymczasem przeciwnie, na bohaterów spada bomba, bo uświadamiają sobie, że nie odjeżdżają w stronę tęczy, a przyszłość spowita jest w mroku. Fantastyczny zabieg i niezapomniane użycie genialnej piosenki. Absolwent może zresztą całościowo poszczycić się wspaniałą ścieżką dźwiękową, ale nic dziwnego – Simon & Garfunkel to klasa sama w sobie.


The Doors – The End
Czas apokalipsy (1979), reż. Francis Ford Coppola

Uwielbiam pełną wersję The End. Warstwa muzyczna i tekstowa jest tutaj porażająco dobra, a dodatkowo za każdym razem przeżywa się na nowo pewną historię, więc to coś więcej niż zwyczajne słuchanie. W The Doors (1991) Olivera Stone’a fragment z tą piosenką jest jednym z najlepszych w filmie, ale prawdziwą moc wydobył z niej wcześniej Coppola w swoim Czasie apokalipsy, wplatając ją w początek filmu. Wietnamska dżungla, psychodeliczny dźwięk przelatujących helikopterów, aż wreszcie wybuch. Drzewa stają w ogniu dokładnie w momencie, w którym Morrison po raz pierwszy śpiewa, że to jest już koniec. Robi to piorunujące wrażenie i za każdym razem wywołuje dreszcze.


Urge Overkill – Girl, You’ll Be A Woman Soon
Pulp Fiction (1994), reż. Quentin Tarantino

Absolutny klasyk. Nie tylko jeden z najlepszych fragmentów kultowego dzieła Tarantino, lecz także całej jego filmografii. To teoretycznie bardzo prosta scena, ale skonstruowana jest bezbłędnie. Mia Wallace rzeczywiście czuje się tu wreszcie jak kobieta. Jej mąż jest daleko, czuje się zatem wyzwolona. Dopiero co wróciła do domu z nagrodą za konkurs taneczny (co prawda kradzioną, ale to jej nie przeszkadza), przeżywa świetny wieczór, a dodatkowo odziana jest w przyduży płaszcz swojego towarzysza. Ten z kolei rozważa w łazience kwestię swojej lojalności. Mia, niesiona jeszcze tańcem z Jack Rabbit Slim’s, daje się po raz kolejny porwać muzyce. Kamera śledzi jej taneczne ruchy, którym towarzyszy także śpiew. Dziewczyna niestety daje się pochłonąć wieczorowi i piosence aż zanadto. Gdyby Vincent wyszedł z łazienki trochę szybciej, zapewne dałoby się uniknąć kulminacji całego tego muzycznego uniesienia. W kontekście sceny to dramatyczne zakończenie działa jednak doskonale. Podobnie jak towarzysząca jej piosenka.


Kath Bloom – Come Here

Przed wschodem słońca (1995), reż. Richard Linklater

Podczas swojej podróży po Wiedniu Jesse i Celine udają się do sklepu muzycznego. Wybierają winylową płytę z piosenkami Kath Bloom i przechodzą do budki, w której mogą jej posłuchać. Stoją bez słowa, gdy z głośników zaczynają się wydobywać pierwsze dźwięki Come Here. W tym momencie niepotrzebny jest żaden dialog. Ukradkowe spojrzenia i uśmiechy mówią więcej niż wymiana zdań. Bloom śpiewa, że nigdy nie pożądała tak bardzo, a Celine i Jesse wyrażają to gestem, tworząc między sobą napięcie niemalże namacalne. W tym momencie oboje już wiedzą, że poznali tę wyjątkową osobę i że pragną siebie nawzajem. Tytuł utworu to jednocześnie słowa, które mogliby wypowiedzieć do siebie nawzajem. Melancholijnie, dosłownie, z pasją i z uczuciem. Absolutna perfekcja, i dobór piosenki, i sama scena.


Lou Reed – Perfect Day
Trainspotting (1998), reż. Danny Boyle

Większy efekt wywoła się pójściem pod prąd.

Jaką piosenkę wybrać do zilustrowania sekwencji przedawkowania? Można, oczywiście, celować w dramatyczne, podniosłe utwory, mające podkreślić tragizm sytuacji. Można zrobić też to, co Danny Boyle w Trainspotting – jako tło użyć piosenkę zatytułowaną Idealny dzień. Piekielnie w tym kontekście ironiczną, ale paradoksalnie pasującą tak dobrze, że trudno wyobrazić sobie inny utwór do tego momentu. Sam Boyle stwierdził, że owszem, sceną można podkreślić wymowę piosenki, ale większy efekt wywoła się pójściem pod prąd. Utwór można znać i lubić, ale odkrywa się go na nowo w niespotykanym dotąd kontekście. Dokładnie tak jak w tym przypadku. Dzień leżącego na betonie Rentona nie był idealny, ale pomysł na tę scenę i jej wykonanie – z pewnością.

Ostatnio dodane