publicystyka filmowa

OSCAROWE POMYŁKI

Wpadki i przeoczenia Amerykańskiej Akademii Filmowej

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Oscary to – mimo coraz bardziej problematycznej jakości nagradzanych filmów – nadal jedne z najgorętszych, a przez to także najważniejszych wyróżnień świata filmu. Nic zatem dziwnego, że choć ich oglądalność spada, one same wciąż wywołują sporo emocji u miłośników dziesiątej muzy. Rokrocznie daje się więc słyszeć jęk zawodu i narzekanie na to, że kogoś pominięto w nominacjach; że statuetka powinna w tym sezonie powędrować do kogoś innego, albo też, że ktoś został bezczelnie ze „swojego” Oscara „okradziony”. Zanim poznamy zwycięzców 89. gali wręczenia nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej za rok 2016, oto niesławne przykłady niezrozumiałych wyborów (lub ich braku) z bliższej i dalszej historii owych laurów. Przy czym zamiast na pojedynczych przypadkach/nazwiskach/tytułach, na tapecie raczej poszczególne kategorie i zjawiska wraz z przyległościami…

Rysunek autorstwa Larsa Leetaru

Miłość (nie zawsze) zwycięża wojnę

W prawdziwym życiu hasło „make love not war” z pewnością jest pożądane. W kontekście Oscarów jednak – które same w sobie są wszak wojną… o głosy – rzecz nie ma się tak różowo. Kiedy więc Zakochany Szekspir do spółki z Życie jest piękne pozbawiały militarne freski Spielberga i Malicka – Szeregowca Ryana i Cienką czerwoną linię – najważniejszych statuetek, ofiar niedowierzania było aż nadto. Zwłaszcza szekspirowska farsa budziła obiekcje. Oscary na rzecz podobnie kolorowej konkurencji traciły także Pianista (nie mylić z Pianistką) i Wróg numer 1. Z kolei legendarna Wielka ucieczka otrzymała zaledwie jedną nominację – za… montaż. A jeden z największych wojennych romansów wszech czasów, Doktor Żywago, pomimo wygrania w pięciu pośrednich kategoriach, można uznać za wyjątkowo pechowy (szczególnie w kontekście nieodżałowanego Omara Sharifa, który już wcześniej, także będąc częścią rewolucji, nie miał szczęścia do tej nagrody, a potem… nie miał już okazji do niej pretendować).

Z drugiej strony Kathryn Bigelow – reżyserka Wroga… – tryumfowała uprzednio dość kontrowersyjnie swoim The Hurt Locker, quasi-wojenny Tańczący z Wilkami dla wielu widzów niesłusznie wygrał z Chłopcami z ferajny, toczący się w trakcie wojny Angielski pacjent pozbawił laurów między innymi Fargo, a podczas pierwszej ceremonii w historii wygrały przecież Skrzydła, czyli historia lotników I wojny światowej. O takich tytułach jak Pluton, które pojawiły się w międzyczasie, nie wspominając. Każdy kij ma zatem dwa końce, acz nie ulega wątpliwości, że z niektórych przegranych bitew do dziś trauma pozostała…

Resocjalizacja na cenzurowanym

Oczywiście nie od zawsze. Jak pokazują przykłady z dalszej przeszłości – Nieugięty Luke, Midnight Express czy Ptasznik z Alcatraz (który nic nie wygrał tylko przez wzgląd na naprawdę mocarną konkurencję) – Akademia potrafi przychylnym okiem patrzeć na przebywających po drugiej stronie krat (anty)bohaterów. Ta sympatia rozbija się jednak o ścianę, kiedy wspomnieć mistrzostwo Franka Darabonta.

Twórca dwukrotnie i z olbrzymim sukcesem przeniósł na duży ekran więzienną prozę Stephena Kinga. Jednak ani wspaniali Skazani na Shawshank, ani chwytająca za serce Zielona mila nie zamieniły żadnej ze swoich jedenastu nominacji na rycerskie złoto. Zwłaszcza ten pierwszy, niezmiennie okupujący od tamtej pory szczyty wielu prestiżowych list wszech czasów oraz prywatne „topy” widzów, wydaje się wręcz zaprzeczać trafności wyborów AMPAS-u (i nie pomaga nawet fakt, że wygrał wtedy Forrest Gump). Zresztą od tamtej pory tego znakomitego reżysera kino niespecjalnie rozpieszcza, o wyróżnieniach nie wspominając.

Mistrz czy amator?

Kategoria drugiego planu aktorskiego to prawdziwa sinusoida, zwłaszcza gdy przyjrzeć się jej bliżej. Wszak co jak co, ale tytuł do czegoś zobowiązuje i nominowany aktor/-ka powinien w swojej kreacji naprawdę błyszczeć, przykuwać uwagę, magnetyzować – nawet jeśli ma jedynie parę minut czasu ekranowego, niekiedy być może jedną tylko scenę. Jakie było więc zdziwienie, kiedy to nie Ralph Fiennes, nie Pete Postlethwaite i nie młody Leonardo DiCaprio, lecz Tommy Lee Jones za rolę w Ściganym cieszył się statuetką. Rok wcześniej podobne wątpliwości towarzyszyły nagrodzeniu uroczej Marisy Tomei, która wcielając się w Monę Lisę Vito w czysto rozrywkowym Moim kuzynie Vinnym, ubiegła o wiele ambitniejsze występy Vanessy Redgrave i Mirandy Richardson (o sławnych bez Oscara, w ramach uzupełnienia listy, można dodatkowo przeczytać TU i TAM).

O ile jednak te dwie kreacje potrafią się obronić, gdyż bez względu na wartość artystyczną danych filmów faktycznie błyszczą na tle pierwszoplanowych kolegów, o tyle oglądając takie Spotlight, w którym Rachel McAdams praktycznie nie istnieje, wątpliwości względem choćby otrzymania przez nią nominacji mnożą się same. Podobne przykłady również. Lupita Nyong’o dostała niedawno swojego Oscara właściwie za kolor skóry i temat Zniewolonego, Christoph Waltz ograbił konkurencję, grając w Django po prostu… drugi raz to samo. Tryumfująca w tymże roku Anne Hathaway na tle swoich koleżanek wydaje się słabym żartem – tak samo jak Jennifer Connelly w 2001 roku – a nominacja dla Kathy Bates za Schmidta wynikała chyba tylko i wyłącznie z docenienia niezwykłej… odwagi aktorki (kto widział film, ten wie – kto nie widział, został właśnie uprzedzony).

Moda na sukces

Nie, Amerykańska Akademia Filmowa nie nagradza seriali… jeszcze (choć w latach sześćdziesiątych ozłociła radziecką Wojnę i pokój, która podzielona była na części i w USA wyświetlana właściwie jako miniseria). Łatwo ulega jednak wszelakim trendom i modom oraz niezwykle czuła bywa na uderzanie w nostalgiczne tony. Dowodem tego nie tylko tegoroczne czternaście nominacji (!!!) dla La La Land, ale i wcześniejsze, dla wielu niezrozumiałe pochody Artysty lub Slumdoga – być może nie jedynie błahych wydmuszek, jak sądzą ich przeciwnicy, ale z pewnością filmów zachwycających głównie formą, która odwołuje się do konkretnych epok, przebrzmiałych gatunków oraz egzotycznych stylistyk (polska Ida to także dobry przykład). Nie dziwne zatem, że Oscary dla analogicznych „patrzydeł” zawsze były, są i będą dyskusyjne.

Jeszcze większy spór wydaje się dotyczyć reagowania przez oscarowe gremium na społeczne problemy i drażliwy kontekst poprawności politycznej, co daje się odczuć zwłaszcza teraz, w dobie internetu. Kiedyś to działało, gdyż miało ręce i nogi, a takie filmy jak Wożąc panią Daisy czy Wszyscy ludzie prezydenta na stałe weszły do historii, stając się arcydziełami w swojej klasie. Niestety dziś przeważa raczej swoista pokuta za grzechy przeszłości, przynosząca z reguły wątpliwe laury między innymi wspomnianemu już Zniewolonemu czy zdecydowanie ciekawszemu, ale też niewychodzącemu powyżej prostej solidności Crash – Miasto gniewu. Żaden z nich ostatecznie nawet nie zbliżył się do miana współczesnej klasyki.

Nie ulega wątpliwości, że filmom tym oraz rozgłosowi wokół nich polityka oraz tak zwane dobre chęci jedynie szkodzą. A o wiele lepszym konkurentom, których przez lata narosło, bezmyślnie odbierają zasłużone laury – również i w pomniejszych kategoriach, które dla części z nominowanych są niekiedy jedyną szansą na spędzenie chwili w świetle reflektorów. To z kolei sprawia, że żarty o tym, iż aby otrzymać Oscara, należy wystąpić w biografii czarnoskórego, na wpół niewidomego kaleki i alkoholika z samobójczymi skłonnościami, który wraca z wojny tylko po to, aby dowiedzieć się, że jego dzieci zginęły w strasznym pożarze, a żona wyszła w międzyczasie za jego siostrę, która uprzednio zmieniła płeć, nigdy się nie zestarzeją.

Ostatnio dodane